Prezydent Francji François Hollande przełożył planowaną na czwartek wizytę w Warszawie. Jak podają agencje prasowe, ma to związek z nieudanym zakończeniem negocjacji offsetowych dotyczących śmigłowców Caracal, które prowadził francuski potentat zbrojeniowy Airbus z rządem Polski. Z takiego zachowania polityka znad Sekwany, którego wkrótce czekają wybory (i to też może mieć związek z tą decyzją), płynie kilka wniosków.
Pierwszy, najbardziej oczywisty, wręcz nieco nudny, to po prostu kolejne potwierdzenie tego, że rząd Prawa i Sprawiedliwości nie przepuści żadnej okazji do konfliktu i woli ten sam efekt osiągnąć, głośno krzycząc i waląc cepem, niż pięknie się uśmiechać i skorzystać z mniej rzucającego się w oczy, ale równie skutecznego sztyletu. Amatorszczyzną pachnie to, że ogłoszenia tej decyzji nie przeciągnięto choćby o dwa tygodnie, do czasu po wizycie, by nie wystawiać się na tak oczywisty strzał, a wręcz wpychać kule w armaty Francuzów. Ale jako że to nie pierwsze faux pas dyplomatyczne tej formacji, to nie jest zaskakujące.
Znacznie ciekawsze jest jednak to, że gest Hollande’a jasno pokazuje, iż we współczesnej tak zglobalizowanej gospodarce kapitał jednak ma narodowość. W uproszczeniu sytuacja wygląda tak: prezydent Francji obraża się na Polskę, bo nie dajemy zarobić korporacji notowanej na giełdzie w Paryżu. To bardzo jasno pokazuje, że państwa dbają o interesy gospodarcze narodowych firm, i oszukiwanie się, że kapitał jest ponadnarodowy, jest naiwnością. Warto też uczyć się od kolegów znad Sekwany – jeśli oni tak mocno lobbują za swoim przemysłem, to my także powinniśmy sięgać po takie środki. Choć o to będzie znacznie trudniej, bo po prostu w porównaniu z francuskim nasz przemysł jest bardzo ubogim krewnym.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.