Na ironię zakrawa to, że kryzys bankowy – mowa o tym, co dzieje się w Ameryce czy Europie Zachodniej – szykuje się nam w okresie, gdy warunki działania dla instytucji kredytowych są wręcz wyśmienite.
Banki centralne na wyścigi podnoszą stopy procentowe. Dla banków komercyjnych to korzystne, bo coraz więcej zarabiają na odsetkach, a różnica pomiędzy oprocentowaniem kredytów i depozytów – mówiąc w dużym uproszczeniu – jest dla większości tego typu instytucji głównym źródłem dochodów. Równocześnie właściwie na całym świecie nie ma problemu bezrobocia. To oznacza, że ryzyko niespłacania kredytów jest stosunkowo niewielkie. Dużo mówi się o spowolnieniu, jeśli nie wręcz o recesji, a tymczasem na jakości portfela kredytowego wcale się to nie odbija.
Mamy jednak do czynienia nie tyle z kryzysem kondycji finansowej banków, ile z kryzysem zaufania. Zaczął się on od tego, co zaufanie miało podnieść: od konsekwencji obowiązku rynkowej wyceny aktywów. Pokaźnym składnikiem aktywów instytucji finansowych są obligacje rządowe. Podwyżki stóp i wzrost inflacji sprawiły, że wycena tego typu papierów poszła gwałtownie w dół. I pojawiły się straty. Na razie papierowe, ale teraz – w myśl regulacji, które mają podnieść zaufanie – banki muszą informować nawet o tych niezrealizowanych stratach. A im są one większe, tym mniejsze zaufanie do banków.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.