"Dziś jestem blondynką" - recenzja

"Dziś jestem blondynką"
"Dziś jestem blondynką"Media
5 grudnia 2013

"Dziś jestem blondynką” jest jak środkowy palec pokazany schematycznym filmom o walce z rakiem. Pod tym względem okazuje się jeszcze odważniejsze niż nagrodzone w Cannes „W pół drogi” Andreasa Dresena.

 Zamiast beczeć do kamery, młoda Sophie robi sobie seksowny makijaż, nakłada na głowę perukę i wyrusza na imprezę. Bohaterka nie przypomina jednak ożywionej Barbie, a „Dziś jestem…” nie ma nic wspólnego z onkologicznym „Bejbi blues”. Zachowanie Sophie stanowi przemyślaną strategię radzenia sobie z chorobą. Początkowa dezorientacja ustępuje miejsca bulimicznemu apetytowi na życie, który cechował bohaterkę także w okresie pełnego zdrowia. Film Marca Rothemunda nie musi sięgać po melodramatyczne klisze. Sophie nie została opuszczona przez przyjaciół i całkiem nieźle dogaduje się z majętnymi rodzicami. Naszego współczucia nie musi zapewniać jej nic innego poza ciężką chorobą. Bohaterka ujmuje także autentyzmem reakcji na własną przypadłość. Początkowe informacje o rzadkiej odmianie raka czerpie ze strony przypadkowo wylosowanej przez Google, a na wieść o chemioterapii pyta bezceremonialnie, czy będzie musiała zgolić również włosy łonowe. Za sprawą zaskakującego „Dziś jestem…” Rothemund potwierdza pozycję jednego z najbardziej wszechstronnych twórców niemieckiego kina.

Pozostało 56% treści
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną subskrypcją Premium.
Teraz z Płatnościami powtarzalnymi BLIK
zyskasz dostęp do wszystkich treści
za 29 zł / miesiąc przez 3 miesiące


Możesz anulować w dowolnym momencie.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Autopromocja
381536mega.png
381439mega.png
381557mega.png
©℗

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.