Kijów zastanawia się nad „symetryczną odpowiedzią” na piątkową uchwałę Sejmu w sprawie Wołynia. Ostateczną decyzję ukraiński parlament podejmie we wrześniu.
Reklama
Po przyjęciu w piątek przez Sejm uchwały, w której rzeź wołyńska została określona mianem ludobójstwa, można się spodziewać „symetrycznej odpowiedzi” ze strony ukraińskiej. Znany pisarz Jurij Andruchowycz zaproponował nawet ustanowienie dnia pamięci ofiar represji okupacyjnej władzy polskiej na ziemach zachodnioukraińskich. Odpowiedział mu wicedyrektor Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia Łukasz Adamski, który przestrzegł przed „kontekstualizacją” debaty historycznej.
Jak pisze Adamski, metodę Andruchowycza z powodzeniem stosują Rosjanie, którzy przy krytyce paktu Ribbentrop-Mołotow zawsze przypominają, że „najpierw było Monachium”, a „przed Katyniem była śmierć czerwonoarmistów w polskiej niewoli”. Oba głosy są zapowiedzią tego, jak się będzie rozwijał spór o Wołyń. Przytoczone opinie należą do osób, które trudno uznać za nurt radykalny. Należy się więc spodziewać, że radykalizacja debaty nie pominie środowisk umiarkowanych.
Widać ją w deklaracji ambasadora Ukrainy w Warszawie. Andrija Deszczycię trudno oskarżać o negatywny stosunek do Polski i Polaków. W Warszawie przepracował sporą część swojej kariery dyplomatycznej. Biegle mówi w naszym języku. Jego wpis na Facebooku nie przysporzy mu jednak sympatii po stronie polskich władz. „Na decyzję polskiego parlamentu w sprawie uznania wydarzeń wołyńskich z lat 1943–1945 za ludobójstwo będzie odpowiedź ukraińskich polityków i parlamentarzystów, którzy słusznie będą dowodzić, że doszło również do ludobójstwa Ukraińców ze strony Polaków” – czytamy.
Za radykalizacją nastrojów przemawia też decyzja szefa parlamentarnej grupy ds. współpracy z Polską Borysa Tarasiuka, który zrezygnował ze stanowiska. – To mój osobisty protest przeciwko antyukraińskiej, nieodpowiedzialnej decyzji polskiego parlamentu. Nie widzimy gotowości do współpracy z podobną komisją polskiego Sejmu, której szef (Michał Dworczyk – red.) był inicjatorem tej antyukraińskiej decyzji. Poza tym nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi na nasze liczne listy do komisji z propozycjami wspólnego uregulowania tej niełatwej kwestii – tłumaczył motywy swojej decyzji były szef MSZ. Teraz Tarasiuk, przez lata utrzymający bliskie kontakty z Polską, pracuje w komisji spraw zagranicznych Rady Najwyższej nad kontruchwałą.
W podobnym kierunku zmierza również stanowisko wiceszefowej parlamentu Oksany Syrojid. Pochodząca z obwodu lwowskiego polityk umiarkowanej, prozachodniej Samopomocy po wprowadzeniu się do swojego gabinetu w Radzie Najwyższej zdjęła portret Romana Szuchewycza, odpowiedzialnego za zbrodnie dowódcy operacyjnego UPA, który zainstalował tam jej poprzednik Rusłan Koszułynski ze Swobody. W jego miejsce powiesiła wolne od politycznych konotacji obrazy modernistyczne. Dziś odnosząca się do Polski z sentymentem, stawiająca polskie przemiany jako wzór dla Ukrainy Syrojid razem z Tarasiukiem pracuje nad projektem kontruchwały. Innym inicjatorem projektu jest poseł Frontu Ludowego Ihor Huź, dawniej w nacjonalistycznym Sojuszu Narodowym. To on jako pierwszy opublikował na Facebooku treść kontruchwały. – W dekalogu ukraińskiego nacjonalisty jest jasny punkt: nie pozwolisz nikomu plamić chwały ani honoru swojego narodu – komentował Huź całą inicjatywę.
Spośród ukraińskich polityków w najbardziej umiarkowany sposób na piątkową uchwałę zareagował prezydent. „Żałuję, że Sejm podjął taką decyzję. Wiem, że wielu zechce wykorzystać ją do celów politycznych. Jednak możemy powrócić do nauk Jana Pawła II i słów »przebaczamy i prosimy o przebaczenie«” – napisał na Facebooku Petro Poroszenko. W analizie skutków przyjęcia przez Sejm uchwały wołyńskiej trudno pominąć politykę historyczną prowadzoną przez ostatnie miesiące przez Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej, kierowany przez nacjonalistycznego historyka Wołodymyra Wjatrowycza. Wjatrowycz odgrywa ważną rolę w kampanii na rzecz nadawania ukraińskim ulicom nazw związanych z dowódcami UPA.
Tymczasem przedstawiciele obecnych polskich władz bardziej zdecydowanie niż ich poprzednicy demonstrują sprzeciw wobec takich incydentów jak zdarzenie z kwietnia 2015 r., gdy ukraińscy deputowani podczas wizyty Bronisława Komorowskiego przegłosowali uchwały zakazujące krytyki UPA. Prezydent Poroszenko niemal od początku obiecywał ich nowelizację, ale dopiero po zaostrzeniu polsko-ukraińskich relacji historycznych przedstawił projekt poprawek, gwarantujący wolność badań naukowych i zastrzegający, że tytuł bohatera walk o niepodległość nie należy się ludziom odpowiedzialnym za zbrodnię.
Równolegle do zaproponowania poprawek Poroszenko podczas wizyty na szczycie NATO w Warszawie 8 lipca złożył kwiaty pod pomnikiem upamiętniającym ofiary zbrodni wołyńskiej. – Trzeba docenić gest prezydenta Poroszenki. Do niedawna wydawało się, że prezydent, który wykona taki gest, tylko na tym straci politycznie na Ukrainie. Z historii wiemy, że jeśli za tego typu gestami szła praca polityczna, przynosiły one historyczne rezultaty – mówił nam kilka dni później prezydencki minister ds. zagranicznych Krzysztof Szczerski. O tym, jaką pracę polityczną wykonają teraz Ukraińcy, przekonamy się we wrześniu, gdy parlamentarzyści wrócą z wakacji. O to, by napięcie osłabło, mógłby zadbać prezydent Andrzej Duda, który 24 sierpnia ma odwiedzić Kijów z okazji 25. rocznicy odzyskania niepodległości przez Ukrainę.
Petro Poroszenko oddał w stolicy hołd ofiarom rzezi wołyńskiej / Dziennik Gazeta Prawna