Bąk: Jajecznica z mercedesa
Przyznaję się bez bicia. Do ubiegłego tygodnia
wyrażenie „urlop na kempingu” stawiałem w jednym rzędzie z „rak
trzustki” oraz „porzucona w lesie mina z czasów drugiej wojny światowej
urwała mi obie nogi”. Prowadzę dość poukładane życie i nie wyobrażałem
sobie wypoczynku wśród przyczep i namiotów porozrzucanych niedbale po
całym polu, unoszącego się permanentnie w powietrzu zapachu
podwawelskiej zmieszanej z tanim piwem, spoconych, rozwrzeszczanych i
utytłanych ziemią dzieci biegających wokół namiotów oraz ciągłych
sąsiedzkich rozmów o tym, kto ma dłuższą przyczepę. I wiecie co? Na
kempingach dokładnie tak jest. Tyle że już kompletnie mi to nie
przeszkadza. Przeciwnie – bardzo mi się spodobało. A wszystko za sprawą
Mercedesa Marco Polo.