Szef Partii Islamskiego Odrodzenia Tadżykistanu mówi DGP, dlaczego ugrupowanie zostało zdelegalizowane, i tłumaczy, jak przeciwdziałać radykalizacji przybyszów z państw muzułmańskich.
Reklama
Muhiddin Kabiri, przewodniczący Partii Islamskiego Odrodzenia Tadżykistanu (HNIT) / Dziennik Gazeta Prawna
Dlaczego pana partia została zdelegalizowana?
Chodziło o wybory z 2005 r. Według obserwatorów międzynarodowych nasza partia zdobyła więcej głosów niż partia władzy, choć oficjalnie dali nam tylko 7 proc. i dwa miejsca w parlamencie. Ale władza poczuła, że ma silną opozycję. Zaczęła się kampania dyskredytacji. W 2011 r. Rada Bezpieczeństwa przyjęła tajny protokół, który podpisał prezydent, o użyciu przeciwko HNIT specjalnych środków, aby doprowadzić do jej delegalizacji.
Protokół trafił w nasze ręce, opublikowały go rosyjskie media. Naciski rosły, a działalność partii została sparaliżowana. Wielu aktywistów aresztowano. Po wyborach w 2015 r. pozostało tylko zdelegalizować partię.
Panu udało się uciec, ale zastępcy zostali w kraju. Co się z nimi stało?
Dwóch dostało dożywocie. Jeszcze przed aresztowaniem proponowali im układ: potępią mnie publicznie, a w zamian dostaną nie tylko wolność, lecz nawet stanowiska w administracji. Obaj odmówili. Stąd taka kara. Trzymają ich w izolacji, nie dopuszczają krewnych, lekarzy ani adwokatów. Około 30 członków zarządu partii dostało 15–40 lat więzienia. W sumie za kratki trafiło blisko 200 osób.
Za co ich sądzono?
Terroryzm, ekstremizm, działalność w organizacji przestępczej. Ten ostatni zarzut jest najciekawszy, bo partia działała legalnie. Najpierw były areszty, a potem sąd najwyższy zdelegalizował partię.
W Tadżykistanie istniało zagrożenie terrorystyczne?
Takie zagrożenie panuje w całym regionie. Ale przed 2015 r. Tadżykistan był pod tym względem najbezpieczniejszy. Po 2015 r. sytuacja uległa pogorszeniu.
Co się stało?
Kiedy naszą partię zamknęli, wielu młodych ludzi, którzy wierzyli, że można walczyć z dyktaturą środkami pokojowymi, uznało, że to już nie wystarczy. I że zmiana sytuacji jest możliwa tylko bardziej radykalnymi metodami.
Nasilone represje wywołały falę migrantów. Część próbuje wjechać do Polski.
Są wśród nich członkowie HNIT. Szef departamentu partii ds. młodzieży, wykształcony człowiek, od czterech miesięcy usiłuje przekroczyć granicę ukraińsko-polską. Ma dokumenty potwierdzające polityczne motywy jego wyjazdu z kraju. Nie mogę zrozumieć, dlaczego się go nie wpuszcza. Chcielibyśmy, by polskie społeczeństwo zwróciło na to uwagę. Jesteśmy zainteresowani, by migranci ekonomiczni nie podszywali się pod uchodźców. Stworzyliśmy procedurę przyznawania zaświadczeń członkom partii. Każdy przechodzi trójstopniową kontrolę. Zależy nam na wizerunku partii.
Polskie władze mówią, że nie chcą otwierać drzwi ze strachu przed radykalizmem, a w Azji Środkowej są ludzie, którzy jeżdżą do Syrii, by walczyć w szeregach Państwa Islamskiego.
Rozumiem argumenty europejskich władz. Ale musimy rozróżnić radykałów od ludzi, którzy potrzebują statusu uchodźcy z przyczyn politycznych. Musimy współpracować z europejskimi władzami. My też nie chcemy, żeby nasi migranci mieli wizerunek radykałów. Przypadki zamachów dokonywanych w Europie przez jednostki najsilniej uderzają w interesy ogółu imigrantów. Zamachy w Petersburgu, Stambule i Sztokholmie, które przeprowadzili przybysze z Azji Środkowej, uderzyły również w nasze interesy. Do radykałów idą ludzie, którzy nie mają wykształcenia religijnego. Musimy uświadamiać imigrantów, że powinni szanować miejscowe prawa, kulturę, tradycję i obyczaje, pomagać im w szybkiej integracji. A z drugiej strony pokazać, czym jest prawdziwy islam, że jest religią pokojową, cierpliwą. A to, co mówią Da’isz i inni terroryści, nie ma z islamem wiele wspólnego.