Faszyści przebrani w szaty narodowców wołający 11 listopada na ulicach za białą rasą nie tęsknią do czasów Hitlera. Oni chcą powrotu do świata, w których wszystko jest czarne albo białe. Ta sama tęsknota winduje sondaże PiS. Wspólny wróg jest jeden: to cywilizacja światłocienia, gdzie wersji, prawd i poglądów jest wiele.
Andrzej Andrysiak / DGP
Magazyn 25-26.11.17 / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
W minioną niedzielę w Radomsku, moim rodzinnym mieście, brygada Obozu Radykalno-Narodowego zorganizowała demonstrację przeciw imigrantom. Tym razem nie chodziło o przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu, lecz o Ukraińców. Była to bodaj pierwsza taka manifestacja w kraju. Pięćdziesięciu młodych ludzi, w tym dwie kobiety, przemaszerowało przez centrum, krzycząc: „Młody Polak emigruje, Ukraińców rząd przyjmuje” i „PiS-PO jedno zło”. Na koniec pod urzędem miasta odczytali petycję, z której wynikało, że ukraińscy pracownicy są zagrożeniem dla rynku pracy i zaniżają płace. Nastroje były bojowe. Miejscowy przedsiębiorca, który chyba w ramach prowokacji podjechał pod urząd i zakrzyknął, że potrzebuje od zaraz 30 pracowników, musiał się szybko schować w samochodzie, inaczej mógłby skończyć tę spontaniczną rekrutację poobijany.

Reklama
Z punktu widzenia niewykwalifikowanego pracownika problem taniej ukraińskiej siły roboczej rzeczywiście istnieje, ale nie to jest w tym przykładzie najciekawsze. Wśród owych demonstrantów wielu było takich, którzy zarabiali – bądź wciąż jeszcze zarabiają – w Wielkiej Brytanii czy Irlandii. Nie przystoi stwierdzać, że nie widzą związku między własnymi emigracyjnymi doświadczeniami i podobnymi pracowników ukraińskich, ale ich żądanie było jasne i precyzyjne: niech ktoś coś z tym zrobi. Weźmie się za to, zdecyduje, rozwiąże.
To jest właśnie sedno radykalnych postaw. Przekonanie, że istnieje – i musi istnieć – instancja odwoławcza. To dlatego Prawo i Sprawiedliwość tak dobrze sobie poczyna na scenie, a opozycja grzęźnie w niejasnościach. Na naszych oczach rozgrywa się wielki spór. To nie jest konflikt czysto polityczny, on sięga o wiele głębiej, do postaw, których nasze polityczne poglądy są pochodną. Czy człowiek potrafi sam odróżnić dobro od zła? Czy jest na tyle silny, by znaleźć sens i oparcie w sobie, czy potrzebuje arbitra? PiS odpowiada: w tych rozchwianych czasach, gdy nawet religia nie jest już fundamentem, instancją odwoławczą będzie państwo. Pod warunkiem że będzie nasze. Bo tylko my wiemy, co jest sprawiedliwe, co złe, kto uczciwy, kto zepsuty.
Gdy na początku 2007 r. papież Benedykt XVI zdecydował, że abp Stanisław Wielgus nie będzie metropolitą warszawskim, bo przez 20 lat współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa, nieżyjący już dziennikarz Maciej Rybiński ogłosił na pierwszej stronie „Dziennika” głośny tekst „Koniec Polski Kiszczaka i Michnika”. Napisał: „Polska stoi w przededniu rewolucji. Nie rewolucji szubienic, krwi, odwetu, niewinnych ofiar rozszalałych szwadronów śmierci, jak nam to wmawiano, tylko rewolucji moralnej polegającej na odkrywaniu prawdy, przywracaniu właściwej hierarchii wartościom i prawdziwego znaczenia słowom. Tylko tyle i aż tyle”.
Choć IV RP, która miała się wtedy z tej otchłani postkomunistycznej barbarzyństwa wyłonić, do tej pory nie nabrała kształtu, zawołanie o moralną rewolucję padło na podatny grunt. Będziemy dobrzy, będziemy sprawiedliwi i prawi. Będziemy mądrzy mądrością przodków i uczciwi uczciwością własną.
Ale pojawił się problem. Takie cechy widać tylko na tle. Cóż znaczyłaby dobroć, gdyby wszyscy byli miłosierni? Dobro potrzebuje zła, sprawiedliwość – niesprawiedliwości. Ten wróg się znalazł i nie był to byt wyimaginowany. Całą oświeceniową spuściznę, racjonalizm, tolerancję, wolność, równość, ustawiono pod murem i rozpoczęto kanonadę. Wielu nazywa tego wroga liberalizmem, ale jest trafniejsza nazwa: cywilizacja światłocienia. Celnie w tym kontekście użył jej ks. prof. Paweł Bortkiewicz, komentujący w rozmowie z portalem wPolityce.pl wyrok niemieckiego trybunału w sprawie możliwości zadeklarowania przez obywatela trzeciej płci – osoby transseksualnej. „Tak, tylko my żyjemy w czasach, w których pojęcie normy i patologii zostało zaburzone. Zniesione. (...) Nie mamy dzisiaj normy i patologii. Mamy normy i »normy inaczej« w ramach poprawności politycznej. Nie ma już rzeczywistości czarno-białej, jest kultura światłocienia”.
Czym owa kultura światłocienia jest? Część teologów za Janem Pawłem II odpowie: cywilizacją śmierci. Ale przecież nie o stosunek do życia tu chodzi, lecz o wolność. I instancję odwoławczą właśnie. Czy moralność jest umocowana w Bogu, czy w umowie społecznej? Czy jesteśmy panami własnego życia i śmierci, czy jedynie uniżonymi sługami?
Przez wieki odpowiedzi na te pytanie udzielała religia. To Kościół wyrokował i decydował, to papieże, księża, biskupi oddzielali dobro od zła i sprawiedliwość od niesprawiedliwości. Ale dziś już tak nie jest. Oświecenie strąciło religię z piedestału i zaczęło się rozpychać na podium. Dziś pierwszy lepszy sondaż pokazuje, jak bardzo rozbiegają się nauka Kościoła i poglądy wiernych. Seks przedmałżeński, in vitro, rozdział Kościoła od państwa, konkubinaty, eutanazja – coraz mniej jest styczności między społeczeństwem a hierarchami. Dla wielu deklaracja wiary to jedynie emblemat przywiązania do tradycji, niemający wiele wspólnego z filozofią życiową.
Tę drogę przeszliśmy w ostatnim ćwierćwieczu, pewnie stąpając po śladach wytyczonych przez zachodnią Europę. Ale fakt, że Kościół nie jest już instancją odwoławczą, nie oznacza, że arbitra już nie potrzeba. Jedni uznali rzeczywistość, inni wciąż wyciągają głowy z nadzieją. Ktoś musiał wejść w to miejsce. Weszli politycy.
Ostatnie 28 lat dało nam popalić. Ze świata, w którym nie było wolności, lecz była pewność jutra, przeskoczyliśmy w jedną sylwestrową noc 1989 r. do świata, w którym można prawie wszystko, ale i wiele zależy od nas. Wolnorynkowe reformy Leszka Balcerowicza z ekonomicznej perspektywy zostały już opisane na wszelkie możliwe sposoby, ale przecież ich społeczne konsekwencje były o niebo istotniejsze. Praca? Musisz sobie znaleźć. Mieszkanie? Zarobisz, to będziesz miał. W PRL i jedno, i drugie zależało od państwa, po 1989 r. to samo państwo – choć inaczej nazwane – umyło ręce. Jedni z tą wolnością czuli się wyśmienicie, innych przytłoczyła. Świat, gdzie państwo pospołu z Kościołem decydowało o wszystkim, wywrócił się na drugą stronę, a czerń i biel zmieszały się w nieprzyjemne odcienie szarości.
Do 2005 r. klasa polityczna jednym głosem przekonywała społeczeństwo, że tak trzeba. Ci, których pierwotny strach przed odpowiedzialnością i samodzielnością przyciskał do ziemi, zostali zepchnięci do narożnika, do którego mało kto zaglądał. Poza Jarosławem Kaczyńskim. On ten strach zobaczył, zrozumiał i wykorzystał.
W swojej pierwszej kadencji, w latach 2005–2007, jeszcze błądził po omacku, potem swój projekt doprecyzował i wyostrzył. Państwo – ono jest najważniejsze. Ono ma decydować i rozstrzygać. Wszystko zależy od państwa, wszyscy zależymy od niego. Gospodarka owszem, wolnorynkowa, ale ten wolny rynek działać ma po naszemu. Wolność owszem, pożądana, ale tylko w granicach, które my określimy. Prawo sprawiedliwe, oczywiście, ale to my będziemy tej sprawiedliwości arbitrami. Precz z szarościami, precz ze światłocieniem. Albo-albo. Dobry-zły. Nasz lub obcy.
Może i straszna to konkluzja, ale to postawa dziś w społeczeństwie dominująca. Cóż z tego, że państwo musi być czyjeś, że to partia, jedna czy druga, decydować będzie za nas. Ale w końcu ktoś będzie. Odpowiedzialność to ciężkie brzemię, można dostać od niego garbu. A my chcemy chodzić wyprostowani, może nie własnymi drogami, lecz tymi wytyczonymi, ale skoro krajobraz nie najgorszy, a i okoliczności sprzyjają, to dlaczego wchodzić w chaszcze?
Nie oszukujmy się: to nie jest postawa właściwa tylko ONR-owcom czy słuchaczom Radia Maryja. Jesteśmy społeczeństwem, któremu wciąż trudno znieść myśl, że inni też mają rację. Nie: oni mają, a my nie, ale właśnie „też”. W cywilizacji światłocienia nie ma jednej prawdy, jest ich wiele. Co gorsza – równoprawnych. Z zasady istnieją obok siebie, konkurują, ale się nie zwalczają. To zmusza do wyborów. A my mamy wyborów dość.
Przez 28 lat nie nauczyliśmy się doceniać różnorodności. Politycy byli zbyt zajęci gospodarką, a elity zarabianiem, by pochylić się nad czymś tak prozaicznym jak wychowanie. Dziś to obelga i prawie występek przeciw narodowi, ale przypomnijmy: społeczeństwo się wychowuje. Suweren nie jest obarczony łaską mądrości, nie spływa ona na niego z przeszłości, nie objawia się samoistnie pod biało-czerwoną flagą (lub jakąkolwiek inną). Suweren wie tyle, ile się nauczył. A jak się uczył, to musiał mieć nauczycieli.
Dziś przy tablicy stoją politycy z linijką w ręku, którzy za każde przewinienie chcą okładać po łapach. To metoda, którą dobrze znamy z przeszłości i do której podświadomie chyba tęsknimy. Tu się nie dzieli włosa na czworo, tu się go tym krnąbrnym wyrywa. A jeśli gdzieś obok jest inna szkoła, bardziej otwarta, to wciąż czeka na dobrą kadrę.