Tym razem o wyborze przewodniczącego nie będzie decydował układ między dwiema frakcjami, lecz głosowanie.
Reklama
Antonio Tajani kandydat Europejskiej Partii Ludowej / Dziennik Gazeta Prawna
Gianni Pittella kandydat Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów / Dziennik Gazeta Prawna
Guy Verhofstadt kandydat Sojuszu Liberałów i Demokratów na rzecz Europy / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
W najbliższy wtorek Parlament Europejski będzie wybierać swojego przewodniczącego, który zastąpi Niemca Martina Schulza. I wszystko wskazuje na to, że po raz pierwszy od wielu lat zostanie on wyłoniony w prawdziwym głosowaniu, a nie wskutek układu między dwiema największymi ugrupowaniami. Ale choć dotychczasowy system podziału władzy był krytykowany jako niemający wiele wspólnego z demokracją, decyzja socjalistów o zerwaniu układu jest co najmniej niefortunna. Nie przyczyni się także do wzrostu zaufania do europarlamentu.
Od pierwszych bezpośrednich wyborów do Parlamentu Europejskiego w 1979 r. kadencja jego przewodniczącego składa się z dwóch dwuipółletnich części. A od lat 80. obowiązuje nieformalny układ między chadecką Europejską Partią Ludową (EPP) a socjalistami (obecnie funkcjonującymi pod nazwą Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów, S&D), zgodnie z którym dzielą się tym stanowiskiem i wzajemnie popierają swoich kandydatów. Wyjątek od tego układu był jeden, gdy w latach 1999–2004 chadecy zawarli porozumienie z liberałami, a nie z socjalistami. Takie dzielenie się władzą budzi kontrowersje. Bo niezależnie od tego, która z dwóch głównych frakcji wygrywa wybory i jaką ma przewagę nad drugą, nie ma to wielkiego przełożenia na obsadę najważniejszego stanowiska. Co w efekcie nie zachęca obywateli do udziału w wyborach.
Teraz socjaliści ogłosili, że nie będą trzymać się porozumienia i zamiast poprzeć wystawionego przez chadeków Włocha Antonia Tajaniego, zgłosili własnego kandydata, jego rodaka Gianniego Pittellę. Tę decyzję uzasadnili właśnie przekonaniem, że przewodniczący powinien być wyłaniany w wyniku prawdziwych wyborów, a nie umowy. Ale fakt, że doszli do takiego wniosku w połowie kadencji, akurat gdy stanowisko ma przejść z rąk socjalistów do chadeków, budzi spory niesmak. Prawdziwym powodem jest to, że po wyborze chadeka na szefa europarlamentu mieliby oni trzy z czterech najważniejszych stanowisk w Unii. Z ramienia EPP wywodzą się też przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker i przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Wówczas socjalistom pozostałaby tylko Federica Mogherini w fotelu szefowej unijnej dyplomacji. Dlatego teraz argumentują, że jeśli przewodniczącym Parlamentu Europejskiego miałby być chadek, to logicznie byłoby wymienić Tuska na socjalistę. To jednak mało prawdopodobne. Był już kiedyś taki przypadek, że chadecja miała w swoich rękach trzy ważne stanowiska – więc jest precedens. Po za tym do wyboru przewodniczącego potrzeba większości kwalifikowanej, a były polski premier ma poparcie kilku dużych państw członkowskich, więc o jej uzyskanie nie będzie łatwo. Podobnie jeśli przewodniczącym PE zostanie Włoch, zapewne pojawią się głosy, by zastąpić kimś innym Mogherini, bo byłaby to wyraźna nadreprezentacja jednego państwa. W unijnej układance parytetów między frakcjami politycznymi, państwami dużymi i małymi, starymi i nowymi, kobietami i mężczyznami jest to ważniejsze niż fakt, że zupełnie się ona nie sprawdza w roli szefowej dyplomacji.
Zatem o ile w ostatniej chwili nie zostanie zawarte jakieś porozumienie, we wtorek o funkcję szefa europarlamentu walczyć będzie ośmioro kandydatów. Zgodnie z procedurą w pierwszych trzech turach głosowania do zwycięstwa potrzebna jest bezwzględna większość. Jeśli nikt jej nie uzyska – co jest prawdopodobne – w czwartej pozostaną tylko dwaj, którzy w poprzedniej dostali najwięcej głosów. Szanse, że znajdzie się w niej ktoś inny niż Tajani i Pittella, są niewielkie. Nawet lider liberałów, były premier Belgii Guy Verhofstadt wydaje się być na straconej pozycji.
Wynik decydującej rozgrywki między obydwoma Włochami jest trudny do przewidzenia. Bo o ile można założyć, że skrajna lewica i Zieloni ostatecznie poprą Pittellę, a konserwatyści – Tajaniego, nie wiadomo, jak zachowają się deputowani z frakcji eurosceptycznych i niezrzeszeni – czy też uznają Tajaniego za mniejsze zło, czy nie wezmą udziału w głosowaniu. A o ostatecznym wyniku mogą decydować pojedyncze głosy. Kluczowe w tej sytuacji będzie zwłaszcza to, jak zachowa się liberalna frakcja ALDE.
Według analizy Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych liberałom bliżej do Pittelli, z kolei portal VoteWatch.eu na podstawie historii głosowań w obecnej kadencji uważa, że o wyniku rozstrzygną głosy 89 eurodeputowanych. Tych, którzy skłaniają się do Tajaniego, jest w tej grupie więcej, ale są oni mniej przekonani do głosowania niż potencjalni zwolennicy Pittelli. Czyli nadal nic nie wiadomo – poza tym, że na pewno będą to najbardziej zacięte wybory w historii Parlamentu Europejskiego.
Od początku obecnej kadencji, czyli od 2014 r., Włoch jest jednym z 14 wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego. Wcześniej przez wiele lat był eurodeputowanym (1994–2008), a później za czasów Jose Manuela Barroso członkiem Komisji Europejskiej. Pełnił funkcję komisarza ds. transportu (w latach 2008–2010), a także komisarza ds. przemysłu i przedsiębiorczości (2010–2014). Mimo tak dużego doświadczenia w unijnych instytucjach jego wybór jako kandydata na szefa europarlamentu nawet wśród niektórych chadeków przyjęto z mieszanymi uczuciami. Wątpliwości budzi zwłaszcza fakt, iż jest on uważany za bliskiego współpracownika byłego premiera Włoch Silvia Berlusconiego (był jednym z założycieli jego partii Forza Italia, później rzecznikiem rządu), oraz to, że jako komisarz ds. przemysłu ponosi współodpowiedzialność za aferę emisyjną Volkswagena, bo ignorowano ostrzeżenia o używaniu przez producentów samochodów urządzeń fałszujących testy emisyjne. Zapowiada, że zamierza zmienić styl sprawowania przewodnictwa w PE i chce być raczej rzecznikiem europarlamentu niż jego szefem. Ma 63 lata, z wykształcenia jest prawnikiem, a przed rozpoczęciem kariery politycznej był oficerem lotnictwa i dziennikarzem.
Deputowany do Parlamentu Europejskiego od 1999 r., w ubiegłej kadencji (2009–2014) był jednym z jego 14 wiceprzewodniczących, zaś od początku obecnej jest przewodniczącym S&D, drugiej co do wielkości frakcji w europarlamencie. Występował w imieniu socjalistów na posiedzeniach oświęconych sytuacji w Polsce, przekonując w ich trakcie, że należy podjąć działania zapobiegające powstaniu w naszym kraju dyktatury. Zapowiada, że jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego chce być „pierwszym między równymi”, pod jego rządami Parlament Europejski będzie bardziej pluralistyczny w podejmowaniu decyzji, a wszystkie frakcje – niezależnie, czy małe, czy duże – będą miały coś do powiedzenia, choć zarazem wyłącza z tego grona przedstawicieli skrajnej prawicy. Ma 58 lat i jest lekarzem z wykształcenia.
Przewodniczący frakcji liberałów (ALDE) jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych eurodeputowanych. Przez prawie dziewięć lat (1999–2008) był premierem Belgii, co biorąc pod uwagę rozdrobnioną scenę polityczną w tym kraju, samo w sobie jest sporym osiągnięciem. Od 2009 r. jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego. Dwukrotnie był kandydatem liberałów na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. O ile nie zostanie wybrany na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, to niemal na pewno z ramienia tej instytucji będzie przewodził negocjacjom w sprawie warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Verhofstadt liczy, że wobec braku porozumienia między chadekami a socjalistami może być dla jednych i drugich kandydatem kompromisu, ale jego szanse osłabia to, iż po ostatnich wyborach liberałowie są zaledwie czwartą co do wielkości frakcją, a on sam jest zagorzałym zwolennikiem ściślejszej integracji Unii i przekształcenia jej w państwo federalne. Jeden z najbardziej zawziętych krytyków władz polskich (a także węgierskich), którym notorycznie zarzuca zmierzanie w stronę dyktatury. Zwolennik nakładania sankcji na kraje, które nie przestrzegają unijnych wartości. Mówi, że jako przewodniczący europarlamentu chce zbudować sojusz wszystkich proeuropejskich sił. Ma 63 lata.