Uderzanie w UE dla punktów wyborczych to metoda, która się powoli wyczerpuje. Czysto antyeuropejski nurt traci na znaczeniu
Magazyn okładka 20 kwietnia / Dziennik Gazeta Prawna
Od czasu krachu finansowego i opowiedzenia się Brytyjczyków za brexitem nieustannie mówi się o kryzysie UE, o rosnącej niechęci Europejczyków do dalszej integracji.
Reklama
Paweł Świeboda, wiceszef Europejskiego Ośrodka Strategii Politycznej doradzającego przewodniczącemu KE: A jest odwrotnie – obserwuję powrót zaufania do Unii. Po wyborach w Stanach Zjednoczonych i referendum w Wielkiej Brytanii wielu mieszkańców Starego Kontynentu ponownie odkryło, że Wspólnota jest przewidywalna. Bo nie sądzę, by wielu z nas imponował sposób rozwiązywania problemów przez Donalda Trumpa. Żyjemy w czasach rozchwiania politycznego, społecznego i kulturowego, nie mamy, jak po upadku ZSRR, tej pewności, że świat zmierza w dobrym kierunku. To stawia UE w innym świetle, bo to ona może zapewnić ochronę przed niekorzystnymi aspektami globalizacji. Unia oczywiście nie jest i nigdy nie będzie w stanie zadowolić wszystkich, bo jest kontraktem zawartym przez 28 państw, a niedługo już 27. Ale Wspólnota potrafi się zmieniać i to też jest jej dużym atutem.

Reklama
Być może zmienia się zbyt powoli. Włosi w niedawnych wyborach po raz kolejny pokazali jej żółtą kartkę – popierając ugrupowania eurosceptyczne.
Unia się zmienia, ale to nie oznacza, że rozwiąże problemy wszystkich. Niektóre państwa stanęły na nogi po kryzysie w sposób naprawdę niezwykły – to Irlandia, Hiszpania i Portugalia. Włochy mają problem z gospodarką, konkurencyjnością, dysproporcjami w rozwoju między północą kraju a południem. Unia stara się wspomóc rząd w Rzymie, ale go nie zastąpi. Jeżeli takie są oczekiwania, to są one błędne. Być może tu tkwi sedno problemu – czego oczekujemy od Unii, a czego powinniśmy oczekiwać? W polityce europejskiej przyjęło się, że cele są bardzo ambitne, później zaczynają się negocjacje i powstaje projekt, który jest ułamkiem wyjściowych intencji. Być może powinno być tak, że od początku cele są określane w realistyczny sposób, żeby je można było spełnić. Żeby nie było potem rozczarowań.
Czy problemem nie jest też to, że Wspólnota staje się zakładnikiem polityki wewnętrznej toczonej w krajach członkowskich? Unia jest winna migracjom, brakowi konkurencyjności, naruszaniu suwerenności, temu, że robi albo za mało, albo za dużo.
Powinna zaistnieć dojrzała relacja KE z państwami członkowskimi. Żeby liderzy, podpisujący się pod zobowiązaniami, po powrocie do swoich stolic nie mówili, że wszystkiemu winna jest Bruksela. Bo gdy tutaj się odbywają szczyty – a jest ich w ostatnim czasie wiele – to są konstruktywna dyskusja i zrozumienie. Mamy też dowody, że można zdobywać punkty wyborcze, mówiąc dobrze o Unii, co potwierdza wyborcze zwycięstwo Emmanuela Macrona we Francji. Wygrał, bo mówił, że Bruksela nie jest problemem, ale elementem rozwiązania. To pokazuje, że nie tylko atakowanie Brukseli przynosi zysk polityczny. Poza tym Komisja Europejska chciałaby lepiej się wpisywać w potrzeby państw członkowskich, a dowodem na to jest utworzona dwa lata temu służba reform strukturalnych. Gdy stolice chcą wsparcia w reformie systemu opieki zdrowotnej czy edukacji, Komisja jest w stanie zapewnić pomoc. Ten projekt cieszy się bardzo dużym uznaniem i jest przykładem nowego typu relacji ze stolicami. Wychodzimy sobie nawzajem naprzeciw.
Przed kilkoma miesiącami szef KE Jean-Claude Juncker zapowiedział, że nie będzie się ubiegać o drugą kadencję, bo jest zmęczony obwinianiem Brukseli o wszystko.
To gorzkie słowa.
To kwestia świadomości, ile można byłoby osiągnąć, gdyby każdy uznawał dane słowo za wiążące. I gdybyśmy nie pogarszali sobie nawzajem wizerunku po to, by w łatwy sposób zdobyć polityczne korzyści. Przecież UE to projekt oparty na wzajemnym zaufaniu. Jego brak może nas bardzo drogo kosztować, zwłaszcza w relacjach zewnętrznych. Nie ulega wątpliwości, że Rosja i Chiny skrupulatnie analizują pęknięcia jedności w UE. Oczywiście to nie oznacza, że musimy być jednomyślni we wszystkim. Urokiem UE jest to, że spory się toczy w drodze negocjacji, a nie na polu bitwy, jak w przeszłości. Spór jest dobrą metodą, pod warunkiem, że gramy fair. Gdy coś uzgadniamy, to wszyscy powinni się tego trzymać.
Dzisiaj w wielu krajach europejskich do głównego nurtu polityki przechodzą skrajnie prawicowe partie. Czy Unia przetrwa, mając za partnerów w państwach członkowskich polityków eurosceptycznych?
Od ostatniego kryzysu utarło się, że Europa jest chłopcem do bicia. Częściowo jest to też związane z szerszym zjawiskiem przemian społecznych, kulturowych, ekonomicznych, na rynku pracy. Ich skala jest nieporównywalna z czymkolwiek, co miało miejsce w przeszłości. I to powoduje, że mieszkańcy Wspólnoty czują się zagrożeni. Dlatego wielu polityków uznało, że można uderzyć w UE, bo to przyniesie im więcej punktów wyborczych. Ale wydaje mi się, że ta metoda się wyczerpuje. Bo ci, którzy chcą rozpadu Unii, już to powiedzieli, a nie widzę, by ten nurt zyskiwał na znaczeniu we Francji czy Holandii. Jesteśmy w momencie, w którym zaczyna się dyskutować o konkretnych sposobach uprawiania polityki w Europie, w którym mówi się o tzw. substancji, agendzie politycznej, ale nie ma już tak wyraźnego sporu zwolenników Wspólnoty z jej przeciwnikami.
To bardzo optymistyczna wizja.
Bo okazało się, że projekt, jakim jest UE, dużo lepiej się sprawdza, niż niektórzy uważali.
Pomimo brexitu?
Tak, bo brexit pokazuje, że ci, którzy popierają rozpad Unii, chcą szukać szczęścia na własny rachunek, nie mają pomysłu, jak to zrobić.
Brexit może skutecznie zniechęcić inne kraje do wyjścia?
Muszą wyciągnąć wnioski z tego, co się dzisiaj dzieje w Wielkiej Brytanii. UE ma 45 umów handlowych z 76 państwami. Nie da się ich podpisać w ciągu jednego dnia, jednego roku czy nawet dekady. Poza tym Unia, będąc rynkiem ponad 500 mln konsumentów, ma dużo większe możliwości negocjacyjne niż samotna Wielka Brytania. Jedyne, co Londyn może zrobić, to budować swoją konkurencję na deregulacji. Ale czy tego chcą Brytyjczycy? Czy głosowali za brexitem po to, by mieć jeszcze mniej państwa opiekuńczego, bo tylko tak można przyciągnąć korporacje?
Powiedział pan, że Unia jest odpowiedzią na negatywne skutki globalizacji. W ocenie Włochów Wspólnota nie radzi sobie z migracją.
Ale kryzys migracyjny już w znacznej mierze za nami. Jest zdecydowanie więcej wsparcia dla ochrony granic i przesiedleń uchodźców z krajów trzecich. Dyskutuje się o przełamaniu bariery, jaka w tej chwili istnieje w prawodawstwie europejskim, która pozwala wnioskować o azyl tylko na terenie UE, co stanowi magnes dla osób szukających schronienia. A w najbliższych negocjacjach budżetowych państwa będą musiały dokonać wyboru, w jaki sposób granice mają być strzeżone. Komisja proponuje trzy opcje. Pierwsza – status quo, druga – wzmocnienie straży granicznej, trzecia – stworzenie federalnej straży granicznej. Pozostanie przy obecnych rozwiązaniach będzie nas kosztować 8 mld euro w latach 2021–2027, 20–25 mld euro w przypadku wzmocnienia, a 100–150 mld euro w przypadku trzeciej opcji. Jeżeli chcemy ochrony granic z prawdziwego zdarzenia, jest to do zrobienia, ale będzie kosztować.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że za sprawą budżetu unijnego rozwiązany zostanie problem z relokacją uchodźców? Czy kraje przyjmujące migrantów będą mogły liczyć na więcej funduszy?
Jest rzeczywiście taki postulat, zwłaszcza ze strony Berlina – i na pewno będzie dyskutowany. Ale ochrona uchodźców i wzajemna solidarność są kwestią wartości, a nie kalkulacji finansowej. Dzisiaj jest się krajem przyjmującym, a jutro... Wystarczy przeczytać artykuły w prasie austriackiej czy „New York Timesie” ze stycznia 1982 r. o tysiącach polskich uchodźców, by doznać poczucia déja vu.
Można się spodziewać ostrej batalii o wydatki na migrację przy stole negocjacyjnym. W umowie holenderskiego rządu znalazł się zapis mówiący o tym, że kolejny budżet ma zostać powiązany z kwestią migracji.
To nie powinno nikogo dziwić, bo kraje, które przyjmują uchodźców, odebrały brak solidarności ze strony państw Europy Środkowej jako policzek. Stąd te postulaty. Nie zapominajmy, że budżet unijny już dzisiaj jest zbudowany na zasadzie solidarności. Duża jego część to fundusz spójności, który wspiera kraje gorzej rozwinięte. Nie sądzę, żeby poruszanie kwestii migracji w kontekście budżetu było bardzo pomocne w rozwiązaniu problemów. Debaty migracyjnej, w której kwestie tożsamości społeczeństw państw członkowskich zajmują centralne miejsce, nie można zamknąć, sprowadzając ją wyłącznie do kryterium finansowego. Solidarności nie można kupić. Mamy jeszcze sporo czasu, by tego uniknąć.
Za rok Unia znajdzie się w zupełnie nowej sytuacji – Wspólnotę opuści Wielka Brytania. Jaka będzie Unia Europejska bez Londynu? Prezydent Emmanuel Macron proponuje dalszą integrację idącą w kierunku federalizmu. Jego propozycje spotkały się jednak z oporem mniejszych krajów, wśród których prym wiedzie Holandia.
Federalizm kojarzy się z centralizacją, a w swoim właściwym znaczeniu oznacza rozwiązywanie problemów na odpowiednim szczeblu. Jeżeli jakieś zagadnienia wymagają rozwiązania europejskiego, to rozwiązywane są na szczeblu europejskim, a jeżeli nie – na szczeblu krajowym czy nawet lokalnym. Takie rozumienie federalizmu odzwierciedla to, co się dzieje dzisiaj we Wspólnocie. Na pewno nie ma żadnego projektu budowy Stanów Zjednoczonych Europy. Jeżeli w ogóle, to pieśń przyszłości. Obecnie UE jest nastawiona na to, by pragmatycznie rozwiązywać problemy. Komisja dokładnie rok temu przedstawiła pięć możliwych scenariuszy rozwoju spraw w Europie: status quo, powrót do integracji ograniczonej do jednolitego rynku, zaawansowanie integracji w gronie kilku krajów, robienie wspólnie kilku znaczących rzeczy, resztę zostawiając w rękach państw członkowskich, wreszcie bardziej federalny scenariusz, w którym więcej rzeczy jest robionych wspólnie. Juncker od początku kadencji chce, by wspólnie robić tylko większe rzeczy.
Wygrywa postulat „mniej Unii”?
Więcej Unii w dużych sprawach i mniej w mniejszych. Europejczycy znużyli się ingerowaniem Brukseli we wszystko, co możliwe. Taka ocena, niesprawiedliwie, wynikała z tego, że Unia musiała zharmonizować bardzo wiele przepisów, by ustanowić jednolity rynek – dobrym przykładem było ustalenie poziomu hałasu kosiarek trawnikowych. Dzięki temu powstała norma obowiązująca wszystkich producentów i żaden kraj nie mógł faworyzować rodzimych. Ingerencja w wiele drobnych spraw nie wynikała ze złych intencji Unii, lecz z istoty jednolitego rynku. Obecna Komisja odeszła od tego, zajmuje się tylko najważniejszymi sprawami. Mamy do 25 dużych inicjatyw w roku, w poprzedniej Komisji było nawet 100 rocznie.
Komisja Junckera nie zajmuje się poziomem głośności kosiarek?
Nie. I zawsze stawia sobie pytanie, czy powinna podjąć podobną inicjatywę, czy na pewno jest warto to robić.
Co w takim razie z konkurencyjnością na jednolitym rynku?
Nie zawsze trzeba o nią dbać poprzez inicjatywy legislacyjne. Często wystarczy przyglądanie się, czy zasady konkurencji są stosowane i interweniowanie wtedy, gdy w jakimś kraju projekty regulacyjne zniekształcają konkurencję.
Propozycje Komisji są różnie odczytywane w różnych krajach. Mam na myśli pracowników delegowanych. Francja uważa, że zrównanie wynagrodzenia pracownika wysłanego do pracy w innym kraju z płacami na miejscu wyrównuje konkurencję w ramach jednolitego rynku. Polska jest zdania, że to zaprzeczenie tej idei.
W ramach ostatniej nowelizacji dyrektywy o pracownikach delegowanych otrzymujemy równe warunki gry w Europie. Redukowana jest możliwość konkurowania wyłącznie niską płacą. Takie rozwiązanie wyjdzie na dobre tylko firmom z Europy Środkowej, bo model rozwoju oparty na niskich wynagrodzeniach nie pozwala gonić europejskiej czołówki. Jeżeli Polacy czują dzisiaj dyskomfort względem Europy Zachodniej, to powodem tego są właśnie utrzymujące się dysproporcje płacowe. Musimy poszukiwać swoich przewag konkurencyjnych gdzie indziej, nie w obszarze niskich płac. Bo tu zawsze może się pojawić inny rynek oferujący jeszcze niższe pensje.
Trudno to jednak wytłumaczyć wyborcom.
Dlatego, że nikt nie próbuje tego robić. Rządy lewicowe i prawicowe mają w Polsce jedną narrację – naszą najważniejszą przewagą konkurencyjną są niskie pensje. To paradoks, że nie było do tej pory gabinetu, który próbowałby zmienić ten stan rzeczy. Częściowo wiąże się to z tym, że – jak to mówią Anglosasi – „If it’s not broken, don’t fix it”. Jeżeli system działa, ma się mniej zachęt do tego, by go ulepszać. Problem polega na tym, że ten model działa teraz. Pytanie, czy będzie skuteczny, gdy pojawią się inne kraje mogące skuteczniej od nas konkurować płacami. Dlatego przemodelowanie gospodarcze jest jedynym sposobem na uniknięcie pułapki średniego dochodu.
Co z przyszłością Unii?
W przyszłym roku są wybory do Parlamentu Europejskiego. Poprzednie odbywały się w czasie kryzysu. I to siłą rzeczy zdominowało obie kampanie. Teraz mamy szansę zająć się przygotowaniem Europy na wyzwania, które czekają ją w przyszłości. To choćby rozwój sztucznej inteligencji – Europa powinna uczestniczyć w tym technologicznym wyścigu. Naszym wielkim atutem jest też spójność społeczna. Będziemy jej bronić. Wyjście w przyszłym roku Wielkiej Brytanii ma stanowić nowe otwarcie. Unia 27 państw będzie nowym bytem, któremu trzeba będzie nadać impet. Europa powinna być mniej nastawiona na załatwianie spraw doraźnych związanych z bieżącym trwaniem i przetrwaniem, a więcej wagi przykładać do spraw w dalszym horyzoncie.