Amerykańskie kino jest zróżnicowane jak sama Ameryka

Rosanna Arquette
Rosanna ArquetteMedia
26 października 2017

Różnorodność Stanów Zjednoczonych odbija się w amerykańskim kinie i właśnie w nim na różne sposoby się manifestuje – powiedziała PAP Urszula Śniegowska, dyrektorka artystyczna trwającego we Wrocławiu 8. American Film Festival.

Urszula Śniegowska: Można powiedzieć po prostu, że kino amerykańskie to kino wyprodukowane w Stanach Zjednoczonych. Tak jak ten kraj jest ogromny, tak składa się z różnorodnych grup społecznych i etnicznych. Jest zróżnicowany geograficznie i kulturowo. To złożenie, ten tygiel, ma swoje odzwierciedlenie w kinie i na różne sposoby właśnie w nim się manifestuje. Widać to zarówno w przypadku wielkobudżetowych produkcji, blockbusterów i sequeli, jak i w przypadku małych, niezależnych filmów.

Ze względu na to, że Ameryka ma ogromne zaplecze kulturowe, jest wielką kopalnią różnorodności. Na Festiwalu jesteśmy w stanie pokazać niewielki procent tego, w tym także niszowych i naprawdę niezależnych filmów – niskobudżetowych i produkowanych z głębi serca; z głębi ducha konkretnego twórcy.

U. Ś.: Ściśle mainstreamowi twórcy i produkcje studyjne – zwłaszcza liniowe produkcyjniaki – i tak pojawią się w szerokiej dystrybucji i zarobią ogromne pieniądze dzięki tysiącom widzów. Nie pokazujemy tych tytułów we Wrocławiu, bo uważamy, że jeżeli ktoś chce się zanurzyć w amerykańskim kinie komercyjnym, to może to zrobić na co dzień w multipleksie. Na AFF szukamy rzeczy odmiennych - ambitnych, zmuszających do refleksji, oryginalnych formalnie.

Nie staramy się nikogo przekonać – widzów ani twórców – że powinni odejść od Hollywood. Wielu młodych twórców marzy o tym, żeby w końcu trafić do tego świata i móc robić filmy z wykorzystaniem machiny, którą tamten przemysł oferuje. Taką chęć mają np. bracia Ben i Josh Safdie, których "Good Time" pokażemy. Pomimo niewielkiego budżetu na realizację udało im się utrzymać niezależność. Wciąż pozostając w artystycznej niszy sfilmowali swój własny scenariusz, który odstaje od komercyjnej ścieżki.

U. Ś.: Myślę, że nie trzeba jej odnajdywać – wystarczy pojechać na Sundance lub South by Southwest Film Festival. Można tam odnaleźć wszystkie tendencje i style amerykańskiego kina – od filmów z Teksasu lub Idaho, przez produkcje z Seattle, aż do obrazów zrealizowanych przez kolektywy z Los Angeles. W kinie amerykańskim wciąż pojawiają się pomysły na tworzenie zupełnie innego kina niż to, które widzieliśmy do tej pory.

Co roku jeździmy na te imprezy, patrzymy na te układanki filmowe, i wybieramy najciekawsze według nas rzeczy. Myślę, że nam się to udaje. Fakt, nie wszystkie filmy udaje nam się sprowadzić, ale z czasem uzyskujemy w tym coraz większą łatwość. Coraz częściej producenci, dystrybutorzy i sami filmowcy są świadomi tego, że w Europie Środkowo-Wschodniej jest festiwal, który ich odkrywa dla europejskiego rynku i prezentuje szerszej publiczności.

U. Ś.: Należy przede wszystkim zwrócić uwagę na tendencję eskapistyczną w amerykańskim kinie. Poza tym twórcy coraz częściej opierają swoje historie na faktach i robią filmy na podstawie rzeczywistych wydarzeń – jak np. David Gordon Green. Reżyser w "Niezwyciężonym" pokazał historię człowieka, który stracił nogi podczas zamachu na uczestników Maratonu Bostońskiego. Kolejnym przykładem korzystania w wyborze tematów jest "Wojna płci" – mainstreamowy film, który pokazujemy na 8. AFF w ramach pokazów przedpremierowych. To zresztą – obok obrazu "Borg/McEnroe" w reż. Janusa Metza Pedersena – jeden z dwóch filmów o tenisie, które zobaczymy we Wrocławiu. Można to traktować jako potwierdzenie, że sport jest teraz na fali.

Sporo prezentowanych filmów nawiązuje do ostatnich wyborów prezydenckich w USA i opowiada, w jaki sposób liberalna Ameryka i nowojorscy intelektualiści reagują na rzeczywistość. Ciekawe jest też to, że w kinie amerykańskim coraz częściej obserwujemy przełamywanie gatunków. Filmy są formalnymi hybrydami między fabułą a dokumentem.

Prezentujemy też kilkanaście filmów kobiet. Nie szukałam równowagi w tej kwestii, już po selekcji zorientowałam się, że wśród 13 filmów w konkursie Spectrum, aż siedem jest wyreżyserowanych lub współreżyserowanych przez kobiety.

U. Ś.: I jeszcze na twórczości czwartego twórcy, chyba najważniejszego w tym zestawieniu, Samuela Fullera. To klasyk, który w Polsce jest mało znany. Cieszymy się, że udało nam się zaprosić na Festiwal jego żonę Christę i córkę Samanthę. Kobiety jego życia przyjadą opowiedzieć o wybitnym filmowcu w pewnym momencie odepchniętym przez Stany Zjednoczone, który był wielką gwiazdą amerykańskiego kina mającym za sobą też współpracę z takimi twórcami jak chociażby Wim Wenders, Jean-Luc Godard czy Jim Jarmusch.

We Wrocławiu pokażemy trzy filmy Sama Sheparda. To rodzaj hołdu, który chcemy złożyć temu zmarłemu niedawno twórcy – reżyserowi, scenarzyście, aktorowi. Tak się złożyło, że przez pokaz jednego z filmów – "Paris, Teksas" – upamiętnimy też fantastycznego aktora Harry’ego Deana Stantona. Jedną z jego z ostatnich ról była ta w "Szczęściarzu", filmie Johna Carrolla Lyncha, który też będziemy mieć szczęście zaprezentować.

Rosanna Arquette, która odebrała już nagrodę Indie Star Award dla twórców amerykańskiego kina niezależnego, wystąpiła z kolei w "Mai Dardel" autorstwa reżyserki o polskich korzeniach Magdaleny Zyzak i jej partnera Zachary’ego Cotlera. Film z Arquette – gwiazdą "Rozpaczliwie poszukując Susan" Susan Seidelman, "Po godzinach" Martina Scorsese, "Pulp Fiction" Quentina Tarantino, "Baby, It’s You" Johna Saylesa czy "Crash: Niebezpieczne pożądanie" Davida Cronenberga - będzie miał na Festiwalu swoją premierę.

U. Ś.: Wydaje mi się, że utrzymuje constans. Młodzi amerykańscy twórcy wciąć muszą zmagać się z brakiem publicznego dofinansowania ich pierwszych filmów – także debiutów czy wręcz filmów szkolnych. Nawet robiąc najbardziej prywatne, intymne projekty, muszą rozważać komercyjne aspekty swoich przedsięwzięć – np. brać pod uwagę, dla kogo robią filmy i rozważyć, czy nie wziąć do nich sławnych aktorów, co automatycznie przyciągnęłoby do kin większą widownię. To nie jest łatwy początek, ale myślę, że amerykańscy twórcy radzą sobie z tym dobrze i robią historie, które są uniwersalnie trafić do każdego odbiorcy.

Podczas trwającego łącznie pokazane zostaną 93 filmy pełnometrażowe. Wśród prezentowanych produkcji znalazły się zarówno tytuły amerykańskiego kina niezależnego, jak i dzieła wielkich, znanych reżyserów - "autorów kina". Zobaczymy m.in. najnowsze filmy Darrena Aronofsky'ego ("mother!"), Alexandra Payne'a ("Pomniejszenie"/"Downsizing"), Lynne Ramsay ("Nigdy cię tu nie było"/"You Were Never Really Here"), Seana Bakera ("The Florida Project"), Luki Guadagnino ("Call Me By Your Name"), Gillian Robespierre ("Landline"), a także film uznawany za najgorszy na świecie ("The Room" w reż. Tommy'ego Wiseau) czy tytuły nagrodzone np. na festiwalu Sundance ("Beach Rats" Elizy Hittman, "Dina" Antonio Santiniego, "Nowicjat" Maggie Betts). Wydarzenie potrwa do niedzieli.

Rozmawiała Martyna Olasz (PAP)

Źródło: PAP
Autopromocja
381536mega.png
381439mega.png
381542mega.png

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.