Jeszcze kilka tygodni temu wystarczyło przejrzeć prasę, by czytać wypowiedzi o tym, że to jeszcze nie koniec bessy, że wciąż jest źle. Ostatnio jest ich odrobinę mniej.
Sytuacja na rynkach jest zawsze prosta. Pod jednym warunkiem – że ceny akcji rosną od bardzo długiego czasu i można wyprodukować dowolną opowieść uzasadniającą te wzrosty. Wówczas pojawia się wysyp analiz fundamentalnych oraz makroekonomicznych, które w zaawansowany albo naiwny sposób próbują tłumaczyć, że za wzrostami cen stoi racjonalny i wyedukowany inwestor. Najczęściej oczywiście instytucjonalny. Sprawy znacząco się komplikują, gdy na rynku następuje naturalny po każdych dłuższych wzrostach, równie długi czas spadków. Można powiedzieć, że bessę na rynkach akcji najlepiej charakteryzuje jedno słowo – niewiara.
Początkowo jest to niewiara w to, że wzrosty się zakończyły. Czytelnicy na pewno pamiętają nawoływania analityków i ekonomistów do trzymania akcji, w połowie 2007 roku, pod koniec 2007, a nawet na początku 2008 roku. Obserwatorzy nie wierzyli swoim zmysłom. Mantra o tym, że polska gospodarka ma się dobrze, że kłopoty dotyczą wyłącznie amerykańskich banków i wiele, wiele innych pobrzmiewała donośnie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.