Poezja to ucieczka od tego strasznego, technokratycznego, prawniczego języka. Zamiast ciągu paragrafów mam zestawienia słów, które wywołują w człowieku wzruszenie, zadumę, emocje. To lek na ustawowy bełkot, muszę przeczytać coś pięknego, bo zwariowałbym - mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem, Marek Suski, poseł PiS, od 2017 r. szef Gabinetu Politycznego Prezesa Rady Ministrów.
Magazyn DGP 13 lipca / Dziennik Gazeta Prawna
Co pana wzrusza?
Nieszczęście ludzkie, ale i wielka miłość.
Reklama
A filmy?
Też.

Reklama
Kiedy pan płakał w kinie?
Nie przyznam się panu. Wstydzę się.
Niech się pan nie wygłupia.
Żona się ze mnie śmieje, że płaczę w kinie. Ale absolutnie nie wolno panu tego nigdy i nigdzie napisać! Jak pan to wszystko opublikuje, to mnie żona z domu wyrzuci, obrazi się na mnie i się ze mną rozwiedzie.
Oczywiście, że napiszę, bo to kapitalne, że żona twardo stąpa po ziemi, a pan buja w obłokach i płacze w kinie!
Przecież ja stąpam po ziemi, jestem bardzo rzeczowy. Oboje mieliśmy trudne dzieciństwo, to nas zahartowało. Nie może pan tego napisać, zniszczy pan mój wizerunek „krwawego Susłowa”. O, żona dzwoni, naprawdę! Muszę odebrać.
I miałem rację, pozwoliła! To jak to jest z tym wzruszaniem się?
Wzruszają mnie muzyka, literatura, ale do łez tylko film.
To dlaczego pan się nie przyzna, co to był za film?
Bo będą się ze mnie śmiali, że się wzruszałem na takim filmie.
Rozumiem, że nie był najwyższych lotów? Coś w stylu „Znachora”?
Oscara nie dostał. Ale kiedy widzę grę aktora, czy to w kinie, czy w teatrze, to mnie się to udziela. I jeśli ktoś gra postać tragiczną, która przeżywa wielkie cierpienie, to ja przeżywam je wraz z nim. Może to i śmieszne, ale tak jest.
Chodzi pan do teatru?
Rzadko. Chodzę do Teatru Narodowego, jeśli uda mi się załatwić bilety, bywam w teatrze w Radomiu, niedawno byłem w operze. Oczywiście do Teatru Wielkiego mnie ciągnie bardziej, bo tam pracowałem. Przyznać się panu do czegoś?
Jasne.
Bardzo polubiłem operę, choć na początku wydawała mi się czymś sztucznym, bo to i śpiewają, i grają. Wszystko wydawało mi się strasznie poważne i nudne, ale kiedy się wciągnąłem, to całkowicie zmieniłem zdanie, spodobało mi się. Trzeba przełamać pierwsze wrażenie, jak człowiek zaczyna to rozumieć, to się spodoba. Przynajmniej ja złapałem bakcyla.
Przy łóżku ma pan wiersze. Czyta pan poezję?
Oczywiście. Po całym dniu czytania ustaw, rozporządzeń, gdzie same artykuły i paragrafy, wieczorem włączam muzykę i czytam.
Co?
Oj, to różnie, od wieszczów przez Szekspira i nie mówię tu tylko o dramatach, ale o sonetach, wierszach po poezję współczesną. Ale fraszki też.
Nie wierzę panu. Skonany po całym dniu facet pije piwo i ogląda kryminał.
Ale właśnie nie! Chociaż piwo też lubię, ale dla mnie poezja to ucieczka od tego strasznego, technokratycznego, prawniczego języka. Zamiast ciągu paragrafów mam zestawienia słów, które wywołują w człowieku wzruszenie, zadumę, emocje. I to się po prostu nazywa poezja. To lek na ustawowy bełkot, muszę przeczytać coś pięknego, bo zwariowałbym!
Naprawdę jest pan w stanie po całym dniu czytać wiersze?
Po całym dniu w Sejmie, w pracy, nie jestem w stanie namalować niczego. Siadam i ni cholery. Wtedy tylko mogę robić karykatury. Żeby malować coś innego, muszę pochodzić po podwórku, tu zerwać pokrzywę, tam coś popielić, przyciąć suchą gałąź, posadzić kwiatki i tak odstresowany następnego dnia mogę zacząć myśleć o malowaniu.
A poezja od razu?
Od razu, to natychmiastowe antidotum. Otwieram w tablecie albo sięgam po to, co mam przy łóżku.
Ale pan też pisze wiersze…
Tak, głównie fraszki.
Nie, mówię o pańskiej liryce serio.
Nie uważam, żeby to była jakaś prawdziwa poezja, ot, coś tam sobie napisałem i to jest na dnie w szafie. Zdecydowanie wolę pokazać swoje obrazy niż wiersze.
Komuś pan dotychczas pokazywał te wiersze?
Nikomu.
Nawet żonie?
Nie, śmiałaby się.
Pani Elżbieto, wszystko przez panią!
Teraz i ona, i dzieci dowiedzą się, że piszę wiersze. Zwariować przez pana można! To przez takich jak pan zginęła Troja.
Znana aktorka powiedziała mi kiedyś, że człowiek w każdym wieku marzy o miłości.
Mnie się też zdarzyło napisać wiersz o miłości, ze wstydem się przyznaję. Choć od dziecka wolałem coś namalować, niż pisać wiersze, to z czasem przyszło.
Poseł Stefaniuk z PSL swoje poezje wydał.
No i nie było trzęsienia ziemi. Chociaż całkiem przyjemne wiersze. Kiedyś na wyjazdowym posiedzeniu komisji kilka mi przeczytał.
Rafał Grupiński z PO też.
Ja z nimi konkurować nie zamierzam. To takie tam rymy częstochowskie.
No i co mogłoby pana złego spotkać?
Podśmiewaliby się ze mnie i koniec z wizerunkiem schwarccharakteru. A jak mawiał Wołodyjowski: „Jak się ciebie nie będą bali…”
Jedni się pośmieją, innym się spodoba, a jeszcze inni pogratulują odwagi.
Raczej usłyszę, że jestem wioskowy głupek i piszę wioskowe wiersze. A ponieważ artysta, tworząc, szafuje swoją duszą, to nie ujawniam wszystkiego, co robię.
Bo pan jest artystą?
Bywam. Takie czasy, że liczyć można tylko na drwiny i krytykę. Ponadto wiem, że sobie moimi wierszami nie wyrąbię miejsca w historii literatury polskiej… (śmiech) Aha, napisałem coś specjalnie dla pana.
Ale nie jest o miłości?
Nie, to o naszym wywiadzie.
O, fajnie.
Musi pan to opublikować. Nazywa się „Laurka dla Mazurka”.
Nie ma zwyczaju, by dziennikarze publikowali ody na swoją cześć.
Jaki dziennikarz, taka oda! Ja panu to wszystko mówię, to musi pan to dać do wywiadu, inaczej się nie zgadzam, chociaż fragmenty.
Najpierw długo wydzwania i namiętnie kusi,
że dla mojego dobra napisać o mnie musi.
No i wziął mnie na warsztacik […]
Pytał: Kiedy płaczę? Co mnie wzruszy?
Zajrzał mi do głębi duszy.
A kiedy wreszcie skończył kat Mazurek
Mnie pozostał jeno sznurek
No i ostatnie skazańca życzenie:
Na moim grobie napiszcie ciurkiem:
„Tu leży polityk zabity wywiadem z Mazurkiem”.
Płakał pan przy książce?
Czytając, wyobrażam sobie sytuację prawie jak w filmie, ale jeśli jest taki moment, że mógłbym się wzruszyć, to staram się sobie tej sytuacji nie wyobrażać i to pomaga.
Ale jak zabili Winnetou? Ryczałem jak bóbr.
Winnetou lubiłem, ale ja się zakochałem w książkach Lema, przeczytałem wszystkie, nie tylko te fantastycznonaukowe, ale i filozoficzne. Lema po prostu kupiłem w całości, żeby mi nic nie umknęło, i przeczytałem od deski do deski, a kilka z jego książek więcej niż raz.
Tylko Lem?
Nie, w ogóle czytałem i oglądałem science fiction, nie tylko z powodów fabularnych. Bardzo mnie interesowały pojawiające się tam rozwiązania techniczne. Zawsze mnie interesowało, jak będzie wyglądała przyszłość. W latach 70. w jednej z powieści autor opisywał telefon komórkowy. Bardzo żałowałem, że tego nie dożyję, bo akcja toczyła się w 2300 r. Poza tym bardzo lubię książki historyczne, biograficzne. Kiedy byłem w wojsku i czytałem dzieła filozofów, to mój sierżant mawiał: „Suski, po co ci, k…. ta, filozofia?!”.
Marek Suski patrzy w gwiazdy?
U siebie w domu, późno wieczorem, kiedy jest już absolutna cisza, siadam na podwórku, a nade mną w bezchmurną noc rozpoczyna się przepiękny spektakl nieba – gwiazdy świecą, komety migoczą, pokazują się planety…Tylko czasem niszczy majestatyczny ład wszechświata przelatujący samolot, a może go ożywia, bo jakby mała gwiazdka urwana z uwięzi odwiedza różne galaktyki.
Oho, w ministrze Suskim odzywa się poeta. Zna się pan na gwiazdach czy podziwia je jak artysta?
Astronomem nie jestem, lepszy jest mój syn, który jak był mały, kazał sobie kupić atlas nieba, a potem nas testował, co to jest Betelgeza, a myśmy nie wiedzieli. „Jak to nie wiecie? Przecież to u Oriona?”.
Odpoczywa pan u siebie w domu czy namiętnie podróżuje?
Najlepiej odpoczywam w ogródku, gdzie mam posadzone kwiaty, poziomki, które zrywam z wnuczką, gdzie wiją się winorośle, a namalowane freski na ścianach imitują rzymski pejzaż. Żona z koleżankami do Włoch, a ja siedzę i maluję – tak było ze dwa lata temu. Pięknie.
A co to jest piękno?
Sztuka czynienia dobra w sposób piękny? To jedna z definicji, która bardzo mi się podoba. Jak mówią, piękno to rzecz gustu, a o gustach się nie dyskutuje. Jeden z moich kolegów mówił, że jeden lubi czekoladę, a inny, jak mu nogi puchną.
Rozczulił mnie pan.
A piękno dla mnie? Widzi pan na ścianach obrazy, grafiki, tkaniny, obok piękne przedmioty, ładne wnętrze, ale powiedzieć, czym jest piękno, nie umiem.
Pytałem o pierwsze skojarzenia.
Piękna kobieta, statek pod żaglami, koń w galopie – różne są rzeczy, które ludziom przychodzą do głowy.
Przepraszam, ale cały czas słuchamy jakiejś muzyki relaksacyjnej. Szału można dostać.
Pan jest znany z tego, że zagryza polityków, próbuję więc pana jakoś zrelaksować, to może przeżyję ten wywiad. A poza tym nie mogę dojść do siebie po występie Polaków na mistrzostwach świata i muszę się uspokajać… (śmiech).
A czego pan słucha, kiedy akurat nie musi się relaksować?
Ja jestem z pokolenia rockowego i jeśli tylko mam czas, to słucham porządnego rocka: Led Zeppelin, Pink Floyd.
Pan lubi Pink Floyd?
Bardzo.
Skandal. Ulubiona grupa mojego dzieciństwa.
Niemożliwe! Jak pan widzi, muzyka łączy pokolenia. Ale słucham też klasyki, bardzo lubię Chopina i to nie tylko dlatego, że jeździłem do Chin, by promować jego muzykę. Naprawdę go lubię.
Od zawsze pan malował?
Od zawsze, choć nie zawsze potrafiłem.
Teraz pan potrafi?
Trochę.
Kiedy pan sprzedał po raz pierwszy jakiś obraz?
Jeszcze w liceum.
I co to było?
Nie pamiętam, ja w życiu sprzedałem około tysiąca obrazów. Ja z tego malarstwa dom postawiłem!
Znam wielu uznanych malarzy, którzy nie mogą tego o sobie powiedzieć.
A ja mogę. Oczywiście oboje z żoną pracowaliśmy, ale nadwyżka w domowych finansach była głównie z malowania. Kupiłem mały domek, który rozbudowałem i wyremontowałem, w dużym stopniu własnymi rękoma. Glazury, terakoty, podłogi, tynki, centralne ogrzewanie – to wszystko robiłem sam. Nawet wodę ze studni dociągnąłem!
Jak to się zaczęło?
Najpierw kupowali znajomi, potem znajomi znajomych, sprzedawałem też na giełdzie staroci w Warszawie, na Kole. To były naprawdę różne rzeczy, różne techniki: szkice, rysunki, akwarele, oleje na płótnie. Ponieważ obrazy olejne maluje się dłużej, to w większości powstawały akwarele, które robi się bardzo szybko, a różnica w cenie była niewielka. Niech się pan nie dziwi, że tak do tego podchodziłem, ale ja z tego nawet jakiś czas żyłem. A że przy okazji sprawiało mi to przyjemność – idealne połączenie.
Co się najlepiej malowało?
To, co się najlepiej sprzedawało… (śmiech). A z tym było w ciągu tych 30 lat różnie. Był na przykład okres, kiedy najlepiej sprzedawały się konie.
Takie Kossaki?
Coś w tym rodzaju. Był też czas, że świetnie sprzedawały się kwiaty, zawsze był popyt na architekturę, więc ją też malowałem.
Czyli realizm?
Zdecydowanie tak, choć namalowałem kilka prac surrealistycznych.
Surrealistyczny Suski? Kupowałbym!
Już nic nie mam, a tego, co mi zostało, nie sprzedam.
Realizm, surrealizm… A abstrakcja?
Owszem, mam kilka na koncie, ale one nie cieszyły się wielkim powodzeniem. Teraz to się zmienia, ale wówczas takie obrazy średnio się sprzedawały.
Dużo ma pan swoich obrazów?
Większość sprzedałem, zostało kilka w Grójcu, tutaj w Warszawie. O, tu widzi pan, te portrety są moje, ten rysunek, tam w korytarzu coś wisi. Namalowałbym coś więcej, ale w tej chwili nie mam na to czasu. Trochę żałuję, bo odnosiłem nawet pewne sukcesy.
Jakie?
Byłem członkiem stowarzyszeń twórczych, miałem swoje wystawy indywidualne, uczestniczyłem w wystawach zbiorowych.
Gdzie pana wystawiano?
Głównie w Grójcu, ale też w Kozienicach, w Radomiu.
No, no, no…
Wie pan, prowadziliśmy z kolegą galerię sztuki współczesnej w Grójcu, przy ośrodku kultury. Tam robiliśmy wystawy i to naprawdę uznanych artystów, jak Stażewski, Erna Rosenstein.
Mówił pan, że przy domu zrobił wszystko.
Wszystko to przesada, ale sporo. W PRL trzeba było dużo umieć, a ja starałem się być samowystarczalny. Nawet kiedy nie było pasty do butów w sklepach, to ją sobie sam zrobiłem, technologia jest prosta.
Matko, jak się robi pastę do butów?!
Ja ucierałem ją z sadzy, wosku pszczelego, terpentyny. Wszystkich składników panu nie podam.
Jasne, zaraz bym sobie utarł i potentatom zagroził.
Za komuny w sklepach naprawdę niewiele było, więc jak człowiek chciał coś jednak mieć, to musiał to sobie zrobić. Chciałem pomalować mieszkanie, a nie było odpowiedniej farby, to akurat ja potrafiłem ją sobie wyprodukować.
Żartuje pan?
Nie, naprawdę robiłem farbę. Jak to mówią: potrzeba matką wynalazków. Zdarzyło mi się nawet coś uszyć, chociaż krawcem się nie czuję. O wielu rzeczach panu jeszcze nie mówiłem: o tym, że zrobiłem sobie sandały, o snycerstwie, grawerstwie, haftowaniu, robieniu na szydełku, o szydle…
Szydło to nie jest temat na tę rozmowę. Ma być bez polityki.
Szydłem robiłem, bo szyłem torby skórzane i robiłem ramy skórzane do obrazów.
Oj, straszne dziadostwo.
A dlaczego? To jest naprawdę ładne i do tego bardzo dobrze się sprzedawały. Klienci chcieli, to im dostarczaliśmy.
Interesowało pana malarstwo czy tylko pan na nim zarabiał?
Zawsze mnie interesowało. Od dziecka marzyłem, żeby mieć piękne obrazy. Chodziłem do muzeów, czasem do galerii. Mam mnóstwo albumów ze sztuką, ale też sporo książek o technologii malarstwa, o konserwacji zabytków – w sumie dość pokaźna biblioteka. Też dlatego wybrałem szkołę, w której było malarstwo.
Pan miał ulubionych malarzy?
Nie, raczej interesowałem się każdym rodzajem malarstwa, od jaskiniowego – co pewnie zaraz złośliwi skomentują, że jaskiniowiec Suski znalazł sobie podobnych – aż po malarstwo współczesne. Bardzo mnie interesowała też w ogóle sztuka starożytna: Egipt, Chiny, Persja, Grecja, Rzym...
I niczego nie polubił pan szczególnie?
Dla mnie mistrzem zawsze będzie Albrecht Dürer. Lubię też zaskakujące, bardzo ciekawe grafiki Mauritsa Eschera, on – zdaje się – był matematykiem, ale także niezwykle inspirującym artystą. A jeśli chodzi o jubilerstwo, to mistrz renesansu Benvenuto Cellini, którego prac nie ma zbyt wiele, nie zachowały się. Polecam do poczytania jego autobiografię, a dla złotników – jego traktat o złotnictwie.
Biżuterię też pan robił?
Projektowałem ją, trochę też pracowałem w kuźni, uczyłem się grawerstwa, zrobiłem też w życiu kilka kopii starej broni, więc może mnie pan nazwać i płatnerzem… (śmiech).
Dlaczego taka dziwna szkoła?
Pomaturalne Studium Technik Teatralnych? Zawsze lubiłem malować, zawsze chciałem mieć obrazy, a że nie było mnie stać, to postanowiłem, że je sobie namaluję.
Ale nie poszedł pan do liceum plastycznego.
W Grójcu takiego nie było, był tylko ogólniak, do którego poszedłem.
I skąd w chłopaku z Grójca taki pomysł?
A chłopak z Grójca nie może marzyć, żeby malować?
Może, ale wtedy zdaje na ASP.
A ja nie zdawałem. Wybrałem sobie szkołę, która wydawała się ciekawa, bo miała konkretne zajęcia z bardzo różnych dziedzin, nie tylko stricte dyscyplin sztuki jak na akademii. Pociągała mnie różnorodność, chciałem wykonywać przedmioty rzemiosła artystycznego w różnych technikach, chciałem być wszechstronny.
I pracował pan nawet w zawodzie.
Poszedłem do pracy do Teatru Wielkiego, byłem tam charakteryzatorem, perukarzem. Robiłem więc charakteryzacje, peruki – krótko mówiąc, zmieniałem ludzi w postaci, które grali. Fascynowała mnie możliwość przemiany.
Mnie w kogo by pan zmienił?
Pewnie w szczupłą, 20-letnią, długonogą księżniczkę byłoby trudno...
To w kogo? Odważnie proszę.
W Shreka dałbym radę.
Dobre. A Jarosława Kaczyńskiego?
On jest niepodrabialny.
A tak kostycznych i mało wyrazistych facetów jak Mateusz Morawiecki czy Waldemar Pawlak?
O, tu jest cały wachlarz możliwości! Takie osoby jest znacznie łatwiej zmienić w postać charakterystyczną niż postać charakterystyczną w inną. Najlepszą twarzą do przerobienia jest twarz nijaka, w której nie ma do przerobienia grubych brwi, grubych ust, rozszerzonego nosa czy szczególnie dziwnych oczu czy uszu. Wtedy z takiej postaci można zrobić wszystko, no, może prawie wszystko.
Lubił pan to?
O, tak, zdecydowanie.
Dlaczego w takim razie pan odszedł?
Przyszedł stan wojenny, trzeba było podpisać coś w rodzaju lojalki, nie chciałem tego zrobić i poszedłem do firmy prywatnej.
Dobry pan był w charakteryzacji?
Skończyłem szkołę z wyróżnieniem, nie wypada się chwalić, ale…
No niech pan powie.
Jeden z moich kolegów ze szkoły jest charakteryzatorem w Hollywood i podczas odwiedzin w kraju namawiał mnie, bym pojechał razem z nim do Stanów. Komplementował mnie: „Ty byś tam szybko był jednym z najlepszych!”. W USA charakteryzacja jest uznawana za dziedzinę sztuki. Za wybitne osiągnięcia przyznawane są Oscary.
I co pana powstrzymało przed karierą w Hollywood?
Obowiązek wobec ojczyzny. Śmieję się, ale naprawdę tak myślałem.
Przysłużyłby się pan ojczyźnie jako zdobywca Oscara.

Może zmarnowałem swoją szansę?