Jeśli odrzucić emocje i erystykę, Rosja, sprzeciwiając się rozmieszczaniu w naszym regionie sił NATO, stawia jeden kontrargument. Umowę z 1997 r., która miała Kremlowi gwarantować, że kraje dawnego bloku wschodniego pozostaną członkami NATO drugiej kategorii. Rosyjskie tezy przypominają skargi zdemaskowanego oszusta, że ofiara poczęstowała go grubszym słowem. Kwestia proporcji.
Cofnijmy się do 1997 r. Rosją rządzi Borys Jelcyn, postrzegany jako prozachodni budowniczy demokracji. Prezydenci USA i Rosji mówią o sobie „my friend Boris” i „moj drug Biłł”. O wejściu Rosji do Sojuszu nikt poważny nie myśli, ale o wrogości też nie ma mowy. Wojna natowsko-serbska, która te nastroje zepsuła, dopiero tli się na horyzoncie. Rosyjskie „niet” dotyczy w zasadzie tylko jednej kwestii. Poszerzenia NATO na wschód.
Aby dać Jelcynowi alibi w relacjach z betonową opozycją i przełamać opory niektórych państw Sojuszu, do podpisanego na szczycie w Paryżu Aktu stanowiącego o podstawach wzajemnych stosunków, współpracy i bezpieczeństwa między NATO i Rosją wprowadza się kilka zapisów. Choćby taki: „NATO potwierdza, że w obecnych i przewidywalnych warunkach bezpieczeństwa Sojusz będzie realizować obronę zbiorową i inne zadania przez zapewnienie koniecznych interoperacyjności, integracji i potencjału wzmocnienia, a nie przez dodatkowe stałe rozmieszczenie znaczących sił bojowych”. Właśnie te słowa rodzą argument, że Polska i inne państwa regionu nie mogą zostać objęte pełnowartościowym parasolem ochronnym.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.