W żadnym innym kraju Zachodu sowieccy agenci wpływu przez całe dekady nie działali z taką swobodą, jak we Francji. Jednak dopiero teraz spadkobiercy KGB mogą zagrać tam o przyszłość Europy.
Reklama
Rosyjskie służby specjalne zamierzają wspierać kandydatkę Frontu Narodowego Marine Le Pen w nadchodzących wyborach prezydenckich. Ta informacja tydzień temu obiegła Francję. Pierwszy podał ją tygodnik „Le Canard enchaîné”, wskazując jako jej źródło wywiad wojskowy DGSE (Direction Générale de la Sécurité Extérieure). Wiadomość powtarzały kolejne media, wskazując przy tym na nagłe nasilenie się rosyjskiej akcji propagandowej wymierzonej w jednego człowieka – Emmanuela Macrona. Były minister gospodarki, przemysłu i cyfryzacji, który porzucił Partię Socjalistyczną, niespodziewanie wyrósł na faworyta wyborów prezydenckich. Wcześniej sondaże wskazywały, iż pierwszą ich turę wygra Marine Le Pen, ale w drugiej zdecydowanie przegra z kandydatem umiarkowanej prawicy François Fillonem.
Taki układ dla Kremla był niemal idealny. Tak czy inaczej wygrywał rusofil. Wielka sympatia liderki Frontu Narodowego do Władimira Putina jest powszechnie znana, a wzmacniają ją fundusze i kredyty przekazywane przez rosyjskie banki i firmy na kampanię wyborczą. W zamian Kreml spodziewa się dotrzymania obietnicy szybkiego zniesienia sankcji i rozmontowania od środka Unii Europejskiej. Fillon jedynie podważa sensowność utrzymywania sankcji, lecz nie jest tajemnicą, że od 2008 r. bywał częstym gościem Putina w jego daczy pod Moskwą. W swojej kampanii często też podkreślał konieczność szybkiego zbliżenia Francji z Rosją. Ale dwa tygodnie temu tenże sam tygodnik „Le Canard enchaîné” ujawnił, że Fillon zatrudniał własną żonę jako asystentkę oraz zapewnił jej stałą współpracę z czasopismem wydawanym przez przyjaciela. Dzięki temu pani Penelope Fillon zarobiła 931 tys. euro, de facto nie wykonując żadnej pracy. Niedługo potem okazało się, że kandydat prawicy na prezydenta w identyczny sposób zapewnił dostatnie życie dwojgu swoim dzieciom.
Badania opinii publicznej jednoznacznie wykazały, że ślepa miłość do rodziny François Fillona definitywnie przekreśliła jego szanse w wyścigu do Pałacu Elizejskiego. Najbardziej skorzystał na tym kandydat niezależny, zaledwie czterdziestoletni Emmanuel Macron. Głosi on konieczność wzmocnienia Unii Europejskiej i zacieśnienia współpracy z Niemcami, a konflikt z Rosją zamierza rozwiązać w oparciu o porozumienie mińskie, wynegocjowane przez kanclerz Angelę Merkel. Jak czarnego konia wyborów we Francji postrzega Kreml, najlepiej świadczy wściekła reakcja kluczowych tub propagandowych: telewizji Russia Today i portalu Sputnik. W dosłownie kilka dni nastąpił wysyp zmanipulowanych informacji, mających skompromitować Macrona w oczach wyborców. W pierwszej kolejności eksponowana jest jego kilkuletnia praca dla Banku Rothschildów, co ma dowodzić, iż kandydat jest marionetką w ręku amerykańskich instytucji finansowych. A niechęć Francuzów do wszystkiego, co związane z USA, a zwłaszcza bankierów zza oceanu, jest wręcz przysłowiowa.
Równocześnie rosyjska propaganda wzięła na cel o 20 lat starszą żonę kandydata Brigitte Trogneux, która była nauczycielką Macrona w katolickim liceum. Różnica wieku ma wskazywać na skrywany homoseksualizm młodego polityka oraz jego związki z wpływowym lobby gejowskim. Te insynuacje to dopiero przygrywka. „Mamy ciekawą informację o jednym z kandydatów do prezydentury Francji, Emmanuelu Macronie. Dane pochodzą z prywatnej korespondencji byłej sekretarz stanu USA Hillary Clinton” – ostrzegła 3 lutego francuskojęzyczna strona Sputnika. Powołując się na wywiad, którego Julian Assange udzielił dziennikowi „Izwiestija”. Twórca WikiLeaks twierdzi, iż dysponuje mailową korespondencją między Hillary Clinton a Macronem, która ma kompromitować tego ostatniego. Ujawnienie szczegółów zapowiedział w odpowiednim czasie. Gdy w USA trwała kampania wyborcza, hakerzy, pracujący zdaniem CIA na zlecenie służb specjalnych Rosji, przekazali WikiLeaks informacje, kompromitujące Partię Demokratyczną oraz Hillary Clinton. Wiele wskazuje na to, że we Francji wyścig do prezydentury może przebiegać wedle podobnego schematu. Putin gra w rozgrywkę życia, mając na wyciągnięcie ręki szansę rozbicia Unii Europejskiej, a terenem kluczowej bitwy staje się kraj, gdzie spektakularne sukcesy odnosili jego mistrzowie.
Czerwona republika
„Prawie przez całą »zimną wojnę« rezydentura w Paryżu prowadziła co najmniej pięćdziesięciu agentów, czyli więcej niż jakakolwiek inna placówka KGB w Europie Zachodniej” – Christopher Andrew podsumowuje wnioski płynące z akt sowieckich tajnych służb, wywiezionych na Zachód przez Wasilija Mitrochina. Od początku lat 50. sowiecki wywiad posiadał spore grono agentów zajmujących wysokie stanowiska we francuskich ministerstwach, m.in. MSZ i obrony. Jednak najcenniejszych ulokował w poprzedniczce DGSE, zajmującej się wywiadem i kontrwywiadem SDECE (Service de Documentation Extérieure et de Contre-Espionnage). „W 1954 r. 30 proc. meldunków nadsyłanych przez rezydenturę w Paryżu opartych było na informacjach od agentów uplasowanych we francuskich służbach specjalnych” – podsumowują Christopher Andrew i Wasilij Mitrochin. Łatwość, z jaką ci szpiedzy operowali nad Sekwaną, wynikała w dużej mierze z wielkiej popularności Francuskiej Partii Komunistycznej (FPK), otwarcie wyrażającej uwielbienie dla Józefa Stalina i ZSRR. W owym czasie stała się ona największym z francuskich ugrupowań politycznych i mogła się pochwalić liczbą ponad 200 tys. członków. Zaraz po wojnie w 1945 r. komuniści wygrali pierwsze wybory parlamentarne, zdobywając 26,1 proc. głosów. Formując rząd, gen. Charles de Gaulle musiał zawrzeć z nimi sojusz i przekazać w gestię FPK pięć ministerstw. Zablokował jednak oddanie komunistom resortów: obrony i spraw wewnętrznych oraz ministerstwa spraw zagranicznych. Wiedział, że ich przywódca Maurice Thorez, który długie lata przebywał w Moskwie, posłusznie wykonuje każde polecenie Stalina. Ale podczas okupacji to FPK najzacieklej walczyła z Niemcami, tracąc 75 tys. zabitych.
Taką postawą (notabene wynikającą z rozkazów płynących z Kremla) komuniści pozyskali sobie zaufanie sporej części Francuzów. Wkrótce de Gaulle podał się do dymisji, a nowe wybory w listopadzie 1946 r. wygrała znów FPK, zdobywając aż 29 proc. głosów. Powstał wówczas rząd stworzony przez koalicję socjalistów i komunistów, na czele z przedwojennym weteranem lewicy Léonem Blumem. Wiele wskazywało na to, że partia sponsorowana przez Józefa Stalina wkrótce zdobędzie pełnię władzy we Francji. Co budziło zrozumiały popłoch w Londynie i Waszyngtonie.
Działania dyplomatyczne mocarstw i cichy sojusz stronnictw demokratycznych nad Sekwaną doprowadziły rząd Bluma do upadku. Nowy premier Paul Ramadier usunął z gabinetu wszystkich komunistycznych ministrów oraz urzędników, doprowadzając do całkowitej izolacji FPK na scenie politycznej. Ta w odpowiedzi, na polecenie Moskwy, wznieciła wielki strajk górników. Po wcześniejszej akcji nacjonalizacyjnej, gdy upaństwowiono nawet fabryki koncernu Renault, z rosnącą inflacją i brakami żywności na rynku francuska gospodarka znalazła się na krawędzi całkowitej zapaści. A to groziło wybuchem rewolucji. W ostatniej chwili demokratycznemu rządowi z odsieczą przyszli Amerykanie, oferując plan Marshalla. Po dwóch miesiącach strajku górnicy skapitulowali. Wkrótce też Paryż otrzymał zaproszenie do tworzonego Paktu Północnoatlantyckiego.
„Robotnicy i naród francuski powitają z radością Armię Radziecką, gdyby miała ona wkroczyć na terytorium Francji w pościgu za agresorami” – oświadczył na wieść o tym 22 lutego 1949 r. Maurice Thorez. Kierowana przez niego FPK już całkowicie podporządkowała się woli Kremla, stając się ugrupowaniem działającym w interesie obcego mocarstwa. Mimo to wybory parlamentarne w 1951 r. znów przyniosły komunistom 26,5 proc. głosów. Drudzy gaulliści z RPF otrzymali 22 proc., a socjaliści tylko 14,5 proc. Podobnie jak wcześniej rząd tworzyła koalicja partii demokratycznych, izolująca stronnictwo Stalina. Starano się też blokować komunistom możliwość zatrudniania się w administracji państwowej, policji i armii. To dla sowieckiego wywiadu, poszerzającego we Francji swoje wpływy, nie stanowiło większego problemu.
Ostrzeżenie z Australii
Na lotnisku w Sydney 19 kwietnia 1954 r. kłębił się tłum emigrantów z Europy Wschodniej. Wszyscy przybyli tam po tym, gdy na cichą prośbę premiera rządu Australii Roberta Menziesa prasa opublikowała wiadomość, iż Rosjanie zamierzają siłą wywieźć z kraju pracownicę ich ambasady Jewdokię Pietrow. Jej mąż Władimir oddał się wcześniej pod opiekę rządu Australii, przyznając, że jest sowieckim szpiegiem. „Tłum na własne oczy widzi owego dnia oszołomioną narkotykiem i zalaną łzami panią Pietrow wleczoną po płycie lotniska do samolotu” – opisuje Ed Wright w książce „Największe skandale. Polityka. Finanse. Obyczaje”. W pewnym momencie emigranci, którzy musieli uciekać przed komunistycznym reżymem aż na drugi koniec świata, nie wytrzymali. Kolejne osoby ruszyły odbić kobietę z rąk oprawców. Policja nie interweniowała, powstały chaos potęgowały stada fotoreporterów usiłujących robić zdjęcia. Po krótkim oporze funkcjonariusze KGB skapitulowali i tłum wyniósł Jewdokię Pietrow z lotniska.
Tym sposobem premier Robert Menzies, nie łamiąc protokołu dyplomatycznego, zapewnił australijskiemu wywiadowi bezcenne źródło informacji, i nie tylko jemu. Podczas przesłuchań małżonkowie zeznali, że najlepiej sowieckim agentom wiodło się nad Sekwaną. „Praca szpiega we Francji charakteryzowała się specjalną jakością życia” – zaprotokołował australijski oficer podczas rozmowy z państwem Pietrow. „Kwatera główna KI (Komitet Informacji – ciało nadzorujące sowieckie służby wywiadowcze GRU i MGB – przyp. aut.) dla operacji francuskich była zawalona papierami, które wyglądały jak fotokopie oficjalnych francuskich dokumentów” – opowiadali Pietrowowie.
Informacje te szybko trafiły do CIA. W Waszyngtonie dowiedziano się, że sowieci tak głęboko zinfiltrowali francuskie służby specjalne, iż wszelkie tajne strategie NATO, opracowywane przez kraje członkowskie, były znane na Kremlu. Ten fakt nadal stanowił tylko czubek góry lodowej. Oto za pieniądze przekazane z ZSRR francuski dziennikarz André Ulmann założył w 1946 r. tygodnik „La Tribune des Nations”, specjalizujący się w tematyce międzynarodowej. Szybko stał się on opiniotwórczym medium, prenumerowanym przez francuski MSZ i następnie rozsyłanym do francuskich ambasad na całym świecie. Nikt nie podejrzewał redaktora naczelnego, iż ma drugi etat, opłacany przez Rosjan. „Nie było w nim nic stalinowskiego. Nawet nie wyglądał na komunistę. Był postępowym intelektualistą, ale bez utopijnych lub idealistycznych nonsensów” – wspominał przyjaciel dziennikarza, działacz FPK Pierre Daix. On sam na łamach miesięcznika „Les Lettres Françaises” regularnie pisał teksty gromiące intelektualistów (co ciekawe, głównie trockistów) mających czelność twierdzić, że w ZSRR więzi się ludzi w obozach pracy, gdzie masowo giną z zimna, głodu lub są mordowani. Daix i jemu podobni wspierali sowiecką propagandę z potrzeby serca i zupełnie za darmo, dzięki czemu KGB nie musiało nadwyrężać dewizowego budżetu, bo tylko Ulmann przez 20 lat swojej pracy skasował ponad 3,5 mln franków francuskich. Notabene w ramach redukowania kosztów Kreml wymusił, aby do kolejnych numerów „La Tribune des Nations” dokładał się także wywiad Polski Ludowej.
Podejrzany sojusznik
„W latach pięćdziesiątych Francja była najwydajniejszym źródłem tajnego wywiadu w zakresie polityki mocarstw zachodnich wobec bloku wschodniego” – opowiadał płk Oleg Gordijewski brytyjskiemu historykowi Christopherowi Andrew podczas przygotowywania książki o tym sławnym dezerterze z szeregów KGB. Wspomniany sukces sowiecki wywiad zawdzięczał bardzo przemyślanym działaniom. W 1954 r. świetny kontrakt na import drewna z ZSRR do Francji podpisał bogaty biznesmen François Saar-Demichel. Zanim zajął się interesami, pracował w wywiadzie SDECE, dobrze więc się orientował, jak wygląda profesja szpiega. Mimo to, a może dzięki temu, podczas negocjowania kontraktu w Moskwie dał się łatwo zwerbować KGB. Wkrótce kariera Saar-Demichela nabrała rozpędu. Biznesmen odkrył w sobie wielką sympatię do gaullistów, przekazując na działalność tego ruchu aż 15 mln franków. Hojność i znajomości sprawiły, iż szybko znalazł się w kręgu ludzi otaczających Charles’a de Gaulle’a. Kiedy generał triumfalnie powrócił na scenę polityczną i został prezydentem V Republiki, François Saar-Demichel zaczął często bywać w Pałacu Elizejskim i wyrobił sobie tam markę znakomitego specjalisty od spraw wschodnich, z którego opiniami prezydent bardzo się liczył.
Tymczasem agent KGB regularnie przekonywał de Gaulle’a, że przywódcy ZSRR są bardzo pragmatycznymi ludźmi i znakomitymi partnerami do robienia interesów. „Moi sowieccy rozmówcy nie odwołują się w takim stopniu jak kiedyś do frazeologii marksistowsko-leninowskiej” – opowiadał Saar-Demichel podczas jednej z narad rządowych w Pałacu Elizejskim. „Są gotowi do dialogu i rozróżniają dokładnie, co stanowi oświadczenie propagandowe, a co jest dyskusją opartą na precyzyjnych faktach” – dodawał. W tym czasie pierwszy sekretarz KPZR Nikita Chruszczow marzył o politycznym zbliżeniu z Paryżem, aby wyrwać Francję ze wszelkich struktur Zachodu, a zwłaszcza z NATO. Dlatego bardzo źle przyjął podpisany w styczniu 1963 r. przez de Gaulle’a i kanclerza Republiki Federalnej Niemiec Konrada Adenauera traktat elizejski, zacieśniający współpracę obu państw. Niedługo potem uspokoiła go rozmowa z Saar-Demichelem. Podczas kolejnego pobytu w Moskwie doniósł on pierwszemu sekretarzowi, że prezydent Francji wyznał mu, iż: „Podaliśmy rękę Niemcom, żeby mieć pewność, że nie trzymają w niej noża”.
Zbliżenie francusko-sowieckie pozostawało więc sprawą otwartą. Wprawdzie Chruszczow został wkrótce obalony, ale jego następca Leonid Breżniew mógł się cieszyć z nowej „polityki odprężenia”, zainicjowanej przez de Gaulle’a w relacjach z ZSRR. „Tak rozumiane odprężenie zakładało m.in. odrzucenie polityki bipolarnej, wzniesienie się ponad podziały ideologiczne, wyłączenie problemu niemieckiego z rozgrywek między dwoma supermocarstwami, nieutożsamianie détente z kwestią rozbrojenia, przyjęcie założenia, że bezpieczeństwo wynika z odprężenia” – wyjaśnia Marta Pachocka w monografii „Zagadnienie mocarstwowości Francji w dobie V Republiki”.
Ukoronowaniem odprężenia stał się trwający od 20 czerwca do 1 lipca 1966 r. pobyt prezydenta de Gaulle’a w ZSRR. Francuski przywódca oraz Breżniew podpisali wówczas deklarację określającą ramy przyszłej współpracy. Trzy miesiące wcześniej Francja ogłosiła wycofanie się ze struktur wojskowych NATO i zażądała od Amerykanów szybkiej likwidacji wszystkich baz wojskowych na swym terytorium. Waszyngton nie oponował. Meldunki CIA od dawna ostrzegały, że Francja jest krajem niegodnym zaufania, a jej służby specjalne wprost roją się od komunistycznych szpiegów. Dlatego też starano się za wszelką cenę nie dopuszczać francuskich oficerów i polityków do tajnych informacji związanych z działaniami Paktu Północnoatlantyckiego. Odejście takiego sojusznika z NATO przyjmowano wręcz z ulgą. François Saar-Demichel miał prawo gratulować sobie historycznego sukcesu. Choć po prawdzie nie był jedynym człowiekiem Kremla urabiającym prezydenta Francji. „Gaullizm, tak jak żaden inny ruch polityczny, przyciągał roje przysłanych przez KGB agentów wpływu i nigdy nie udało nam się odciąć ich całkowicie od de Gaulle’a” – zapisał we wspomnieniach koordynator francuskich służb specjalnych w latach 1959–1962 Constantin Melnik.
Paryż pokochał Moskwę
Biografowie Charles’a de Gaulle’a podkreślają, że sowieccy agenci wpływu w jego otoczeniu niespecjalnie musieli się wysilać. Prezydent Francji po to zagwarantował sobie w konstytucji V Republiki tak wielką władzę, by radykalnie zmienić kurs polityczny swego kraju. Chciał mu przywrócić mocarstwową pozycję na miarę tej sprzed II wojny światowej. To wymagało zdystansowania się od Stanów Zjednoczonych i zbliżenia do ZSRR, aby móc balansować między dwoma supermocarstwami, jednocześnie umacniając wpływy Francji w Europie Zachodniej. Temu z kolei służył sojusz z RFN.
Generał de Gaulle okazał się bardzo konsekwentny i paradoksalnie mógł nieustannie liczyć na propagandowe wsparcie tajnych służb Związku Radzieckiego. „W sprawozdaniu (rezydentury KGB we Francji – przyp. aut.) za rok 1961 z dumą informowano, że zainspirowano dwieście trzydzieści artykułów prasowych, jedenaście książek i broszur, trzydzieści dwa pytania i oświadczenia parlamentarne oraz dziewięć wieców” – wylicza się w „Archiwum Mitrochina”. Oprócz tego zwerbowany przez KGB syn bogatego producenta filmowego Pierre-Charles Pathé założył za przekazane z Moskwy pół miliona franków nową agencję prasową Centre d’Information Scientifique, Économique et Politique (Centrum Informacji Naukowej, Gospodarczej i Politycznej). Pozyskanie do współpracy dziedzica fortuny nie okazało się trudne. Analitycy KGB zwrócili na niego uwagę za sprawą monografii „Essai sur le phénomene soviétique”. Pathé ogłosił w niej, że: „Zbrodnie stalinizmu były tylko dziecięcą chorobą. Zwycięstwem Związku Sowieckiego jest właściwa wizja toru historii. Związek Sowiecki to wielkie laboratorium nowych idei najbardziej rozwiniętego społeczeństwa na świecie, które prześcignie gigantyzm Stanów Zjednoczonych”. Dla Kremla pracował niemal za darmo, bo inkasując jedynie 6 tys. franków miesięcznie. Co stanowiło niezbyt wygórowane honorarium, zważywszy, że biuletyn agencji informacyjnej Pathé trafiał do wszystkich mediów i urzędów oraz koncernów we Francji. Dzięki jego wpływowi francuski rząd wyraził zgodę m.in. na to, by Związek Radziecki w 1965 r. nabył technologię kolorowego przekazu obrazu telewizyjnego w systemie SECAM. W końcu Pierre-Charles Pathé wspólnie z François Saar-Demichelem pośredniczyli w przygotowaniach do wizyty prezydenta de Gaulle’a w ZSRR.
Za sprawą wysiłku tych dwóch wpływowych i bogatych biznesmenów następowała stopniowa zmiana stosunku Francuzów do Związku Radzieckiego oraz USA. O ile na początku lat 60. w badaniach opinii publicznej ponad 50 proc. zapytanych deklarowało swoją sympatię do Ameryki, o tyle pod koniec dekady liczba takich osób spadła do 20 proc. Dokładnie odwrotnie zmieniło się postrzeganie ZSRR i sympatia do tego kraju wzrosła z 22 do 35 proc. Swoją owocną pracę Pierre-Charles Pathé zakończył niespodziewanie w lipcu 1979 r. Jako jeden z nielicznych pechowców został rozpracowany przez francuskie służby i aresztowany podczas spotkania ze swoim sowieckim oficerem prowadzącym. Do dziś jest on jedynym agentem wpływu skazanym na odsiadkę przez francuski sąd.
W tym czasie Kreml zorientował się, że z powodu braku zaufania Francja jest odcięta od wiedzy o istotnych kwestiach dotyczących obronności Stanów Zjednoczonych czy NATO. Dużo istotniejszą sprawę stanowiło więc wywieranie wpływu na politykę zagraniczną i wewnętrzną najważniejszego z państw ówczesnej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Świadczy o tym statystyka nagród wypłacanych najcenniejszym agentom. W połowie lat 70. wśród dziesięciu najwyżej nagradzanych znajdowało się aż sześciu dziennikarzy. Szczególny nacisk położono na dziennik „Le Monde”, z którego redakcji zwerbowano dwóch pracowników, a spreparowane wiadomości regularnie podrzucano kilkunastu współpracownikom oraz Agence France Presse (AFP). Za kluczowe informacje do rozpowszechniania KGB uznawała te mogące wzbudzać wrogość do Stanów Zjednoczonych, podsycać konflikty Francji z Wielką Brytanią oraz podważać zaufanie do Niemców.
Taktyki nie zmieniano aż do początku lat 80. Choć sukcesów odnoszono coraz mniej z racji kryzysu, w którym pogrążał się Związek Radziecki. Inwazja na Afganistan oraz wymuszenie wprowadzenia w Polsce stanu wojennego bardzo mocno nadszarpnęło nad Sekwaną wizerunek ZSRR. Jednocześnie zapaść ekonomiczna sprawiała, że w sowieckich tajnych służbach zaczynało spadać morale. Kolejni oficerowie uciekający z Kraju Rad dzielili się wiedzą o tym, jak wygląda praca agentury w państwach demokratycznych. Wiosną 1981 r. podpułkownik KGB Władimir Wietrow, uwielbiający wszystko, co francuskie, zaoferował za pośrednictwem biznesmena często podróżującego między Moskwą a Paryżem swoje usługi DST (Direction de la Surveillance du Territoire). W ręce francuskiego kontrwywiadu trafiły nieocenione diamenty. Podpułkownik Wietrow przekazał ok. 4 tys. dokumentów niemal całkowicie dekonspirujących agenturę wpływu we Francji. Na polecenie prezydenta François Mitterranda wydalono wówczas w trybie natychmiastowym 47 osób pracujących dla KGB. Co sprawiło, że relacje między obu krajami stały się nagle tak złe, jak nigdy wcześniej w XX stuleciu. Wietrowa wydała kochanka, pracująca jako sekretarka w budynku na Łubiance. Za zdradę dostał wyrok śmierci, wykonany w styczniu 1985 r. Brytyjski agent w KGB Oleg Gordijewski twierdził, że podczas procesu Władimir Wietrow miał oświadczyć: „Żałuję tylko jednego, że nie udało mi się wyrządzić większych szkód Związkowi Sowieckiemu i oddać więcej usług Francji”. Co stanowiło prawdziwy ewenement, bo to raczej francuscy obywatele chcieli pracować dla Kremla, szkodząc swojemu państwu. Zaczynający wówczas swą karierę młody funkcjonariusz KGB Władimir Putin stał się świadkiem postępującego upadku macierzystej instytucji. Ale jako prezydent Rosji udowodnił, iż wszystko da się odbudować w oparciu o sprawdzone wzorce. Nawet wpływy we Francji.
Za pieniądze przekazane z ZSRR dziennikarz André Ulmann założył w 1946 r. tygodnik „La Tribune des Nations”, specjalizujący się w tematyce międzynarodowej. Szybko stał się on opiniotwórczym medium, prenumerowanym przez francuski MSZ i następnie rozsyłanym do francuskich ambasad na całym świecie