Nawet jeśli Alaksandr Łukaszenka utrzyma władzę, ze wszystkich argumentów pozostanie mu tylko siła. Mało kto wątpi, że to początek końca jego rządów.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Czy to, co od niemal tygodnia dzieje się na Białorusi, można porównywać do ukraińskiego Majdanu? Pytanie nasuwa się samo, bo dotyczy narodu najbliższego Ukraińcom pod względem historycznym, językowym czy kulturowym. Ale podobne analogie, choć atrakcyjne, są niepełne, a przez to fałszywe. Na pewno jednak to, co widzimy w Mińsku i innych miejscowościach, nie przypomina niczego, co widzieliśmy dotychczas w tym kraju.
Współpracownicy Swiatłany Cichanouskiej, z którymi rozmawialiśmy, opowiadali o tradycyjnej sinusoidzie białoruskiej polityki. – Za każdym razem po wielkiej nadziei przychodziło jeszcze większe rozczarowanie. Tak było w 2006 r. po kampanii prezydenckiej Alaksandra Milinkiewicza, która skończyła się pacyfikacją protestu. Tak było cztery lata później, gdy rozbudzono nadzieję dość swobodną kampanią, a potem nas wszystkich rozpędzono. Wielu trafiło do więzień, a ja postanowiłam, że nigdy więcej się w coś takiego nie zaangażuję – mówiła jedna z wolontariuszek, która w różnych antyłukaszenkowskich protestach uczestniczy od 16 lat.

Nowi dekabryści

W 2006 r. Milinkiewicz, prozachodni intelektualista z Grodna, nie zdołał zmobilizować wystarczająco dużych protestów, by mieć choćby cień szansy na zmuszenie Alaksandra Łukaszenki do jakichkolwiek ustępstw. W 2010 r. na fali odwilży władze pozwoliły wystartować każdemu chętnemu, przez co prezydent miał aż dziewięciu rywali. Część alternatywnych kandydatów umówiła się, że w niedzielny, wyborczy wieczór będą wspólnie kierować manifestantami, by zmusić władze do negocjacji. Bezpieka z łatwością obaliła ten scenariusz, jeszcze przed zamknięciem lokali wyborczych rozbijając sztab wyborczy poety Uładzimira Niaklajeua, który miał odpowiadać za nagłośnienie i logistykę.
Sam Niaklajeu został pobity i trafił najpierw do szpitala, a potem do aresztu. Pozostali politycy się pogubili. Protestujący zebrali się na Kastrycznickiej płoszczy, jednak władze zawczasu przygotowały tam lodowisko z głośną muzyką, a ponieważ nagłośnienie nie dotarło, przemawiających opozycjonistów nie było prawie słychać. Po wielu wahaniach i wewnętrznych sporach poprowadzono ludzi na odległą o kilometr płoszczę Niezależnasci, pod siedzibę rządu, parlamentu i komisji wyborczej. Tam czekały już na nich specjalne siły milicji AMAP, szerzej znane pod rosyjskim skrótem OMON. Wybite szyby w jednym z gmachów – nie wiadomo, czy będące efektem prowokacji służb czy też nadgorliwości któregoś z demonstrantów – dostarczyły pretekst do pacyfikacji wystąpień.
A potem nastąpił okres represji. Grudniową nocą zatrzymano większość opozycyjnych kandydatów na prezydenta, do drzwi wielu aktywistów zapukała milicja, kilkadziesiąt osób, w nawiązaniu do rosyjskiej historii nazwanych dekabrystami, skończyło z wieloletnimi wyrokami. Tuż po wyborach jedna z opozycyjnych aktywistek odprowadzała mnie na dworzec kolejowy. Paląc papierosa za papierosem, mówiła o strachu i niepewności jutra. – Kolejnych kolegów mi zatrzymują. Czuję się jak w trzydziestym siódmym – przekonywała, nawiązując do stalinowskich czystek. Było w tym mnóstwo przesady, ale przemawiały przez nią emocje, a nie chłodna analiza.
Po grudniu 2010 r. nastąpiła największa aż do tego lata fala represji w historii łukaszenkowskiej Białorusi. Prozachodnia opozycja została rozbita i nigdy się nie odbudowała. Słabość liderów przerodziła się w ich brak.

Upór Łukaszenki

Po rosyjskiej agresji na Ukrainę Łukaszenka dostrzegł szansę na normalizację relacji z Zachodem. Opozycja mu nie zagrażała, więc więźniowie polityczni zostali wypuszczeni, co otworzyło drogę do zawieszenia sankcji. Zmiana sytuacji w Europie Wschodniej sprawiła zarazem, że skurczyła się pomoc dla środowisk niezależnych. Działacze, skonfliktowani towarzysko i ideowo (tradycyjna opozycja to zarówno narodowa chadecja Pawła Siewiaryńca, jak i rusofilscy postkomuniści Siarhieja Kalakina), musieli rywalizować o kurczący się strumień grantów, co tylko pogłębiało ich wewnętrzne spory. Białorusini to dostrzegali i nawet ci, którym nie w smak był coraz bardziej archaiczny reżim, formą przypominający mieszankę Leonida Breżniewa i António Salazara, patrzyli na opozycję z mieszaniną zażenowania i frustracji, wywołanej jej nieudolnością.
Na tradycyjne opozycyjne święta niby wciąż przychodziły setki, a czasem nawet tysiące ludzi, ale nikt nawet nie starał się udawać, że wierzy w przełom. Wszystko wskazywało na to, że wybory 2020 r. będą formalnością. Skłócona opozycja wyłoni wspólnego kandydata albo i nie, Łukaszenka dorzuci do tego dwóch czy trzech sparingpartnerów, by symulować pluralizm, 500 osób spędzi wyborczy wieczór na którymś z mińskich placów. Może ktoś dostanie w zęby, może ktoś spędzi wieczór w areszcie. Może bezpieka zawczasu wyłapie najbardziej znanych działaczy. A w poniedziałek, góra we wtorek – trawestując słowa Horace’a Sébastianiego z 1831 r. – porządek zapanuje w Mińsku.
I wtedy zdarzył się COVID-19. Łukaszenka wyśmiewał ofiary zarazy i ograniczenia wprowadzane przez kolejnych sąsiadów. Rząd zdawał sobie sprawę, że to droga donikąd, ale Łukaszenka się uparł, choć jego upór po raz pierwszy zagroził jedności nomenklatury. Jedno z pierwszych ognisk choroby wybuchło na wydziale stosunków międzynarodowych w najważniejszym uniwersytecie w stolicy, gdy z zimowych ferii wrócili studenci z mocno wówczas zawirusowanego Iranu. Tymczasem ich koledzy z wydziału to w dużej mierze dzieci wysoko postawionych urzędników, menedżerów firm państwowych, bankowców i dyplomatów.
Nawet jeśli nomenklatura nie zaczęła się wówczas rozglądać za potencjalnym następcą prezydenta, to przynajmniej zaczęła dopuszczać taki scenariusz. Nieprzypadkowo Łukaszenka kilka razy podczas tej kampanii mówił, że zdrady nie wybaczy nigdy. Nieprzypadkowo po raz pierwszy w historii zamiar startu ogłosili dwaj przedstawiciele establishmentu – szef Biełgazprombanku Wiktar Babaryka i były doradca Łukaszenki oraz ambasador w USA Waleryj Capkała. Nieprzypadkowo wkrótce potem prezydent wyrzucił ze stanowiska premiera Siarhieja Rumasa, który nie zrobił nic złego poza tym, że kilka lat pracował z Babaryką. Nieprzypadkowo wreszcie ani Babaryka, ani Capkała nie znaleźli się ostatecznie na listach kandydatów.
Spośród kandydatów budzących emocje nie został zarejestrowany także youtuber Siarhiej Cichanouski, znany z nadania Łukaszence przydomka „Karaluch” i wielu chętnie oglądanych filmów o nadużyciach władz. Władze wybrały najmniejsze zło i pozwoliły się zarejestrować jedynie żonie Siarhieja – Swiatłanie, która nie dość, że nie miała żadnego doświadczenia politycznego, to jeszcze ostatnie lata nie pracowała, opiekując się dwojgiem dzieci, z których jedno ze względu na poważną wadę słuchu wymaga stałej rehabilitacji. Łukaszenka przy całym swoim seksizmie uznał, że kobieta mu nie zagrozi, a jeśli nawet, KGB znajdzie sposób, by ją zastraszyć. Nic bardziej mylnego.
Cichanouską złamano dopiero po wyborach, gdy władze zagroziły, że i ona, i mąż dostaną kilkunastoletnie wyroki, a dzieci będą się wychowywać za granicą u obcych. Kulisy szantażu opisaliśmy w środę w DGP („Podejście pakietowe. Niezawodny schemat białoruskiej polityki”). Podstawiono jej samochód i wywieziono na Litwę. Białorusini zrozumieli: Cichanouska przeskoczyła poprzeczki zawieszone znacznie wyżej, niż ktokolwiek od niej oczekiwał. Choć Babaryka siedział w areszcie, a Capkała z emigracji zaczął pisać uniżone listy do prezydenta Rosji Władimira Putina, ich współpracownicy zasilili sztab Cichanouskiej. Sprawny zabieg marketingowy kazał wysunąć na czoło dwie inne kobiety: żonę Capkały Wieranikę i współpracowniczkę Babaryki Maryję Kalesnikawą. Na ich wiece przychodziły tłumy, jakich Białoruś nie widziała.

Ludzie proszą o wolność

Było w tym coś z internetowej kampanii Ukraińca Wołodymyra Zełenskiego, było coś z objazdu po regionach rewolucjonisty z Armenii Nikola Paszinjana, który obalił tezę, że liczy się tylko kontrola nad stolicą i właśnie dzięki aktywizacji prowincji bezkrwawo odsunął od władzy skostniały system polityczny. W niedzielny wieczór kobiety w zasadzie nie musiały wzywać do protestów – zresztą nie wzywały, a gdy Cichanouska została zapytana, czy będzie towarzyszyć własnym zwolennikom, którzy zbierali się, by bronić jej – wszystko na to wskazuje – wyborczego zwycięstwa, zanim odpowiedziała, milczała dobrą minutę. Okazało się – najmniejsze zaskoczenie świata – że nie jest liderką, tylko symbolem, a ludzie głosowali na nią dlatego, że obiecała im uczciwe wybory, w których sama nie zamierzała startować. A w nich mogliby sobie wybrać choćby Babarykę.
Białorusini tym razem wyszliby i bez niej. Po raz pierwszy nie potrzebowali liderów – zrobili krok dalej niż Ukraińcy w 2013 r., którzy traktowali trzech przywódców opozycji nie jako liderów, ale raczej z trudem tolerowanych, często irytujących sojuszników w walce z Wiktorem Janukowyczem. W tę niszę po politykach weszli blogerzy. W trakcie prekampanii Siarhiej Cichanouski i jego youtube’owy kanał Strana dla żyzni (Kraj do życia). Teraz jest nim Nexta (stylizowane słowo „niechta”, ktoś), 22-letni student z Polski Sciapan Puciła. Jego kanał na popularnym na Wschodzie komunikatorze Telegram subskrybuje już 1,5 mln ludzi. Jest największym telegramowym kanałem informacyjno-aktywistycznym w całym byłym ZSRR. Wliczając w to kilkunastokrotnie większą pod względem liczby ludności Rosję.
Trudno powiedzieć, czy Białorusini od początku widzieli w Sciapanie koordynatora i przywódcę, czy też Nexta podniósł moralną władzę leżącą na ulicy. Grunt, że ludzie go posłuchali, gdy w niedzielny wieczór zebrali się akurat pod obeliskiem Mińsk – Miasto Bohater, a nie w zwykłych miejscach opozycyjnych zbiórek. W poniedziałek pod obeliskiem milicja zgromadziła ogromne siły, więc Puciła zmienił plan kolejnych protestów na kilka godzin przed ich startem. „Absolutnie przewidywalnie funkcjonariusze rzucili wszystkie siły na blokowanie obelisku i okolic. Dlatego przechodzimy do planu B. Mińsku, zbieramy się koło najbliższych stacji metra i największych placów w okolicy waszych domów. Dokładnie o 20 zaczynamy iść w stronę centrum miasta. Bądźcie mobilni! Przemieszczajcie się!” – pisał.
Teraz milicja musiała rozbić nie jeden duży wiec, ale kilkanaście mniejszych kolumn protestujących. W oczywisty sposób Nexta korzystał z doświadczenia protestów w Hongkongu – demonstranci byli jak woda, wszędzie i nigdzie zarazem. Rozproszenie protestów miało swoje minusy – protest nijak nie zagrażał silnie chronionym budynkom rządowym. Ale i trudno było go ostatecznie rozbić. W sumie władze zatrzymały niemal 7 tys. ludzi, a mimo to Białorusini wciąż protestują. Wieczorami biją się z omonowcami, jeżdżą po mieście z włączonym głośno pieriestrojkowym hitem „Choczu pieriemien!” (Chcę zmian!) radzieckiej grupy Kino, krzyczą z okien „Żywie Biełaruś!” (Niech żyje Białoruś) i „Uchodi!” (Odejdź!), a kobiety, korzystając z tego, że milicja bije głównie mężczyzn, w ciągu dnia ustawiają się na ulicach w długie łańcuchy solidarności.
Na razie trudno stwierdzić, czy protesty będą trwać, czy też stopniowo wygasną. Gdy we wtorek Nexta wezwał do strajku generalnego, prawie nikt się nie zdecydował na przerwę w pracy. W czwartek jednak na wezwanie odpowiedzieli robotnicy BiełAZ, jednej z największych mińskich fabryk. Do sieci trafiło nagranie zebrania z fabryki Hrodnachimwałakno. Gdy kierownik zaczął wzywać robotników do spokoju, bo kraj już wybrał Łukaszenkę, jeden z nich krzyknął: „Kto głosował na Cichanouską, wstajemy!”. Wstali prawie wszyscy. – I gdzie te 80 proc. na Łukaszenkę? – zabrzmiał głos z sali. Powtórzmy: to nie byli studenci czy klasa średnia, tradycyjnie chodzący na wiece pod biało-czerwono-białą flagą. Większość z nich może po raz pierwszy w życiu nie głosowała na Łukaszenkę.
I teraz wkurzała ich bezczelność reżimu i brutalność mundurowych, urządzających na ulicach łapanki, tłukących pałami przypadkowych przechodniów, strzelających do ludzi gumowymi kulami i torturujących zatrzymanych na komisariatach i w przepełnionych aresztach. Inne przesłanki także świadczą o tym, że chwieją się same fundamenty reżimu. Wiele komisji obwodowych, składających się z pracowników budżetówki i członków prorządowych organizacji społecznych, zdecydowało się uczciwie podliczyć głosy i wywiesić protokoły, zgodnie z którymi na Cichanouską głosowało kilka razy więcej wyborców niż na Łukaszenkę.
W internecie pojawiają się nagrania, na których milicjanci, omonowcy i żołnierze palą swoje mundury w proteście przeciwko brutalności kolegów. Solidarność z narodem deklarują kolejni znani sportowcy i celebryci, dotychczas apolityczni lub wręcz prołukaszenkowscy. Z mediów państwowych odchodzą kolejni dziennikarze, którym do tej pory nie przeszkadzała lejąca się z nich propaganda albo wręcz sami byli jej autorami. Być może największe wrażenie zrobiła deklaracja Uładzimira Burki, który prowadził przygotowywany we współpracy z resortem obrony program „Arsienał”, sławiący siłę białoruskich sił zbrojnych.
– Przez pięć lat byłem twarzą ministerstwa obrony. Przez pięć lat z bardzo poważną miną opowiadałem o tym, że nasza armia jest najbardziej honorowa i silna, sprzęt wojskowy – najnowocześniejszy, a cały wyższy korpus oficerski to przykład do naśladowania. Nigdy bym nie pomyślał, nawet w najstraszniejszym śnie, że żołnierze i sprzęt, o których opowiadałem, mogą być użyte przeciwko własnemu narodowi. Osobiście proszę o pomoc ludzi, których znam i szanuję – Wiktara Hienadziewicza Chrenina, generała, ministra obrony. Żołnierze! Czekacie na rozkaz. Świetnie zdajecie sobie sprawę, jaki to będzie rozkaz i chyba rozumiecie, jakie będą jego skutki. Ochłońcie, póki nie jest za późno. Nikt nie chce wojny. Wszystkie akcje są i będą pokojowe. Ludzie chcą sprawiedliwości, nie chcą, by ich oszukiwano. Ludzie proszą o wolność. Za ostatni punkt odpowiadacie właśnie wy. Jesteśmy obok i zawsze pomożemy – mówił na nagraniu umieszczonym na Instagramie.
Nawet jeśli Łukaszenka utrzyma władzę, ze wszystkich argumentów pozostanie mu tylko naga siła. Mało kto wątpi, że to początek końca reżimu. Pytanie brzmi, czy agonia, być może krwawa i pełna represji, potrwa miesiąc czy też kilka lat.