„Winny” przy nazwiskach byłych współpracowników Donalda Trumpa to dla niego zła wiadomość.
Tak złego dnia Donald Trump prawdopodobnie jeszcze nie miał od wprowadzenia się do Białego Domu. Najpierw do stawianych mu zarzutów przyznał się Michael Cohen, były prawnik prezydenta z czasów przed objęciem urzędu. Nie skończyła się nawet konferencja prasowa po tej rozprawie, jak kolejne złe wieści nadeszły z Virginii: ława przysięgłych uznała za winnego części stawianych mu zarzutów Paula Manaforta, szefa sztabu wyborczego Trumpa między czerwcem a sierpniem 2016 r.
Ławnicy uznali, że Manafort dopuścił się oszustw podatkowych – w tym zatajania dochodów przed fiskusem, łącznie ok. 60 mln dol. na 31 zagranicznych kontach – oraz bankowych – sztucznego pompowania dochodów celem uzyskania wyższego kredytu. Natomiast Cohen przyznał się do tego, że na przestrzeni 5 lat zataił przed fiskusem ok. 2 mln dol., a także do złamania przepisów dotyczących finansowania kampanii wyborczych.
To właśnie pod ten ostatni paragraf podpadły płatności, jakich Cohen dokonał na rzecz Stephanie Clifford (aktorki filmów dla dorosłych znanej pod pseudonimem Stormy Daniels) oraz Karen McDougal (modelki wybranej na dziewczynę roku magazynu „Playboy” w 1998 r.). Chodziło o to, aby panie nie upubliczniały historii swoich intymnych kontaktów z Trumpem podczas kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2016 r.
Reklama
O ile sprawa Manaforta nie stanowi raczej zagrożenia dla prezydenta – Trump zwolnił go jeszcze podczas kampanii wyborczej, a sam wyrok nie dotyczy przestępstw popełnionych w czasie, kiedy współpracowali – o tyle sprawa Cohena może mieć poważny wpływ nie tylko na notowania lokatora Białego Domu, ale również na szanse republikanów w listopadowych wyborach do Izby Reprezentantów i Senatu.
Były prawnik Trumpa przyznał bowiem, że opłacił milczenie dwóch kobiet, „aby wpłynąć na wynik wyborów”, oraz że nie działał z własnej inicjatywy, ale na polecenie swojego mocodawcy (wymienianego w dokumentach sądowych jako „kandydat w wyborach federalnych”). Ponieważ namawianie do przestępstwa także jest przestępstwem, sprawa Cohena obciąża Trumpa osobiście.

Reklama
Cohen opłacił milczenie dwóch kobiet, „aby wpłynąć na wynik wyborów”
Słowem, które powróciło na usta wszystkich w Waszyngtonie, jest „impeachment”. O ile nie ma na niego szans w obecnym, kontrolowanym przez republikanów Kongresie, o tyle wszystko może się zmienić po wyborach 8 listopada. Jeśli demokraci zdobędą większość w Izbie Reprezentantów, nie będą mieli problemu z przegłosowaniem tzw. articles of impeachment, czyli parlamentarnego aktu oskarżenia zawierającego występki, których zdaniem kongresmenów dopuścił się prezydent.
Sam impeachment wymaga jednak dwóch trzecich głosów w Senacie – bo to przed izbą wyższą toczy się proces o usunięcie z urzędu. Biorąc pod uwagę, że w tej izbie demokraci są w mniejszości, a nadchodzące wybory nie zwiastują wielu dodatkowych mandatów – skazuje to ich na konieczność współpracy z republikanami. W obecnym, mocno spolaryzowanym klimacie politycznym wydaje się to mało prawdopodobne. Z drugiej strony Trump nie cieszy się powszechnym szacunkiem w GOP, w związku z czym podczas takiego głosowania mogliby się uaktywnić jego przeciwnicy.
A to jeszcze nie koniec problemów prezydenta. Paula Manaforta czeka niedługo drugi proces, w którym stawiane są mu znacznie cięższe zarzuty, w tym o to, że prał otrzymane pod stołem pieniądze oraz że nigdy nie zarejestrował się jako lobbysta na rzecz podmiotu z obcego państwa. Do tego wciąż trwa śledztwo w sprawie związków prezydenckiego otoczenia prowadzone przez specjalnego radcę (i b. szefa FBI) Roberta Muellera; im więcej poważnych rzeczy odkopie, tym większe prawdopodobieństwo impeachmentu.
Dwa razy „winny” to duży sukces tego śledztwa, nawet jeśli nie dotyczy bezpośrednio związków z Moskwą (chociaż Cohen miał jeździć do Pragi, aby spotkać się z przedstawicielami rosyjskiego wywiadu). Mueller prawdopodobnie nie musi się już obawiać, że Trump zamknie śledztwo – o czym jeszcze do niedawna dużo się mówiło.
Z drugiej strony niektórzy republikanie są zdania, że sięgnięcie przez demokratów po impeachment zwiększy szanse Trumpa na reelekcję w 2020 r. (gdyby wszystko miało się zatrzymać na obecnym etapie). Ponieważ wokół prezydenta wiele się dzieje od momentu objęcia urzędu, z punktu widzenia przeciętnego wyborcy wszczęcie procedury impeachmentu będzie stanowiło tylko przedłużenie trwającego już od 2 lat lekko nużącego spektaklu. Trochę jak w przypadku Billa Clintona, którego proces przed Senatem zaczął się po tak długim śledztwie prokuratora Starra, że wszyscy mieli już dość.