Za 3 euro potrafią przeżyć 2 tygodnie, bo prowadzą bezpieniężną wymianę towarów i usług. Żyją w ekologiczno-anarchistycznej komunie na zachodzie Francji i mówią, że są szczęśliwi. Ale teraz muszą toczyć regularną wojnę z rządem.
Pierre w ekologiczno-anarchistycznej wspólnocie spędził 15 lat. Jednak w kwietniu buldożery zniszczyły jego squat, a francuscy żandarmi i wojsko od tygodni ścigają go po okolicznych lasach. Pierre jednak nie rezygnuje. Podobnie jak inni zadiści jest gotów bronić swojego domostwa. Ale wydaje się, że zmagania współczesnych dzieci kwiatów z francuskim rządem wchodzą właśnie na ostatni etap.
Skrót ZAD (Zone a Défendre) oznacza „strefę do obrony” przed wpływem i zakusami rządu. Takich stref we Francji nie brakuje – czuwają nad nimi ekolodzy, anarchiści lub organizacje pozarządowe, przez media nazywani zadistami. W Notre-Dame-des-Landes w północno-zachodniej Francji osiedlili się 20 lat temu. Kiedyś projektowano tu wielkie lotnisko, nigdy jednak nie powstało. Teren zajęli młodzi ludzie. Początkowo mieszkali w namiotach, broniąc wstępu pojazdom budowlanym. Z czasem zaczęły powstawać tu mniejsze i większe szałasy, a nawet drewniano-blaszane osiedla. Mieszkańcy wspólnoty zajmują się ekologiczną uprawą owoców i warzyw oraz hodowlą zwierząt. Wszyscy są na „ty”. Zwyczajowo używa się tu tylko imion lub przydomków, zapominając o istnieniu nazwisk. Stworzyli tu własną ustrukturyzowaną społeczność z własną służbą porządkową i samopomocą, biblioteką, piekarnią, warsztatami, a nawet centrum medycznym. Wszystko poza kontrolą władz, bez pozwoleń budowlanych i bez podatków. Idylla trwała kilkanaście lat.
Reklama
Administracja państwowa postanowiła upomnieć się jednak o zajęte przez zadistów ziemie. Nielegalnie mieszkająca w Notre-Dame-des-Landes społeczność ma zostać eksmitowana. Ale krewcy lokalni anarchiści – wspierani przez kolegów z innych regionów, a także z Niemiec i Wielkiej Brytanii – postanowili pokrzyżować plany polityków.
Wojna podjazdowa

Reklama
W Notre-Dame-des-Landes przez cały kwiecień toczyła się regularna wojna partyzancka prowadzona przez zadistów przeciwko francuskim siłom porządkowym. Konstruowano barykady, w policję rzucano koktajlami Mołotowa, kamieniami i drągami niszczono buldożery. Policja niemal bez ustanku puszczała na protestujących gaz łzawiący. Do potyczek dochodziło w lasach, na polanach i w prowizorycznie skonstruowanych domostwach. Na kilka tygodni zablokowano drogi dojazdowe, a nad ziemią krążyły policyjne helikoptery i drony. 4 tys. anarchistów ścierały się tu z około 2 tys. żandarmów. Wszystko przed kamerami reporterów i dziennikarzy.
Dotychczasowy bilans potyczek to kilkudziesięciu rannych po obu stronach, poszkodowani dziennikarze i coraz wyższa temperatura politycznej debaty. Premier Édouard Philippe zapowiedział, że nie ustąpi ani na krok, prezydent Emmanuel Macron uznał protest anarchistów za nielegalny, ich samych nazywając „profesjonalistami nieporządku i chaosu”. Zadiści uważają, że walka z państwem oraz z wyniszczającymi społeczeństwo kapitalistami jest konieczna. – W tym wypadku przemoc jest uzasadniona – tłumaczy lewicowa aktywistka Camille. – Ludzie są zbyt słabi wobec machiny państwa, są wyzyskiwani przez lobbystów i skorumpowanych polityków, a w relacjonujących te wydarzenia mediach jest tylko papka – dodaje. Według niej zadiści to zdeterminowani ludzie, którym państwo powinno dać spokój.
– Zrozum, ja nie znam innego życia. Tu jest mój dom, moje uprawy i zwierzęta, które hoduję. Dlaczego po tylu latach mam to wszystko zostawić? Dokąd mam iść? Na ulicę, żeby żebrać? – pyta 37-letni Pierre. Uważa, że państwo jest zbędną organizacją, a wolni i świadomi ludzie potrafią i powinni sami organizować swoje życie oraz zajęcia. Ekologicznie, prosto i sprawiedliwie dzieląc się plonami ziemi. Pierre jest gotowy płacić podatki lub składki na rzecz wspólnoty, ale nie na rzecz państwa.
– Nasza wspólnota zorganizowała się sama, państwo nam w niczym nie pomogło. Dlaczego mamy teraz płacić jakieś pieniądze opresyjnemu państwu, które niszczy nasz dobytek i wieloletnią pracę? To absurd – oburza się Pierre. Zresztą zadiści nie mają pieniędzy. Za kilka euro potrafią przeżyć tu 2 tygodnie. Starają się być samowystarczalni. Prowadzą bezpieniężną wymianę towarów i usług w ramach wspólnoty. Nie chcą pracować dla pieniędzy ani przenosić się do miasta. Chcą żyć jak do tej pory.
Nie wszyscy mają tę szansę. Guillaume przez 5 lat mieszkał na „Fermie 100 imion” (także znajdującej się w Notre-Dame-des-Landes), gdzie kilkanaście osób hodowało owce, osły i uprawiało warzywa. Fermę w kwietniu zniszczyły buldożery. – To skandal. Tydzień wcześniej złożyliśmy wniosek o legalizację naszego przedsięwzięcia, ale nie dostaliśmy odpowiedzi. Po naszej farmie przejechały wozy opancerzone. Osły i owce ewakuowaliśmy w nocy, aby oszczędzić im stresu. Zniszczenie naszej osady pokazuje w pełni hipokryzję władz – denerwuje się Guillaume. Na miejscu policja musiała się zmierzyć z 250 aktywistami, ale anarchistom nie udało się obronić kultowego miejsca.
Powrót na łono natury
Guillaume sam wybrał taki styl życia. Inni, jak były kaskader Neuf Neuf, osiedlili się tu, bo trafili na społeczny margines. Neuf Neuf miał wypadek i nie mógł dłużej uprawiać swojego zawodu. Zaoferowano mu pracę w grupie komediowej przygotowującej przedstawienia dla bezdomnych, ale po jakimś czasie trupę rozwiązano. Pozbawiony środków do życia mężczyzna wsiadł w samochód campingowy i przyjechał do Notre-Dame-des-Landes. Chce tu zostać, bo – jak mówi – jest wyznawcą filozofii Jeana-Jacques’a Rousseau. Postrzega własność prywatną jako największe społeczne zło, źródło zazdrości i przestępstw. Wraz z pojawieniem się własności powstały władza, państwo, kultura – kojarzące się Rousseau wyłącznie z opresją i tyranią, po to by zagwarantować posiadaczom majątkowe status quo. Państwo to produkt rozumu, podobnie jak i wszystko, co z własnością się łączy: handel, prawo, moralność, hierarchia, mentalność zysku, nierówności majątkowe.
– My po prostu uprawiamy tu ziemię, a w zamian za jej dobra musimy ją ocalić przed degradacją i zniszczeniem. Ziemia daje nam wolność, a ta czyni nas szczęśliwymi. Powinniśmy zapomnieć o wrodzonym egoizmie i indywidualizmie i dzielić się wytworem własnych rąk i plonami– tłumaczy Neuf Neuf.
Wśród mieszkających w Notre-Dame-des-Landes zadistów są również tzw. décrochés, czyli osoby, które nie zdobyły pełnej edukacji, nie posiadają zawodu ani żadnej pracy. Uczą się życia i funkcjonowania w komunie, nabierają umiejętności uprawiania ziemi i opieki nad zwierzętami, drobnych napraw. Neuf Neuf twierdzi, że takie życie jest dla nich o wiele lepsze niż ulica, handel narkotykami czy prostytucja. Szkoda byłoby to przerwać i znów wyrzucić tych ludzi na margines, co – zdaniem zadistów – robi francuska administracja.
Państwo postawiło anarchistom ultimatum: do 12 maja mają czas na przygotowanie projektów ekologicznych upraw bądź innej aktywności w regionie i zalegalizowanie jej. To kompromis władz, który frustruje siły porządkowe. Policja postanowiła pozostać w Notre-Dame-des-Landes, aby przeszkodzić zadistom w odbudowywaniu squatów i osiedli. Anarchiści, licząc każdy dzień obecności policji w regionie, nazywają ją okupacją.
Obrotem spraw sfrustrowana jest również opozycja. Bruno Retailleau, senator z ramienia Partii Republikańskiej, jest zadania, że porzucenie budowy lotniska to pierwszy błąd rządu. Drugim jest rozwiązanie zaproponowane zadistom. – Co z rolnikami, którzy sami kupili ziemię i muszą poddawać się wszelkim rozwiązaniom prawnym? A tu proponujemy zasiedlenie nielegalnie zajętego państwowego terenu i uprawomocnienie tej decyzji na podstawie jednego nieskomplikowanego świstka papieru. W ten sposób tworzymy system nierówności wobec prawa – podkreśla Retailleau.
Dziennik Gazeta Prawna
W 2016 r. w referendum okoliczni mieszkańcy opowiedzieli się za budową lotniska. W styczniu 2018 r. premier zapowiedział jednak, że port nie powstanie. A skoro tak, niektórzy właściciele działek, wywłaszczeni przed lat, chcą upomnieć się o swoje – tak jak Marie, która jednak nie jest w tej sprawie optymistką. – Tu teraz są zadiści i pewnie już tu zostaną. A my chcielibyśmy, aby państwo przyjęło na siebie odpowiedzialność za tę całą sytuację – podsumowuje.
Nikt jednak nie chce tu rozlewu krwi. Policja dostała rozkaz unikania przemocy, co zadiści wykorzystują, urządzając parady, obrzucając żandarmów konfetti i tańcząc na barykadach, których wciąż tu nie brakuje.