Ugrupowania zrzeszone w największej europejskiej rodzinie politycznej mają dzisiaj głosować nad otwarciem drogi do wykluczenia Viktora Orbána. Istnieje również możliwość, że jego członkostwo zostanie zawieszone.
Największy problem z Orbánem ma liberalne skrzydło Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Łącznie o uruchomienie procedury wobec Fideszu wnioskowało 13 ugrupowań, głównie partie skandynawskie i z krajów Beneluksu. Obecność kontrowersyjnego polityka w EPP jest dla nich dowodem, że eurochadecja skręca zbyt mocno na prawo. Dla liberalnego skrzydła trudne do przełknięcia było już wskazanie Manfreda Webera jako kandydata EPP na szefa KE.
Niemiecki polityk w ocenie liberałów jest zbyt entuzjastycznie nastawiony do współpracy z populistami. Sam Weber sugerował kiedyś, że jest otwarty na rozmowy m.in. z włoską Ligą Matteo Salviniego. Tymczasem liberałowie wolą współpracę z francuskim prezydentem Emmanuelem Macronem, stojącym po przeciwnej stronie politycznej barykady. Pytanie o polityczną przyszłość Viktora Orbána w EPP jest więc pytaniem o przyszłość tej grupy politycznej w ogóle.
Reklama
Za twarde stawianie sprawy przez liberalnych polityków Orbán odwdzięczył się, nazywając ich „pożytecznymi idiotami”, by po naciskach centrali przeprosić ich na piśmie. Otrzymany list opublikował m.in. lider belgijskich CD&V Wouter Beke. Orbán tłumaczy w nim też, że między jego Fideszem a partią Belga jest wiele różnic w kwestiach takich, jak migracja, obrona chrześcijańskiej Europy czy przyszłość kontynentu. „Nie jest sekretem, że nie zamierzamy zmienić naszego podejścia do tych spraw. Nie uważam jednak, by rozsądnym rozwiązaniem tego sporu było wydalenie ugrupowania z naszej politycznej rodziny” – napisał Orbán. Listy z przeprosinami Węgier wysłał do liderów 13 ugrupowań, które wnioskowały za jego wydaleniem.
Beke przyjął przeprosiny, ale w jego ocenie nie zmienia to nic w podejściu Orbána do europejskich wartości. – Dlatego i ja nie zmieniam swojego stanowiska. Nie ma miejsca dla Fideszu w szeregach EPP – podkreślił. Nie wiadomo jednak, jak skruchę Orbána przyjmują Niemcy. Spekuluje się, że to stanowisko CDU i jej bawarskiej siostry CSU przesądzi dzisiaj o sprawie. Niemcy długo akceptowali członkostwo Orbána, bo w ich ocenie odpowiadało to charakterowi EPP, największego europejskiego ugrupowania, łączącego partie o bardzo różnorodnym profilu i zapleczu.

Reklama
Trzymanie Fideszu w szeregach miało też sens dlatego, że nie wspierał on prawicowych sił spoza EPP. Dzisiaj, gdy eurosceptycy szykują się na sukces w eurowyborach, ta obawa jest większa niż kiedykolwiek. Współpraca z Orbánem nie jest jednak bezwarunkowa i niemieccy politycy dali to jasno do zrozumienia. Weber postawił węgierskiemu premierowi trzy warunki, których musi dotrzymać, by zachować członkostwo w EPP. Orbán spełnił na ten moment tylko jeden warunek – przeprosił liberalnych kolegów. Dwa kolejne to usunięcie plakatów oskarżających szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera o sprowadzanie migrantów oraz uporządkowanie sytuacji prawnej Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego założonego przez finansistę George’a Sorosa.
W zeszłym tygodniu Weber udał się do Budapesztu, by jeszcze raz nakłonić Orbána do pokory. Media donosiły, że na czas wizyty przykryte zostały plakaty z Junckerem wywieszone wzdłuż drogi z lotniska, którą jechał Weber, co wcale nie zostało odebrane jako akt skruchy, lecz raczej kolejny wybryk węgierskiego polityka. Sam Weber potem powiedział w wywiadzie dla Deutsche Welle, że wszystkie opcje dotyczące wykluczenia Orbána z EPP są nadal otwarte i tylko od Fideszu zależy, w jaki sposób przekona pozostałe ugrupowania do dalszej współpracy.
Możliwe, że w ostatniej chwili padnie ze strony Orbána propozycja kompromisu. Z pewnością na to liczy Weber, który jeszcze dwa dni temu mówił o tym, że dialog z Orbánem trwa. Wykluczenie Fideszu może być bardzo kosztowne dla chadeków. Już dzisiaj sondaże przewidują olbrzymie straty dla tej grupy politycznej. Wraz z odejściem Orbána EPP zmniejszyłaby swój stan posiadania w europarlamencie o 5 proc.
Tymczasem wczoraj Niemcy i Belgia zaproponowały utworzenie nowego mechanizmu monitorowania praworządności. Przygotowując grunt pod wspólną inicjatywę, Weber pisał we „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” o tym, że art. 7, mający dyscyplinować kraje pozostające na bakier z praworządnością, okazał się nieskuteczny. Propozycję utworzenia nowej procedury przedyskutowali wczoraj w Brukseli ministrowie odpowiedzialni za sprawy europejskie.
Podobno zgodę wyraziło ponad 20 krajów. Z inicjatywą utworzenia mechanizmu wyszli trzy lata temu Belgowie, ale pomysł nie wzbudził większego zainteresowania. To, że powrócono do niego wczoraj, na dzień przed sądem nad Orbánem, może nie być przypadkiem. Niewykluczone, że to ukłon CDU w stronę wchodzącej w skład koalicji rządowej w Belgii CD&V. Tej samej, która domaga się usunięcia Orbána.
O uruchomienie procedury wnioskowało 13 ugrupowań