Tym razem o wyborze przewodniczącego nie będzie decydował układ między dwiema frakcjami, lecz głosowanie.
W najbliższy wtorek Parlament Europejski będzie wybierać swojego przewodniczącego, który zastąpi Niemca Martina Schulza. I wszystko wskazuje na to, że po raz pierwszy od wielu lat zostanie on wyłoniony w prawdziwym głosowaniu, a nie wskutek układu między dwiema największymi ugrupowaniami. Ale choć dotychczasowy system podziału władzy był krytykowany jako niemający wiele wspólnego z demokracją, decyzja socjalistów o zerwaniu układu jest co najmniej niefortunna. Nie przyczyni się także do wzrostu zaufania do europarlamentu.
Od pierwszych bezpośrednich wyborów do Parlamentu Europejskiego w 1979 r. kadencja jego przewodniczącego składa się z dwóch dwuipółletnich części. A od lat 80. obowiązuje nieformalny układ między chadecką Europejską Partią Ludową (EPP) a socjalistami (obecnie funkcjonującymi pod nazwą Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów, S&D), zgodnie z którym dzielą się tym stanowiskiem i wzajemnie popierają swoich kandydatów. Wyjątek od tego układu był jeden, gdy w latach 1999–2004 chadecy zawarli porozumienie z liberałami, a nie z socjalistami. Takie dzielenie się władzą budzi kontrowersje. Bo niezależnie od tego, która z dwóch głównych frakcji wygrywa wybory i jaką ma przewagę nad drugą, nie ma to wielkiego przełożenia na obsadę najważniejszego stanowiska. Co w efekcie nie zachęca obywateli do udziału w wyborach.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.