- Za dużo nienawiści jest w tej zbrodni. Przestępca, który chce okraść dom, nie czuje nienawiści do ofiary. A tu było tak, jakby ktoś chciał wyładować złość. To jak morderstwo w odwecie - mówi w wywiadzie dla DGP Andrzej Jaroszewicz, syn zamordowanego premiera PRL Piotra Jaroszewicza.
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna

Sprawcy zostali złapani, dwóch się przyznało.

Muszę im spojrzeć w oczy. Muszę, po prostu. Czasami przecież wystarczy spojrzeć i już się wie. Myślę też, że to nie wszyscy, że najważniejszych nie ma.

Reklama

Kogo nie ma?

Zleceniodawców morderstwa.

Reklama

A byli?

Myślę, że jeszcze wielka praca przed prokuraturą.

W prawie zleceniodawstwo nazywa się sprawstwem kierowniczym.

Wolę: zlecenie zabójstwa. Dziś wiem tyle, ile dowiedziałem się z mediów. Chociaż nie, wiem coś jeszcze. Kilkanaście minut temu zadzwoniła do mnie moja była partnerka i powiedziała ciekawą rzecz o gangu karateków.

Członkowie tego gangu są właśnie zatrzymani przez prokuraturę.

Nie wszyscy. Dziś rano, kiedy o nich usłyszałem, coś mi zaczęło świtać. Potem telefon od ekspartnerki. I informacje o koledze Janka, mojego brata. Nie będę nic więcej mówił. Dam pani numer telefonu do mojej byłej partnerki. Ona pani powie.

Niech pan mówi, i tak zadzwonię do pana byłej żony.

Janek miał kolegę. Takiego najbliższego. Byli razem na studiach.

W Leningradzie?

Tak, tam. Teraz to Petersburg. Myślę, że on był taki trochę podstawiony.

Przez kogo?

Przez służby. W końcu Janek to syn premiera, a do tego jeszcze studia w Związku Radzieckim. Potem tu już w Polsce ten kolega nagle zaczął się rozbijać drogimi samochodami, obnosić się z pieniędzmi. Zapytałem Janka, skąd jego kumpel ma pieniądze, a Janek, że chyba TIR-y obrabia, że jakieś napady robi. A z kolei innym razem Janek powiedział, że ten chłopak jest w gangu karateków. Chyba obydwaj to wtedy puściliśmy mimo uszu. Jeszcze przecież ojciec żył. Nie wiem, co się dzieje z tym kolegą...

Jak się nazywał?

Powiem pani, ale pani nie może tego nazwiska opublikować, bo przecież żadnych dowodów nie mamy. Szczerze powiem: gdy ogłoszono, że złapano zabójców mojego ojca, część napięcia ze mnie zeszła, w sercu ciężar mniejszy, ale po tym telefonie od byłej żony dalej czekam. Zresztą nie wiem, czy będę miał satysfakcję, nawet kiedy złapią wszystkich winnych. 25 lat zacierano ślady, ginęły dowody, nie przesłuchiwano świadków, nie brano pod uwagę oczywistych wątków. Gorzkie 25 lat. Z drugiej strony, nigdy jeszcze w historii tej sprawy nie było tak, że ktoś się przyznał do morderstwa, a teraz aż dwóch. Wiem, że do różnych rzeczy się można przyznać, nawet takich, których się nie akceptuje. Mnie chodzi tylko o to, żeby znać prawdę. Jestem raczej człowiekiem spokojnym, niemściwym, nie ma we mnie zazdrości, nienawiści do ludzi. Ja chcę tylko prawdy. I być może jestem dla niej w stanie dużo zrobić.

Przeczytałam książkę Izy Michalewicz „Zbrodnie prawie doskonałe” i tam jest również tekst o morderstwie pana ojca.

Iza Michalewicz przeczytała wszystkie akta tej sprawy. Od czerwca do września 2016 r. nic innego nie robiła, tylko czytała, notowała i wyciągała wnioski. Stał nad nią ochroniarz i pilnował. Informowała publicznie o tym, czym się zajmuje. Wiem, że policja interesowała się jej pracą. Przegadaliśmy z nią godziny. I powiem pani, że jak przez ponad 20 lat mój przyrodni brat Jan się nie ujawniał, nie zabierał głosu w sprawie, tak nagle wystąpił w programie Tomasza Sekielskiego i zaczął opowiadać dziwne rzeczy na temat sprawy.

Pokazał Sekielskiemu paczkę, którą dostał z sądu.

Miały być w niej rzeczy po ojcu. Zakrwawione ubranie i ślady daktyloskopijne, które wcześniej zniknęły z koperty z dowodami. Dziwię się temu wszystkiemu. Zastanawiam się, czy Sekielski coś przede mną ukrył, czegoś dowiedział się od Janka i mi nie powiedział. Według mnie tu się nic nie składa. Tak jak i to, że Janek powiedział Sekielskiemu, iż tego pudła z sądu nigdy wcześniej nie otwierał. Wtedy tego nie komentowałem publicznie. Rozmawiałem tylko w gronie przyjaciół. Pani sobie wyobraża, że syn przez lata, przez siedem lat nie otwiera pudła po swoim zamordowanym ojcu? Wiem, że nikt nie jest w stanie tego pojąć, wszyscy mówią, że coś musi za tym stać.

Ale co pan sugeruje?

Z oczekiwania na rozwiązanie sprawy zabójstwa ojca wynikają też obowiązki, a mianowicie każdy syn powinien walczyć o wyjaśnienie zbrodni. Janek nie walczył.

Dlaczego?

Musiałaby pani go spytać. Ja nie miałem takiej możliwości. Przez lata nie robił nic. Nie rozmawiam z nim od prawie 26 lat, odkąd po śmierci ojca zniknęła kasetka z białymi kamieniami z sejfu ojca.

Z brylantami.

Policja pisze o białych kamieniach. Ojciec nie był materialistą do szpiku kości. To raczej Alicja Solska, jego żona, a moja macocha, myślała o pieniądzach. Jan przez lata siedział cicho. Obudził się, kiedy zrozumiał, że prokuratura na nowo bada sprawę. Może chciał uprzedzić ich działania. Nie wierzę, że nie zajrzał do tego pudełka. Nie wierzę. Ja przez lata cały czas działałem. Paradoksalnie przydał mi się przydomek „Czerwony Książę”. Ludzie po prostu słuchali tego, co mówiłem, a ja nawet niepytany o ojca, o jego morderstwo, sam o tym mówiłem, również dziennikarzom. Zawsze o tym, że czekam na rozwiązanie. Jednak to, co mam w głowie, to, co układa mi się w całość, jest być może tylko subiektywną oceną. Zdaję sobie sprawę, że bardzo łatwo kogoś skrzywdzić, coś sugerując, ale wiem, że przez lata nie zajmowano się tymi wątkami, co trzeba.

Którymi? Politycznymi, rodzinnymi?

Najpierw badaniem wątku rodzinnego.

Jest Jan Jaroszewicz, pana brat, jest rodzina pana macochy, Alicji Solskiej-Jaroszewicz.

W tym całym wydarzeniu bardzo zdziwiła mnie śmierć Alicji Solskiej, bo uważam, zresztą nie tylko ja, że część, przepraszam za słowo, usług, wykonywanych przy moim torturowanym ojcu, mogło, według mnie odbywać się przy udziale pani Solskiej.

Pan do niej mówił mamo.

Kiedy byłem dzieckiem - tak. Myślałem, że tak trzeba. Bardzo wcześnie straciłem matkę.

Miał pan sześć lat.

Niecałe. Wychowywała mnie babcia. A potem przyszła obca kobieta, zajęła miejsce mojej mamy. Mogę śmiało powiedzieć – zła kobieta. Zła z gruntu. Niech pani zauważy, że w łazience, w której ją zastrzelili, leżały kołderka i poduszka. Czy ktoś, kto chce za chwilę kogoś zastrzelić, robi swojej ofierze posłanko i wiąże ją sznurem tak delikatnie, by mogła się bez trudu wyplątać? Może miało być tak, że sprawcy powiedzieli: „Pani tu poleży, poczeka, my załatwimy sprawę, rano panią znajdą i wszystko będzie w porządku”.

No, ale ktoś strzelił jej w głowę, z bliskiej odległości.

Może za dużo widziała? Może jednak ktoś się przestraszył świadka? Może spanikowała? Bo tak, jak mówię, kiedy się chce zabić, to się nie robi posłanka. Tam się musiało zdarzyć coś niezmiernie dramatycznego... Z drugiej strony, tylko żona mojego ojca wiedziała, jakie leki bierze ojciec, i te leki zostały mu podane w czasie, kiedy był męczony. Ona wiedziała, gdzie są ojca koszule, gdzie bielizna, a przecież ojciec był przebrany w czyste ubrania w trakcie tortur. W tym wszystkim widać kobiecą rękę. Jesteśmy w trzecim uruchomieniu śledztwa w sprawie morderstwa Piotra Jaroszewicza i mam nadzieję, że to wszystko zostanie wzięte pod uwagę. To nie był tylko mój ojciec, to był premier polskiego rządu.

PRL-owskiego rządu.

Ja wiem, że niektórzy z obecnie rządzących uważają, że wtedy Polski nie było, ale jednak była. Ojciec 10 lat był premierem, 36 lat w rządzie na różnych wysokich stanowiskach. Przed wojną był nauczycielem, potem został zesłany na Syberię, gdzie ciężko pracował jako drwal, szedł do armii Andersa, trafił do armii Berlinga. Gdyby nie zachorował na tyfus, to może ja bym się urodził w Londynie... Teraz machina państwowa jest znowu uruchomiona. Mam nadzieję, że po to, by się dowiedzieć, co się stało z premierem i co się stało z różnego rodzaju rzeczami z domu mojego ojca, z dokumentami z sejfu, z białymi kamieniami, i wreszcie, kim była Alicja Solska.

Żoną pana ojca.

Nie tylko żoną. Była kimś jeszcze.

Kim?

Nic nie uszło jej uwadze. Kiedy ktoś obcy był w domu, to ona zawsze pilnowała. To ona decydowała o doborze gości, ona odbierała telefon. Na szczęście ojcu udawało się z niektórymi gośćmi wychodzić do ogrodu, bo w domu nie tylko pani Solska słuchała, był też podsłuch. Przecież takiego człowieka jak premier podsłuchuje się do końca życia. To jest dla mnie oczywiste. Nieoczywiste jest natomiast, że pani Solska pracowała dla służb. Nie ma na to dowodów, ale moim zdaniem, podkreślam, moim zdaniem, mogło tak właśnie być. Ojciec to podejrzewał, próbował sprawdzać. Pojawiła się przy nim w 1955 r. jako dziennikarka „Trybuny Ludu”. Wcześniej pracowała jako sekretarka jednego z sekretarzy Komitetu Centralnego PZPR. Z dokumentów IPN wynika, że członkowie jej najbliższej rodziny byli współpracownikami służb, agentami - mam na myśli jej siostrę Mirosławę Arciszewską i męża siostry.

Pana ojciec musiał to wiedzieć od początku.

Musiał. Chciał się rozwodzić, Gomułka mu jednak zagroził. I ojciec został w tym małżeństwie. Nie był partyjniakiem, ale to partia kierowała, a rząd rządził. Wiem, że przez prawie 40 lat miał przyjaciółkę i pani Solska musiała wiedzieć o tej przyjaciółce. Ojciec nie był szczęśliwym mężem. Wiem z zeznań gosposi, że mówił: „Z taką żoną to można zdechnąć na stojąco”. Czasem byłem z nią sam na sam, już jako dorosły człowiek. Raz odebrałem ją z ul. Hożej od pani Arciszewskiej w Warszawie i miałem ją zawieźć do Anina. Przysługa po prostu. Pani Solska była smutna i zdenerwowana.

Który to był rok?

Może 1985. Wsiadła i nagle powiedziała: „Nie byłam dobrą matką dla ciebie, ale z drugiej strony ty nigdy nie zachowywałeś się w stosunku do mnie jak mój syn”.

Przecież zamykała pana w piwnicy, kiedy pan był dzieckiem. Karała.

Karała, i to wymyślnie.

Chciała pana otruć.

Ojca też. Zamykała mnie w piwnicy. Pamiętam to, bo marzłem. Zamykała mnie nagiego. Byłem cały umorusany, bo tam był węgiel. Dzisiaj myślę, że można by to podciągnąć pod paragraf molestowania seksualnego, bo kiedy mnie wyciągała z tej piwnicy, wsadzała do wanny i myła, dotykając również w miejsca intymne. Mówię to pani, żeby pani zrozumiała, że Solska, moja macocha, żona mojego ojca, to był potwór, konstrukcja psychopatyczna. I potwierdzają to inni ludzie, którzy ją znali. Potwór, na którego nie ma żadnych dokumentów, żadnych papierów. Wiem, że nawet ojciec próbował coś znaleźć i poniósł fiasko. Z domu nazywała się Duchińska. Jej pierwszy mąż to Paweł Solski, który w 1968 r. wyjechał do Izraela. Kiedyś miałem duży żal do ojca o to, że pozwolił, by ona mnie tak traktowała, ale ten żal minął. Zrozumiałem, że nic nie mógł zrobić. Chcąc mnie chronić, wysłał mnie na kilka lat na wieś, do Straszyna pod Pruszcz Gdański, do swojego przyjaciela. Solska chyba długo myślała, że mnie złamie, a tak naprawdę to mnie zahartowała. Sądziła też, że poradzi sobie z moim ojcem, ale przy tym zginęła sama. To wszystko jest jak straszna saga, jak taki horror, bo to się działo na przestrzeni lat.

W 1976 r. pana ojciec o mało nie zginął w wypadku śmigłowca.

To nie był wypadek.

Zamach?

Zamach. Służby, służby, służby. Takie rzeczy nie przytrafiają się nigdy bez operacyjnych działań i poleceń. Dowody na to się kiedyś znajdą, zobaczy pani. W jakiejś notatce odtajnionej. Teraz nas zwodzą, że odtajniają te dokumenty, że te szafy otwierają, ale co ma być utajnione, i tak będzie utajnione. Na razie przypadkiem. Rozmawiałem na temat tej katastrofy z ojcem. Powiedział: „Chcieli się mnie pozbyć”. Miał całą siną twarz. Z tego śmigłowca wyciągnął go kierowca I sekretarza KW z Bydgoszczy, a świta, łącznie z tymi powołanymi do tego, by go chronić, czekała i patrzyła. Czekali, aż helikopter wybuchnie. Piloci uciekli, a premiera zostawili. Pokazał mi później taką starą pieczęć do lakowania, którą miał przy sobie. Prawie cała stopiona. Pierwszy raz wtedy powiedział mi, że się znalazł niebezpieczeństwie.

Bał się?

Na pewno miał ogromną wiedzę o różnych ludziach PRL-u. Pisano, że się nie rozstawał z bronią. Otóż rozstawał się. Kiedy spacerowaliśmy z psem, to bez broni. I też nie tak, że broń leżała na wierzchu. Wiem, że miał tę broń. To był walther. Zniknął. Bardzo bym chciał prosić prokuratora, by zapytał tych facetów, którzy teraz siedzą w areszcie i przyznali się do morderstwa, czy wzięli pistolet mojego ojca. Poza tym pistolet Solskiej i jej piękny, stary złoty zegarek. Poznałbym ten zegarek. Charakterystyczny.

Z domu w zasadzie nic więcej nie zginęło.

Testament ojca i jakieś dokumenty, a do tego przygotowane teksty do drugiego wydania jego książki. Powtarzam to od lat. To nie była napaść na tle rabunkowym. To była napaść i mord z powodów rodzinno-politycznych. Czasami myślę, że powinno być tak, że to cel uświęca środki, że policja powinna działać wszelkimi metodami. Bo przecież wtedy w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. nikt ojca nie pytał, czy mu wkręcić korkociąg między żebra lub koło kręgosłupa czy nie, czy próbować wyrywać język czy nie, podpalać, podduszać, męczyć czy nie. Bez oporu ojca to się wszystko nie odbyło. Był szczupłym człowiekiem, ale wysokim, postawnym. Przenosili go, bandażowali mu głowę. To był wprawnie założony bandaż.

Ile czasu mogli tam spędzić?

Czas zgonu jest szacowany na między 5 a 7 rano. Weszli o północy. Oglądał „Panoramę”. Zaatakowali go. Bardzo powoli umierał. Był starszym panem, przecież już po osiemdziesiątce, ale musiał być silny, skoro męczono go może nawet siedem godzin. I wcale nie ma dowodu, że został zamordowany, tylko doprowadzony do śmierci. Na szyi zbrodniarze nie zacisnęli śmiertelnej pętli, tylko podduszali ofiarę. Umierał, cierpiąc. Moja żona obejrzała film z sekcji zwłok. Ja nie mam siły ani odwagi. Na pewno potrafili torturować. Byli w tym dobrzy. Pani Solska mogła wydać na to zgodę, mogła to widzieć, bo za dużo nienawiści jest w tej zbrodni. Rozumie pani? Za dużo nienawiści do tego człowieka. Przestępca, który chce okraść dom, nie czuje nienawiści do ofiary. A tu było tak, jakby ktoś chciał wyładować złość. To jak morderstwo w odwecie. Wtedy w sierpniu 1992 r. zdarzyło się dużo dziwnych rzeczy. Na miesiąc przyjechała ze Stanów Hanka, córka pani Solskiej z pierwszego małżeństwa, ja wyjeżdżałem z żoną do Włoch, odwiedzić naszą kuzynkę, córkę siostry ojca. Ojciec mi dał list do Eli z pamiątkami rodzinnymi, biżuterią mojej mamy, jakimiś rzeczami po matce Eli i wtedy usłyszałem pierwszy raz, jak Solska krzyknęła na ojca: „Co ty, już rodzinny dobytek rozdajesz”. Ojciec zapytał: „Jaki rodzinny? Mojej żony i mojej mamy”. Podarł list, poszedł na górę, wrócił za pół godziny z nowym listem i większą liczbą pamiątek. Powiedział do mnie: „Zawieź to Eli”. Jakby czuł, że musi to uratować, jakby wiedział, że stanie się coś złego. Poza tym ojciec chciał coś ujawnić, on naprawdę dużo wiedział. Daje to do zrozumienia w swojej pierwszej książce.

Mocno ocenzurowanej.

Przez Alicję Solską. Powiedział mi o tym redaktor Bohdan Roliński, który z ojcem tę książkę pisał. Otworzył się, wydaje mi się, że był szczery. Rozmawialiśmy dwa miesiące przed jego śmiercią. Na początku był człowiekiem pani Solskiej, jednak w trakcie pracy nad książką przeszedł na jasną stronę mocy. Mówił, że Solska wszystko kontrolowała, wycinała, cenzurowała.

Co ojciec wiedział o gen. Jaruzelskim?

Nie wiem. Wiem natomiast, że Jaruzelski miał pretensje do ojca o czasy młodości, że ojciec jako zastępca dowódcy I Armii Wojska Polskiego nie zauważył młodego oficera Jaruzelskiego. Pamiętam jak dziś, kiedy ojciec powiedział: „Synku, ja takich poruczników to miałem 1200, a nie jednego Jaruzelskiego”. I koniec tematu. Ojciec to był człowiek rozważny, honorowy i bardzo punktualny. Wojsko go tego nauczyło. Kiedy byłem dzieckiem, to go w zasadzie nie widziałem, wychodził rano, wracał wieczorem, ale sprawdzał, czy mam porządek. Nauczył mnie, jak się składa łóżko, gdzie mają być rzeczy. Nigdy jednak nie był agresywny. Bardzo mnie kochał, a ja jego. Jego umieranie to był proces, jak spowiedź, jak piekielne katusze. Po co mu podawano leki? Może po to, żeby mógł rozmawiać, mówić. I ten proces nie mógł się odbyć bez udziału bliskiej osoby, nie mówię, że jej rękami, ale na pewno na jej zlecenie. Wiem, że Alicja Solska była zdolna do różnych drastycznych rzeczy.

A może to jest wszystko nagrane?

Przecież w aktach sprawy jest, że po śmierci ojca do domu w Aninie przyszli jacyś faceci z MSW z departamentu łączności, wyprosili wszystkich z domu, a po jakimś czasie wyszli z walizeczkami. Musieli być to wysocy rangą funkcjonariusze, skoro wszyscy zgodzili się wyjść. W zeznaniach Janka z tamtego czasu to jest. Wyczyszczono też szafę pancerną z dokumentami.

1 września 1992 r. przed południem z domu pana ojca wychodziła trójka ludzi, dwóch mężczyzn, jedna kobieta. Jest na to świadek, pani Emilia, mieszkanka Anina. Wracała wtedy z poczty. Zdziwiła się, bo pierwszy raz widziała gości wychodzących z domu Jaroszewiczów.

Iza Michalewicz mi o tym powiedziała, ona też dotarła do Mariana Dudy, byłego naczelnika wydziału dochodzeniowo-śledczego na Pradze-Południe. Duda zaraz po śmierci ojca rozmawiał z tą kobietą, która zobaczyła tę trójkę o 11.40.

Kobieta miała być roześmiana.

Boże, tego nie wiedziałem. Roześmiana po czymś takim. Przekracza to moje wyobrażenia.

Nadjechał samochód i cała trójka odjechała. Kim mogli być ci ludzie?

Nie mogę głośno mówić, jeszcze nie oszalałem. Teraz myślę, że jednym z nich mógł być ten kumpel Janka, o którym wspomniała moja partnerka. Wie pani, on nagle zniknął. Nie ma go nigdzie. Nie wiadomo, gdzie jest. Może Janek będzie wiedział, trzeba go pytać. Nie wiem tylko, czy będzie mówił prawdę, bo z jego zeznań wynika, że rodzina Jaroszewiczów żyła w idylli, wszystko było jak najlepiej.

Okaże się zaraz, że za rządów PiS sprawa morderstwa czerwonego premiera zostanie wyjaśniona.

Ludzie są albo dobrzy, albo źli, nieważne czy to komuniści, kapitaliści czy PiS-owcy. Mnie pani nie wsadzi do żadnej grupy, nie jestem żadnym komunistą ani kapitalistą, tylko człowiekiem myślącym, człowiekiem, który analizuje i myśli po swojemu. Być może ministrowi Ziobrze zależy, żeby rozwiązać tę sprawę, bo to byłby dla niego wielki sukces. Choć on nie robi na mnie dobrego wrażenia. Nie mój typ