Dawno w publicznej agendzie nie pojawił się równie sensowny i potrzebny pomysł jak ten wysunięty przez ministra pracy Radosława Mleczkę – o konieczności trwałego uelastycznienia czasu pracy. Składam więc dłonie do oklasków (kiedy trzeba, nawet złośliwi dziennikarze nie obawiają się chwalić rządu), i tylko gdzieś w tyle głowy niczym piłeczka ping pongowa obija się pytanie: dlaczego tak późno?
Nasz kodeks pracy, twór wywodzący się z czasów PRL-owskiego uprzemysłowienia i wszechogarniającej zmianowości, już od wielu lat jest martwym bytem. Sprawdzał się, kiedy jego głównym zadaniem było organizowanie pracy w wielkich kombinatach, gdzie stado kadrowych skrupulatnie obliczało przed- i nadgodziny. Kiedy nie liczył się wynik finansowy, a praca (mówiąc precyzyjniej zatrudnienie) należała się każdemu niczym psu micha.
Dziś, w epoce małych firm, w erze bardziej usługowej niż przemysłowej, jego skostniałe przepisy są dla przedsiębiorstw niczym betonowe kalosze wkładane na nogi skazańca tuż przed kąpielą w stawie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.