Pakiet propozycji KE dotyczący przyszłości strefy euro należy czytać jako komunikat polityczny wysłany w stronę kanclerz Merkel
Ten komunikat jest bardzo treściwy i brzmi: Unia nie może się zatrzymać w miejscu, bo jedno z państw ma wewnętrzne trudności. Adresatem jest oczywiście Berlin, gdzie od wyborów minęły ponad dwa miesiące, a mimo to szanse na utworzenie nowego rządu nie wzrosły. To oznacza, że Niemcy chwilowo ograniczyły swój udział w unijnych sprawach, czego wyrazem była chociażby nieobecność Angeli Merkel na niedawnym spotkaniu szefów rządów państw UE na szczycie poświęconym sprawom socjalnym.
– W polityce właściwy czas jest kluczowy. Propozycje Komisji o pogłębieniu Unii Gospodarczej i Walutowej prezentowane są w niewłaściwym momencie, zaś najbliższy szczyt Rady Europejskiej powinien być odwołany, bo Niemcy nie są w stanie w tej chwili zająć żadnego stanowiska – napisał ostatnio na Twitterze Henrik Enderlein, szef berlińskiego oddziału Instytutu im. Jacques’a Delorsa, europejskiego think tanku.
Reklama
Jean-Claude Juncker zdaje się z tym nie zgadzać, chociaż jako europejski polityk z doświadczeniem (wszak pełnił funkcję byłego szefa eurogrupy) doskonale rozumie, że Unii bez Niemiec zmienić się nie da. Były premier Luksemburga od samego początku jednak opowiadał się za bardziej polityczną Komisją Europejską, nawet jeśli oznaczałoby to, że nie będzie poddawał się kalendarzowi wyborczemu nad Szprewą. Co więcej, jak donosił portal Politico, mimo początkowego zapału do reformowania strefy euro ze strony francuskiego prezydenta, jego przemówienia nie przełożyły się na pakiet żadnych propozycji.
Podobnie zresztą zdaje się uważać przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, który agendę przywódców – harmonogram decyzji, jakie szefowie rządów państw UE powinni podjąć na przestrzeni najbliższych kilkunastu miesięcy – rozpisał z pełną świadomością berlińskich problemów. Tak się składa, że na najbliższym szczycie Rady Europejskiej 14 i 15 grudnia unijni przywódcy mieli poważnie porozmawiać o przyszłości wspólnej waluty, tak aby w połowie przyszłego roku zapadły w tej kwestii konkretne decyzje.
Trudno powiedzieć, jaki ostatecznie będzie efekt tych dyskusji, biorąc pod uwagę, że jeszcze przed rozpoczęciem (zerwanych już) rozmów nad koalicją między chrześcijańskimi demokratami, Zielonymi i liberałami przewodniczący tych ostatnich Christian Lindner zapowiedział, że nie widzi możliwości, aby na unijnych szczytach głos w decydujących sprawach zabierali przedstawiciele tymczasowej administracji, a już na pewno nie „pełniący obowiązki” (obecnie na stanowisku ministra finansów Niemiec jest właśnie p.o., bliski współpracownik Angeli Merkel, Peter Altmaier).
Zdecydowana postawa Komisji co do konieczności posuwania europejskiej debaty do przodu może odbić się czkawką, czego wyrazem jest chociażby to, że niemiecki tygodnik „Der Spiegel”, który jest proeuropejski, nazwał pakiet propozycji KE jeszcze przed jego publikacją „przejawem ego” przewodniczącego.