Rada Mediów Narodowych nie jest supernadzorcą, który może zadzwonić do Jacka Kurskiego i powiedzieć: słuchaj, wczoraj w „Wiadomościach” źle pokazałeś polityka PiS - mówi Joanna Lichocka w rozmowie z Magdaleną Rigamonti.
Kto?
Tak, wiem, dorabia się jej teraz taką gębę, ale ja tak bym o niej nie powiedziała. Jestem przekonana, że w wypadku tej rezygnacji, zaledwie dzień po wygranym konkursie, mamy do czynienia z niestandardową sytuacją.
Jesteśmy już na pani?
To wyjaśnijmy czytelnikom, że choć będziemy używać tej konwencji, to od lat jesteśmy na ty. OK, szanowna pani redaktor: głosowanie było dwuetapowe. I w drugim etapie głosowałam na Stanisławczyk.
Nie wiem. Ale to się szybko okaże.
Najbliższe posiedzenie planowane jest na 2 marca i wtedy będzie wiadomo, jaki tryb postępowania zostanie przyjęty. Będzie też mniej więcej wiadomo, jakie nazwiska wchodzą w grę.
A potem obydwoje wygrali konkursy.
Oj, chyba nie dla całego społeczeństwa, tylko dla pewnej części. Bo inna część jest zachwycona faktem, że Kurski jest prezesem TVP. Ta część mówi, że nareszcie jest dobra zmiana.
Może rzeczywiście jakoś wyjątkowo telewizją się nie zachwycam, lecz jestem zdecydowanie mniej krytyczna niż na początku.
Nie ja, tylko RMN odwołała Kurskiego. I nikt nikogo nie rugał. Chodziło o to, by rozpisać konkurs na prezesa TVP i jednocześnie wywrzeć na Kurskiego presję, by trochę inaczej działał.
Nie, bardziej misyjnie. I żeby nie myślał tylko o sobie, o zdobywaniu punktów wizerunkowych jako prezes TVP. Mieliśmy wówczas wrażenie, że bardziej zależy mu na budowaniu własnej pozycji politycznej niż na dobrym zarządzaniu telewizją.
Wydaje się pani. On wtedy budował głównie swoją pozycję. Zresztą skutecznie, bo jak pani pamięta, nasz wniosek o odwołanie Kurskiego spotkał się z dużą krytyką, również środowisk prawicowych. I mam tu na myśli zarówno media, jak i polityków obecnie rządzącej większości.
Nie jesteśmy jednolici, to nie wojsko. A to, co mówiło zaplecze, zostało wzięte pod uwagę. Natomiast nie miało znaczenia w konkursie. Tu ważne było, kto w nim wystartował i jak się zaprezentował. Niestety stało się tak, że kampania, którą rozpętały media nieprzychylne PiS, wbiła się głęboko w głowy ludzi. Ci, którzy mogliby w tym konkursie wystartować, nie wystartowali, bo byli przekonani, że wszystko jest ustawione.
Nieprawda. Kurski pokazał, że ma najlepsze predyspozycje do kierowania TVP.
O ile wiem, prezes PiS nie jest członkiem RMN.
Pani redaktor?
Mówię prawdę. W polityce, co dla mnie było sporym zaskoczeniem, wcale nie jest wszystko tak poukładane, jak wam się wydaje.
Dziennikarzom. Śmiać mi się chcę, kiedy czytam denuncjacje, że koalicja Kukiz’15-PiS, decyduje o tym, kto rządzi mediami publicznymi. Agnieszka Kublik w „GW” napisała, że Mariusz Staniszewski, wybrany na wiceprezesa PR, bo po prostu świetnie wypadł w konkursie, reprezentuje Kukiz’15 – tylko tak umiała ten wybór zinterpretować. Zapomniała, że wcześniej pisała, że kandydatem Kukiz’15 jest Tomasz Wybranowski. Fakty dorabiane są do wyobrażenia.
(…)
Kto? Kurski? Na pewno, w końcu jest prezesem, kimś w rodzaju redaktora naczelnego.
Staram się je codziennie obejrzeć, ale nie jest to łatwe, bo pracuję w trzech komisjach sejmowych, a co poniedziałek jeżdżę do okręgu wyborczego. Ale chcę przeciąć spekulacje – nie mamy bezpośredniego wpływu na decyzje programowe żadnej stacji. RMN tylko albo aż powołuje lub odwołuje władze mediów publicznych. Nie jest supernadzorcą, który może zadzwonić do Jacka Kurskiego i powiedzieć: słuchaj, wczoraj w „W” źle pokazałeś polityka PiS. Pomijam fakt, że raczej nie przyszedłby mi taki pomysł do głowy.
Hm, ten sarkazm jest nie na miejscu. Pierwszy dowód z brzegu – wicepremier prof. Piotr Gliński, bardzo ostro i moim zdaniem niesprawiedliwie, został przez „W” skrytykowany.
Jest prezesem TVP, ale też nie może odpowiadać za każdy redakcyjny materiał. Pamiętam, jak ostatnio była awantura z tematem o Ryszardzie P. w programie „Studio Polska”. Podszedł do mnie w Sejmie poseł Nowoczesnej, zapytał, czy mi się ten program podobał. Odpowiedziałam, że nie, że to była niepotrzebna prowokacja, a on, że będą się domagać odwołania Kurskiego. Tłumaczyłam, że to nie kwestia błędu prezesa TVP, tylko redakcji. Przecież szef TVP nie zajmuje się tym, jak ma się zaczynać program publicystyczny.
Podjął twardą decyzję, o której zresztą dowiedziałam się z Twittera.
Stawia mnie pani w kłopotliwej sytuacji.
Rozmawiałam potem z Maćkiem. Ten fake news o Ryszardzie Petru nie do końca był jego pomysłem. Nie chcę zresztą krytykować dziennikarzy za to, co robią.
Nieprawda. Nie krytykuję tych, którzy mają inne poglądy, a tylko tych, którzy świadomie kłamią. Mówię to głośno od lat. Nie przyjmuję zaproszeń do niektórych stacji i tytułów właśnie dlatego – za łgarstwa. A nie dlatego, że mają inną linię polityczną. Pani nie krytykuję i nie pouczam, mimo że ma pani inne poglądy, prawda?
Naprawdę myśli pani, że się boję kolegów lub Jacka? Ale to, że unikam krytykowania dziennikarzy, szczególnie mediów publicznych, to prawda.
Nie sądzę, żeby szef RMN Krzysztof Czabański dzwonił do Kurskiego w sprawie jakiegokolwiek programu w TVP czy materiału w „Wiadomościach”.
To, co pani mówi, to jest właśnie propaganda.
Nigdzie w mediach postkomuny – o, to na pewno. Wilczy bilet w „Wyborczej” i mediach zaprzyjaźnionych z PO mają na bank.
Skąd pani bierze takie plotki? Jest uruchomiony wielki hejt wobec „W”, bo one nie są podporządkowane celom politycznym PO i Nowoczesnej, a relacjonując, jak jest naprawdę, odkłamują ich narrację. To potężna zmiana w III RP – jeszcze niedawno „W” były sparaliżowane, bo jeśli o czymś nie pisała „GW” i nie podał TVN, to tego także nie mogło być w „W”. Teraz na ten dziennik trzeba patrzeć w kontekście całego rynku telewizyjnego i pozostałych programów informacyjnych. „W” demaskują manipulacje i kłamstwa obozu, który do niedawna niepodzielnie rządził Polską. Rządził między innymi dlatego, że Polaków nie informowano o tym, co w istocie dzieje się w kraju. Teraz to się zmieniło. Stąd ta wściekłość.
Wydaje mi się, że wiele razy informowały o rzeczniku MON.
Bo nie ma sprawy.
Nie mam wiedzy, by był jakikolwiek konflikt w PiS, a tym bardziej spowodowany sprawą Misiewicza. Sądząc po tym, co mówiła premier Szydło i jakie decyzje podjął minister Macierewicz, to Misiewicz nie jest w tej chwili rzecznikiem MON.
A zatem, mówiąc językiem Kubusia Puchatka – jest zniknięty. I im częściej będą państwo do biura prasowego MON zaglądać, tym bardziej go tam nie znajdziecie.
Macierewicz ma prawo w swoim ministerstwie do podejmowania takich decyzji, jakie uważa za stosowne. Uważam, że to, co się działo w związku z Misiewiczem, było elementem ataku na ministra i na politykę obronności Polski, jaką prowadzi.
O nie, nie będę o tym rozmawiać.
Informacja o tym, że w Elblągu wysyłał samochód służbowy po hamburgery, była kłamstwem od początku do końca.
Dlatego wyraziłam swoją opinię o wodzie sodowej.
Mówiłam na spotkaniu z mieszkańcami w Jarocinie, że to jest zdolny, lojalny człowiek, ciężko pracujący dla Polski, że mi pomagał przy filmach smoleńskich. Mówiłam też, że to młody chłopak, a młodym ludziom, którzy są wywindowani na wysokie stanowiska, może uderzać do głowy woda sodowa. I że tak się stało. Dodałam, że jestem przekonana, że on się z tego otrząśnie. Z tego wszystkiego kochane media wyciągnęły tylko, że woda sodowa Misiewiczowi uderzyła do głowy. Tak, wiem, tak działają media.
Powtórzę – Macierewicz ma prawo do decydowania o sposobie rozwiązania tego problemu. I wierzę, że rozwiązuje go prawidłowo.
Najsilniejszy w PiS jest Jarosław Kaczyński. Szukacie dziury tam, gdzie jej nie ma.
Wy, dziennikarze, przecież powtarza pani plotki kolportowane przez innych. Macierewicz jest lojalnym politykiem PiS.
Tak naprawdę jestem dopiero po pierwszym roku studiów.
Nie kryguję się. Pilnie się uczę. Ale bardzo mi miło, jeśli ktoś sądzi, że już nie jestem żółtodziobem.
Proszę nie deprecjonować tego, co robiłam jako dziennikarka. Wejście do polityki było konsekwencją mojego zaangażowania po Smoleńsku, ale proszę nie próbować przekreślać tego, co robiłam, zanim taka propozycja padła.
Wierzy pani, że pan Pytel rozmawiał z Macierewiczem o Smoleńsku? Oj, proszę czasem weryfikować tezy, które pani stawia.
Zapyta pani o to posła Andrzeja Melaka, który stracił w katastrofie brata? Albo poseł Małgosię Wypych, która straciła męża? Że to tylko gra, w której politycy PiS uczestniczą? Mam nadzieję, że nigdy pani tego nie zrobi, bo to podły zarzut kolportowany przez redakcje, które popełniły wiele podłych stwierdzeń na temat Smoleńska. Ta katastrofa to jedna z najważniejszych spraw, jaka się nam, Polakom, zdarzyła w ostatnich latach. Jej wyjaśnienie dotyczy nas wszystkich. Dotyka statusu naszego państwa, honoru, siły narodu. To także kwestia godności ofiar i ich bliskich, które należały do elity państwa. Smoleńsk zdecyduje, jakim będziemy narodem. Także we własnych oczach. Wreszcie dotyczy podstawowych wartości – jak prawda i kłamstwo, dobro i zło.
Nie jest jedyny, który się nią zajmował, ale na pewno ma istotny wkład w wyjaśnienie tego, co się w Smoleńsku wydarzyło. Mam nadzieję, że nie odpuści. Robiłam filmy „Mgłę”, „Pogardę” „Przebudzenie” i „Prezydenta”, jeździłam z nimi po Polsce i współtworzyłam w naszym kraju drugi obieg, bo wszystkie media publiczne i komercyjne były dla takich dziennikarzy jak ja i dla moich filmów zamknięte. Postanowiłam potem, w 2015 r., że zaangażuję się mocniej niż tylko jako dziennikarz w to, by dokonała się w Polsce zmiana. To dlatego zgodziłam się kandydować do Sejmu. Od lat jestem przekonana o słuszności tego, co robię, nie bardzo potrafię grać i lawirować. Mówię, co myślę, co akurat nie jest w polityce bardzo wygodne.
O mamo, a to co nowego? Przecież to nieprawda. Chyba sama pani – znając mnie jednak – nie wierzy w to, co teraz mówi. Na nikogo nie krzyczę, ale też nie boję się zdecydowanie wejść w polemikę. Zresztą mam wrażenie, że kobietom w polityce łatwo dorabia się ten stereotyp, że histeryczka, rozemocjonowana. Jak mężczyzna wychodzi na mównicę i krzyczy, to jest stanowczy. Jak to samo robi kobieta – to histeryzuje. Fatalne stereotypy, przeciw którym nieraz wypowiadałam się jeszcze jako dziennikarka.
To zdrowy rozsądek, a nie feminizm. Nie przypominam sobie momentu, od czasu wejścia do polityki, w którym miałyby mi puścić nerwy. Przeciwnie, nawet wtedy, kiedy z mównicy sejmowej mówiłam, że PO nic nie wie o wolności słowa, i wymieniałam nazwiska wyrzuconych za rządów PO dziennikarzy – robiłam to na zimno.
Nie, głośno i stanowczo mówiłam, że wstydu nie mają. Należało im się. Za to, co zrobili z wolnością słowa w Polsce, z niszczeniem niezależności mediów, z połamanymi kręgosłupami wielu dziennikarzy, upokarzaniem, zatrudnianiem w firmach leasingowych. Powiedziałam to, co uważam. Ale płynęła z tego ciekawa nauka. Zobaczyłam, że mównica sejmowa – w porównaniu z pisaniem tekstów – daje turbodoładowanie. Zasięg i siła rażenia są nieporównywalnie większe. O tym, jak PO wyrzucała dziennikarzy z pracy za poglądy i spowodowała, że w Polsce musiał się tworzyć drugi obieg, napisałam pewnie kilkanaście tekstów. Ale wystarczyła minuta na mównicy sejmowej, by ten przekaz wreszcie dotarł do milionów odbiorców. Przyznam się pani – spodobało mi się.
Mnie z Marcinem Wolskim kilka rzeczy różni, m.in. wrażliwość językowa. Nie mówię, że zawsze ważę słowa, ale uważam, że je trzeba ważyć. A to zdanie o mordzie w kuble jest nieprawdziwe.
Nieprawda. I w mediach, i w Sejmie, i w instytucjach silną pozycję ma opozycja. Proszę zobaczyć, co robią media komercyjne. Jest cała masa krytycznych tekstów, opinii, jest swoboda debaty, którą to swobodę testuje ostatnio choćby Superstacja, przekraczając granicę chamstwa. A granic właściwie nie ma. Mam mówić o „Klątwie” w Powszechnym, tym kolejnym wykwicie polityki kulturalnej PO? Poza tym postawienie sprawy, tak jak zrobił to Marcin Wolski, jest nietrafne także dlatego, że my musimy podjąć zadanie odbudowy wspólnoty. Mówię to na poważnie. Od lat. Tak jak mówią to prezydent Duda, premier Szydło, prezes Kaczyński. I robią wszystko, by tak się stało.
Książkę chyba musimy wydać, by zmieścić sprostowania tych pani tez. Nie pamięta pani, co dokładnie powiedział Kaczyński? Powiedział o najgorszym sorcie Polaków, czyli o wąskiej grupie, która zwykle jest w naszym narodzie na przestrzeni dziejów, gotowej służyć obcym dworom przeciw własnej ojczyźnie. Zawsze byli zdrajcy i to jest ten najgorszy sort Polaków. I nic nie mówił o tym, że to są ci wszyscy, którzy nie głosują na PiS.
O wąskiej grupie polityków, którzy na forum międzynarodowym grają z Berlinem i innymi państwami przeciwko interesom Polski. PO jak zwykle zmanipulowała wypowiedź prezesa Kaczyńskiego.
O panach? No właśnie znów się Platformie udało, skoro pani Rigamonti święcie wierzy w to, że lider PiS uważa się za „pana”, za wynoszącego się nad innych. Nic z tych rzeczy. Chodziło o formę grzecznościową „pan”, wcześniej Jarosław Kaczyński mówił, że dobrze jej używać – było to nawiązanie do wystąpienia Schetyny, w którym to „pan” nie padło ani razu. Proszę poszperać na portalach społecznościowych, blogerzy już tę manipulację pięknie sprostowali. Czasem myślę, że gdyby nie internet i dziennikarstwo obywatelskie, to mielibyśmy znacznie większe kłopoty z przemysłem pogardy PO. A tak – kompromitują się sami.
Proszę zobaczyć całą wypowiedź. Z kontekstem pokrzykiwań z sali. Podeślę pani link. A co do liczenia się – myślę, że liczy się ze wszystkimi posłami.
Wam się wydaje, że PiS to jest wojsko. Jest rozkaz, nikt się nie wychyla, tylko wykonuje. Nieprawda. Obok wiedzy, że tzw. czynnik ludzki może wysadzić w powietrze najstaranniej przygotowany projekt polityczny, świadomość, że polityka to przede wszystkim sztuka negocjacji i ucierania różnych stronnictw i środowisk, jest moim na razie najciekawszym doświadczeniem. Proszę zauważyć, co się dzieje z różnymi projektami ustaw, jedne się pojawiają, znikają, a świadczy to o tym, że w PiS też są negocjacje. Nic nie dzieje się „na rozkaz”.
Popełniono błąd, że nie odesłano obu projektów ustaw do komisji.
Uważam, że w tej chwili zaostrzanie ustawy aborcyjnej, tak jak proponowało to Ordo Iuris, byłoby błędem politycznym.
To był 2007 r. Od tamtego czasu moje stanowisko się zmieniło, bo uważam, że powinniśmy ograniczyć możliwość aborcji eugenicznej.
Zwykłe, jak to z szefem.
Nie chwaliłam się. To mnie o nią wypytywano. Rzeczywiście, powstało osiem rozdziałów. Wiele godzin rozmów, dzięki nim wiem więcej o polityce, o najnowszej historii, także o koncepcjach politycznych braci Kaczyńskich. Dzięki temu mogłam łatwiej zrealizować potem film „Prezydent”. To było jedno z moich najciekawszych doświadczeń zawodowych. Rozmawialiśmy w trudnym momencie, zaraz po katastrofie – w lipcu i sierpniu 2010 r.
Nie, na Nowogrodzkiej, w siedzibie partii. I momentami to było bardzo wzruszające. Oczywiście, wszystko wiernie napisałam (uśmiech).
Okazało się, że to było zbyt...
Nie. To była opowieść polityka w chwili, gdy był dotknięty wielką tragedią. Postanowiliśmy, po kilku miesiącach, że tej książki nie publikujemy. I już.
Wydaje mi się, że lider PiS jest osobą, która ufa wielu ludziom. Niekiedy, jak pokazują różne przykłady z przeszłości, zdarzało się, że ufał zbyt pochopnie. Moja bardzo daleko posunięta ostrożność wobec Jacka Kurskiego wynikała właśnie z tego powodu (śmiech). A Jarosław Kaczyński – to zupełnie zwyczajnie nadzwyczajny człowiek.
Słucham?
To mądry, wyjątkowy polityk. Nie wiem nawet, jak pani to opowiedzieć – bo o erudycji, talencie politycznym, sile mówiło już tyle osób, że nie warto się powtarzać. Podpowiem, że warto słuchać go uważnie. Ja robię to od lat. Wiele diagnoz dotyczących polskiej rzeczywistości, które teraz traktowane są jako oczywiste, jako pierwszy postawił właśnie Jarosław Kaczyński. Musiałaby pani z nim spokojnie porozmawiać – pewnie wiedziałaby pani, o czym mówię.
Niedawno, w Sejmie. Ale staram się nie zawracać mu głowy, jak nie mam jakiejś ważnej sprawy.
Nie korzystam z żadnej z nich. Może dlatego, że nie są prawdziwe.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu