W żadnym innym państwie europejskim system polityczny nie jest tak stabilny jak na Wyspach
Reklama
Pragmatyzm i głęboko zakorzeniona niechęć do radykalnych zmian – te cechy brytyjskiego usposobienia mogą przesądzić o głosowaniu za pozostaniem w Unii Europejskiej. Z tego właśnie powodu, zdaniem socjologów i badaczy opinii publicznej, większość niezdecydowanych – nawet jeśli uważa Unię za twór niedoskonały – ostatecznie wybierze status quo.
Potwierdzeniem tej tezy są zeszłoroczne wybory parlamentarne, w których wbrew sondażom Partia Konserwatywna wygrała na tyle przekonująco, że może rządzić samodzielnie. Wiele niezdecydowanych osób, choć narzekało na oszczędności wprowadzane przez rząd Davida Camerona, a gdy przyszło co do czego, to jednak na niego głosowało. Albo referendum niepodległościowe w Szkocji w 2014 r., gdzie również przewaga przeciwników secesji okazała się wyższa, niż wskazywały sondaże. Niezdecydowani w większości uznali, że „na wszelki wypadek” lepiej nic nie zmieniać.
Stwierdzenie, że Brytyjczycy nie są rewolucjonistami, jest trochę banalne, ale taka jest prawda. Od czasu Chwalebnej Rewolucji 1688 r. – nazywanej także bezkrwawą i właściwie niebędącej prawdziwą rewolucją – w efekcie której ograniczona została rola monarchy, a prymat w stanowieniu prawa uzyskał parlament, angielski, a potem brytyjski ustrój polityczny w swej istocie się nie zmienił. W żadnym innym znaczącym państwie europejskim nie ma tak długiej ciągłości systemu politycznego. Owszem, system dostosowywał się do nowych czasów, ale zawsze była to powolna ewolucja i nikt nie próbował go zmieniać siłą. Nawet jedyne w historii zabójstwo brytyjskiego premiera, którego ofiarą padł w 1812 r. Spencer Perceval, nie było żadną próbą przewrotu, lecz prywatną zemstą rozgoryczonego, bezskutecznie domagającego się odszkodowania od rządu kupca. Na dodatek Zjednoczone Królestwo nie ma jednolitej spisanej konstytucji, lecz jej rolę odgrywa kilka różnych dokumentów. Stabilny jest też system partyjny – po raz ostatni do poważnego przetasowania w nim doszło na początku lat 20. XX w., gdy Partia Pracy zastąpiła Partię Liberalną w roli głównego rywala konserwatystów. W Wielkiej Brytanii – w odróżnieniu od kontynentalnej Europy – nigdy ani komunizm, ani faszyzm nie wyszły poza margines polityczny, choć w latach 20. i 30. warunki społeczne ku temu były. Przetaczająca się przez zachodnią Europę rewolta roku 1968 na drugą stronę kanału La Manche praktycznie nie dotarła. Inaczej niż w Niemczech czy we Włoszech, w Wielkiej Brytanii nie było ani lewackich, ani prawicowych bojówek terrorystycznych (z wyjątkiem Irlandii Północnej, ale tam konflikt miał inne podłoże). Nawet w ostatnich latach, gdy rząd Davida Camerona wprowadzał w życie najostrzejszy od kilku dekad program oszczędnościowy, protesty społeczne miały znacznie spokojniejszy przebieg niż na południu Europy i nie wytworzył się z nich żaden nowy ruch polityczny.
Brytyjczycy nie są rewolucjonistami, bo rewolucje są niepraktyczne i sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Po co zmieniać coś, co dobrze działa? Patrząc z zewnątrz, można oczywiście mówić, że w dzisiejszym świecie monarchia jest anachronizmem, szczególnie że królowa żadnej realnej władzy nie ma, że niewybieralną Izbę Lordów też należałoby zastąpić czymś bardziej demokratycznym, że wszystkie te ceremonie jak otwarcie przez królową sesji parlamentu, gdzie przedstawia plany rządu na nadchodzący rok, są niepotrzebne i niepraktyczne, że utrzymanie monarchii kosztuje itd. Niemniej głosy wzywające do zniesienia monarchii są kompletnie odosobnione. Patrząc czysto pragmatycznie – to się nie opłaca. Utrzymanie dworu królewskiego kosztuje każdego Brytyjczyka niespełna funt rocznie, tymczasem generowane przychody (turystyka, bilety wstępu, sprzedaż pamiątek) znacznie przekraczają te 60 mln funtów. Republika, szczególnie z prezydentem ograniczonym do funkcji reprezentacyjnych, tego nie zapewni. Nikt przecież nie jeździ specjalnie po to, by zobaczyć siedzibę prezydenta Niemiec. Ponadto szacunek dla tradycji i ciągłości państwa jest swego rodzaju formą wyrażania patriotyzmu. Brytyjczycy z natury nie robią tego w tak ostentacyjny sposób jak np. Amerykanie.
Biorąc pod uwagę cały ten wrodzony brytyjski konserwatyzm i pragmatyzm, wychodzenie z Unii Europejskiej wygląda na rewolucję i zaprzeczenie zdrowemu rozsądkowi. Trzeba pamiętać, że ponad połowa brytyjskiej populacji urodziła się po 1973 r., po tym jak Wielka Brytania weszła do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Czyli dla nich kraj od zawsze był członkiem EWG/UE. Brexit siłą rzeczy oznacza zmianę wręcz rewolucyjną, a na dodatek zdecydowana większość analiz ekonomicznych wskazuje, że na wyjściu z Unii Brytyjczycy stracą gospodarczo. Rzecz w tym, że 40 lat członkostwa to niewiele jak na brytyjską historię, a Unia nigdy nie była postrzegana przez Brytyjczyków jako instytucja kierująca się zdrowym rozsądkiem – wystarczy przypomnieć, z jaką lubością brytyjska prasa wyszukuje wszelkie absurdy proponowane przez Brukselę. Brytyjska niechęć do zmian i pragmatyzm mogą wskazywać, żeby w Unii zostać, ale w wyjściu z instytucji, która nie kieruje się zdrowym rozsądkiem, też jest pewna logika.

Pobierz raport Forsal.pl: Brexit vs Twoja firma. Stracisz czy zyskasz >>>