Amerykanie nigdy nie byli tak podzieleni, niektórzy mówią o początku wojny domowej. I zapowiadają wyjście na ulice, jeśli nie wygra Donald Trump
Reklama
Zwolennicy Donalda Trumpa jeszcze przed zamknięciem lokali wyborczych przekonywali, że nie uznają przegranej swojego kandydata. W ekstremalnych przypadkach grozili marszem na Kapitol, co skrupulatnie odnotowywały liberalne media. Niepewność, ukradzione wybory, kolejna wojna rewolucyjna – to określenia, które wprost padały z ust zwolenników kandydata republikanów.

Reklama
– System jest tak skonstruowany, żeby promować kandydata establishmentu. Hillary Clinton ma tyle na sumieniu, że powinna siedzieć w więzieniu, a nie w Białym Domu – mówi nam Harold Bruce, emerytowany prawnik z Brooklynu. Wiele osób czuje podobnie. Kiedy tylko opuści się przedmieścia Filadelfii, która jest bastionem demokratów, w niemal każdym przydrożnym domu obok plakatów z napisem „Trump-Pence 2016” i tych popierających ubiegającego się o reelekcję republikańskiego senatora Pata Toomeya stoją transparenty z napisem „Hillary for jail 2016” – Hillary do pudła.
Z przeprowadzonego w zeszłym tygodniu na zlecenie „USA Today” sondażu wynika, że dwie trzecie wyborców kandydata republikanów wierzy, że wybory zostaną sfałszowane. To samo nieraz mówił sam Trump. Absurd tej deklaracji sprowadza się do tego, że w kluczowych dla wyniku stanach, czyli w Ohio, Iowa, na Florydzie i w Północnej Karolinie, gubernatorami i stanowymi sekretarzami stanu są republikanie, a to oni pilnują przebiegu głosowania. Wygląda na to, jakby Donald grał do własnej bramki.
– Czeka nas wojna domowa. Ludzie są wściekli. A kolejki na wiece Trumpa ustawiają się od świtu. Sondaże są zmanipulowane. Takich tłumów to ja w swoim przydługim życiu nie widziałam – mówi nam Irma LaBella, pielęgniarka ze szpitala na Queensie. Problem w tym, że Irma widziała te tłumy w telewizji, bo w Nowym Jorku kampanii w ogóle nie ma. A wyciąganie wniosków z entuzjazmu na wiecach może być mylące.
W 1972 r. w czasie amerykańskiej interwencji w Wietnamie antywojenny kandydat lewicy George McGovern był pewien zwycięstwa, bo jego zwolennicy nie mieścili się na placach i stadionach. Przegrał w 49 z 50 stanów.
– Tak się zaczął upadek Rzymu. Jeśli ta złodziejka zostanie prezydentem, to wybuchnie rewolucja. Jeśli zajdzie potrzeba, to użyjemy siły – stwierdza Ezra Adams, pastor lokalnego zboru zielonoświątkowców ze Staten Island, jedynej republikańskiej dzielnicy Nowego Jorku.
W 1964 r., w czasie innej przesyconej teoriami spiskowymi kampanii, historyk Richard Hofstadter opublikował należący dziś do politologicznej klasyki esej pt. „Paranoiczny styl uprawiania polityki w Ameryce”. Analizował w nim, jak na co dzień całkiem zdrowi na umyśle ludzie zaczynają wskutek populistycznych haseł osuwać się w szaleństwo. Napisał między innymi, że ludzie zaczynają wierzyć w to, że jest jakiś tajemniczy „system”, który dąży do ich oszukania. Wierzą też we wzajemnie wykluczające się teorie. A Trump z lubością te instynkty karmi. Na jednym z wieców przekonywał, że Hillary Clinton spiskuje z międzynarodową finansjerą, by skolonizować Amerykę i wydrenować z ludzi resztki ich energii. Trzeba tu przypomnieć, że w trakcie kampanii dwa razy dał do zrozumienia, że jeżeli zajdzie taka potrzeba, to Amerykanie powinni skorzystać z drugiej poprawki do konstytucji, czyli tej gwarantującej prawo do posiadania broni. Między wierszami zasugerował, że można strzelać do Hillary Clinton.
Kandydat republikanów nieraz mówił też, że może po prostu nie uznać wyniku wyborów. Taka deklaracja w znanym nam dotąd dyskursie publicznym się nie mieści. Amerykanie są niezwykle przywiązani do procedur, szczególnie w tak ważkich sprawach jak werdykty demokracji. Panuje tu uświęcony konwenans. Niepisana reguła, której do tej pory nikt nie zdecydował się złamać. Gdy tylko potwierdzone zostaną oficjalne wyniki, przegrany dzwoni do zwycięzcy z gratulacjami, a potem występuje przed kamerami i wygłasza tzw. concession speech, czyli mowę przegranego. Zawierać musi ona wolę zasypywania podziałów i wspólnej pracy dla dobra kraju. Nieważne, czy jest szczera, czy nie: gratulacje dla zwycięzcy i deklaracja współpracy po prostu muszą w niej paść.
Tym razem możemy oczekiwać złamania tej długiej jak amerykańska demokracja tradycji. Trump doskonale zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek jego kariery politycznej. Zamęt i niepewność są jej nieodłącznym elementem. Im więcej spiskowych teorii, tym lepiej.
„New York Times” przebadał postawy zwolenników Trumpa z wczesnego okresu kampanii wyborczej (nominacji partyjnej) i dziś. Jak pisze gazeta, wyraźnie widać radykalizację postaw i skłonność do podejmowania ryzykownych działań. Wariant, w którym przegrywa, był postrzegany jako ten, po którym musi dojść do ogólnokrajowych zamieszek i jeszcze większego pogłębienia podziałów.
– Obawiam się, że państwo stoczy się w kierunku zamieszek – przekonywał w rozmowie z „New York Timesem” Roger Pillath. – Nigdy nie byliśmy tak podzieleni. Clinton mówi, że razem jesteśmy silniejsi. Problem w tym, że nie ma żadnego razem – dodawał. Reporterzy gazety analizowali postawy wyborców Trumpa w Kolorado, na Florydzie, w Północnej Karolinie, Ohio, Pensylwanii i Wisconsin. Wszędzie panowało mniej lub bardziej wyraźnie deklarowane przekonanie, że sondaże są niemiarodajne. Że istnieje ukryta większość, która musi dać zwycięstwo kandydatowi republikanów.
Wśród wyborców Trumpa widać radykalizację postaw