Mimo sprzeciwu USA Izrael rozpoczął ofensywę w Rafah, choć na razie jest ona ograniczona i oficjalnie nazywana „precyzyjną operacją antyterrorystyczną”.

– Hamas zaakceptował porozumienie, Izrael je odrzucił, a lądowa ofensywa na Rafah się rozpoczęła – tak podsumował wydarzenia ostatnich godzin szef unijnej dyplomacji Josep Borrell. Rzeczywiście rozmowy ostatniej szansy w Kairze, w których uczestniczyli Amerykanie, Egipcjanie, Katarczycy oraz Hamas, zakończyły się bez konkluzji, a delegacja organizacji terrorystycznej opuściła miasto nad Nilem. Obie strony wzajemnie oskarżają się teraz o brak dobrej woli w negocjacjach. Mimo nacisków Amerykanów oraz Europejczyków Izrael wykluczył jakiekolwiek zawieszenie broni. Nie dojdzie więc do opisywanego przez media wstępnego wielofazowego porozumienia, forsowanego przez USA i przewidującego uwalnianie zakładników.

W Rafah mają się znajdować cztery bataliony Hamasu, którego całkowite militarne pokonanie wydaje się głównym celem premiera Binjamina Netanjahu, wielokrotnie zapowiadającego inwazję na miasto położone na południu Strefy Gazy, gdzie jest stłoczonych ok. 1,5 mln Palestyńczyków. Wojsko izraelskie po kilku godzinach walk przejęło kontrolę nad przejściem granicznym z Egiptem, przy okolicznych budynkach rozlokowano czołgi. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że zablokowany jest transport pomocy humanitarnej. W odpowiedzi na ruch Izraela wojsko Egiptu podniosło stan swojej gotowości na Synaju, a szef MSZ Jordanii Ayman Safadi uznał, że Netanjahu powinien ponieść konsekwencje. To o tyle znamienne, że w trakcie dronowo-rakietowego uderzenia Iranu na Izrael jordańskie wojsko strącało pociski i bezzałogowce lecące w kierunku państwa żydowskiego.

Operacja w Rafah wydaje się na ten moment punktowa, ale armia Izraela zapewne powoli będzie poszerzać swoje zdobycze terytorialne. Siły Obronne Izraela (IDF) przekazały DGP, że ich działania to „precyzyjna operacja antyterrorystyczna”. Sugerując przy tym, że ofensywa zostanie przeprowadzona w bardziej ukierunkowany i ograniczony sposób niż poprzednie etapy trwającej od października wojny. Przedstawiciele biura prasowego armii potwierdzili także naszej gazecie przejęcie kontroli nad palestyńską stroną przejścia granicznego ze Strefą Gazy. – Nasze dane wywiadowcze wskazują, że było ono wykorzystywane do celów terrorystycznych – słyszymy.

W poniedziałek wieczorem w całym Izraelu wybuchły spontaniczne protesty przeciwko inwazji na Rafah. „«Bibi» porzucił zakładników” – krzyczeli przed rezydencją Netanjahu zgromadzeni Izraelczycy. Elan Siegel, córka jednego z porwanych przez Hamas obywateli państwa żydowskiego, przekonywała, że jej ojciec „słyszy hałas i energię z tuneli w Gazie”.

Bliscy zakładników stoją na stanowisku, że kontynuacja wojny zaprzepaści szanse na ich uwolnienie. Zdecydowanymi zwolennikami inwazji są za to kluczowi koalicjanci Netanjahu, jak minister bezpieczeństwa narodowego oraz lider skrajnie prawicowej partii Żydowska Siła Itamar Ben-Gewir.

Należący do opozycji szef partii Niebiesko-Biali Beni Ganc, który po 7 października wszedł w skład rządu jedności narodowej, przekonywał wczoraj, że Izrael „nigdy nie zaprzestanie wysiłków na rzecz odzyskania zakładników”. Choć Ganc dotychczas pozostawał krytyczny wobec działań premiera, poparł jego decyzję o wejściu do Rafah i uważa, że propozycja zawieszenia broni, na którą zgodził się Hamas, „jest niezgodna z całokształtem rozmów Izraela z mediatorami i zawiera znaczące luki względem żądań Tel Awiwu”. Zdaniem politologa Oriego Goldberga zarówno atak, jak i wsparcie centroprawicowej opozycji wynikają bowiem z potrzeb wewnętrznych. – Cała operacja jest prowadzona ze względu na żydowskich Izraelczyków, którzy popierają wojnę. Władze chcą pokazać, że dotrzymały słowa. Chcą zachować twarz – tłumaczy.

Decyzja o wejściu do Rafah jest sporym rozczarowaniem dla Białego Domu, który od miesięcy ostrzegał przez takim krokiem. Amerykanie jako jeden z warunków swojej ewentualnej zgody podawali przedstawienie przez Izrael rzetelnych planów ewakuacji cywilów, ale – jak twierdzą – niczego takiego nie otrzymali. – W przypadku braku takiego planu nie możemy wspierać dużej operacji wojskowej w Rafah, ponieważ spowodowane przez nią szkody przekraczałyby dopuszczalne – mówił sekretarz stanu Antony Blinken.

Zatrzymać Netanjahu nie udało się też poniedziałkowym telefonem do niego od Joego Bidena. W trakcie rozmowy prezydent USA miał ponowić zdecydowany sprzeciw swego kraju wobec ataku na Rafah.

Za sposób prowadzenia wojny Izrael zbiera coraz mocniejszą międzynarodową krytykę. Eksperci Organizacji Narodów Zjednoczonych wydali w poniedziałek wspólne oświadczenie, w którym potępili „systemową przemoc wobec Palestyńczyków w Gazie, głównie wobec kobiet i dzieci”. W dokumencie, którego współautorem jest siedmiu działaczy na rzecz praw człowieka, przekazano, że w masowych grobach w pobliżu zdobytych przez izraelskie wojsko szpitali Al Shifa oraz Nasser odkryto niedawno 390 ciał, w tym kobiet i dzieci. – Jesteśmy przerażeni szczegółami dotyczącymi masowych grobów odkopanych w Strefie Gazy. Wiele z ciał nosi ślady tortur i zbiorowych egzekucji, potencjalnie dochodziło w niektórych przypadkach do pochówku żywcem – czytamy w oświadczeniu.

Czarne chmury nad Izraelem zbierają się także w Europie. Belgijski premier Alexander De Croo chce, by Unia Europejska nałożyła sankcje w postaci zakazu sprzedaży na terenie Wspólnoty oleju z oliwek oraz wina produkowanych na terytoriach okupowanych. W Brukseli w sprawie toczą się dyskusje. Pomysłowi mają się sprzeciwiać Niemcy, Austria oraz Izrael. Za jest m.in. Hiszpania. Próby ograniczenia handlu ze strony UE mogłyby być dla Izraela bolesne, Unia jest bowiem największym partnerem handlowym państwa żydowskiego, odpowiada za ponad jedną czwartą wymiany. ©℗