Reżim ma jeszcze kule. Na Kubie kości ewidentnie zostały rzucone

Hawana
<p>Rząd USA będzie jednak pod rosnącą presją ze strony kubańskich emigrantów, zamieszkałych w zwartych grupach głównie na Florydzie i stanowiących w tym stanie silne lobby wyborcze</p>PAP/EPA / Ernesto Mastrascusa
17 lipca 2021

Lekko zawoalowana groźba już pojawiła się w wystąpieniach kubańskich polityków, m.in. w nazywaniu demonstrantów „terrorystami”. A jak wiadomo: z terrorystami się nie negocjuje, do terrorystów się strzela

Autor jest doktorem nauk o polityce Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, a także ekspertem Nowej Konfederacji oraz przewodniczącym Rady i analitykiem Fundacji Po.Int, zrzeszającej m.in. byłych oficerów wywiadu

Rewolucje zwykle nie wybuchają wówczas, gdy nędza i ucisk osiągają apogeum, lecz wtedy, gdy sytuacja zaczyna się lekko poprawiać, ale w sposób i w tempie, które nie spełniają oczekiwań społecznych. To prawidłowość znana politologom i historykom. Na Kubie też ostatnio zaczęło się, pod pewnymi względami, robić lepiej – więc najpoważniejsze od 1994 r. zamieszki nie powinny dziwić.

Po śmierci Fidela Castro oraz po niedawnym przejściu na emeryturę jego brata Raúla reżimowi zabrakło przywódczych autorytetów. Osłabła również pozycja konserwatystów na rzecz technokratów, a rząd premiera Miguela Díaza-Canela (od 2019 r. jest też prezydentem) podjął parę lat temu bardzo ostrożne reformy, poszerzające wolności osobiste (m.in. zakazano dyskryminacji ze względu na niepełnosprawność, płeć czy orientację seksualną) i dostosowujące system polityczny do nowoczesnych standardów (limit kadencji prezydenta).

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.