Materiałów kompromitujących swoich przeciwników szukali w Kijowie wszyscy. Nie chodziło wyłącznie o Huntera Bidena.
Reklama
W transkrypcie rozmowy Donalda Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim z 25 lipca ten pierwszy porusza temat byłego głównego śledczego. – Mieliście prokuratora, który był bardzo dobry i został zwolniony, i to jest naprawdę niesprawiedliwe. Wielu ludzi tu mówi o sposobie, w jakim zwolniono waszego bardzo dobrego prokuratora z udziałem paru bardzo złych ludzi – mówił Trump i dodawał, że „Biden zatrzymał śledztwo”.
Nie jest jasne, którego prokuratora generalnego miał na myśli prezydent. Po 2016 r. Kijów odwołał dwóch będących obiektem zainteresowania USA: Wiktora Szokina i Jurija Łucenkę. Żaden z nich nie miał sukcesów w walce z korupcją. Według sygnalisty cytowanego przez „New York Times” Trumpowi chodziło o Łucenkę. Ale gdy w 2016 r. pod naciskiem USA został odwołany Szokin, wolę administracji Baracka Obamy przekazywał wiceprezydent Joe Biden. Sam opowiadał o tym w 2018 r. w Council on Foreign Relations.
– Usłyszałem obietnicę od [ówczesnego prezydenta Petra] Poroszenki i [premiera Arsenija] Jaceniuka, że podejmą kroki co do prokuratora generalnego. Nie zrobili tego. Powiedziałem, że nie dostaną tego miliarda. Stwierdziłem: wyjeżdżam [z Kijowa] za sześć godzin i jeśli wasz prokurator generalny nie zostanie zwolniony, nie dostaniecie pieniędzy. Sukinsyn został zwolniony. Na jego miejsce dali kogoś, kto wtedy wyglądał na solidnego – mówił.
Szokin w zgodnej opinii obserwatorów rzeczywiście był odpowiedzialny za torpedowanie głośnych śledztw w sprawie korupcji czy przestępstw popełnionych podczas rewolucji lat 2013–2014 przez ekipę ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza. Jednym ze śledztw, które formalnie wszczęto, ale niespecjalnie się do nich przykładano, było to dotyczące firmy Burisma Holding.

Reklama
Konflikt interesów Mykoły Złoczewskiego, który kontrolował Burismę, był oczywisty: jako szef resortu ekologii z czasów Janukowycza miał wpływ na wydawanie pozwoleń na wydobycie gazu. Wiele zdobyły spółki z nim związane. W radzie nadzorczej Burismy zasiadał syn Bidena Hunter (i np. Aleksander Kwaśniewski), ale wszedł do niej dopiero w 2014 r., gdy Złoczewski nie miał już przełożenia na ukraińskie władze. Syn amerykańskiego polityka dostawał za to 50 tys. dol. miesięcznie.
Śledztwa rozpoczęto od razu po zwycięstwie rewolucji w 2014 r., a w 2015 r. wysłano za Złoczewskim międzynarodowy list gończy. Ale jeszcze za czasów Szokina prokuratura przekazała część śledztw Narodowemu Biuru Antykorupcyjnemu (NABU), które je umorzyło. Reszta, dotycząca niepłacenia podatków, pozostała w prokuraturze i skończyła się, gdy Burisma rozliczyła się z zobowiązań wobec fiskusa.
W 2016 r., już po zastąpieniu Szokina Łucenką, wycofano list gończy za Złoczewskim. Przykładem gry zgodnej z oczekiwaniami demokratów było ujawnienie w 2016 r., gdy w USA trwała kampania wyborcza, tzw. czarnej księgowości Partii Regionów Janukowycza. Dokumenty mówiły o 750 tys. dol., które kilka lat wcześniej miał otrzymać od regionałów Paul Manafort za usługi w zakresie PR. Potwierdził to szef NABU Artem Sytnyk. W chwili ujawnienia materiałów Manafort szefował sztabowi Trumpa. W grudniu 2018 r. sąd uznał, że Sytnyk złamał prawo, ujawniając tajemnicę śledztwa. W 2019 r. Manafort został skazany w sumie na 7,5 roku m.in. za ukrycie ukraińskich dochodów przed fiskusem.
Od początku 2019 r., gdy sondaże stopniowo pozbawiały złudzeń co do szans Poroszenki na reelekcję, Łucenko zaczął się starać o poparcie w Białym Domu, które mogłoby mu zapewnić utrzymanie stanowiska po zwycięstwie Zełenskiego w wyborach. Świadczy o tym kilka wypowiedzi i decyzji prokuratora. Choćby ta, w której oskarżył ambasador USA Marie Yovanovitch o przekazanie Kijowowi listy ukraińskich urzędników, których prokuratura nie powinna niepokoić.
Ludzie Trumpa twierdzą, że Yovanovitch była zaangażowana w szukanie haków na Manaforta na zlecenie Hillary Clinton, rywalki republikanina w wyborach. To o tej ambasador prezydent mówił Zełenskiemu jako o „kobiecie, która była złą wiadomością”. Uderzenie w Yovanovitch było po myśli obecnej administracji w USA, bo wspierało kontrtezę do oskarżeń demokratów o korzystanie z poparcia Rosji w wyborach. Oto demokraci również mieli korzystać ze wsparcia spoza USA.
Później Łucenko wycofał się ze swoich słów, mówiąc „The Babel”, że sam w emocjach żądał od Yovanovitch listy nietykalnych, gdy kobieta naciskała, by nie wszczynał śledztwa wobec jednego z prokuratorów. W rozmowie z Bloombergiem przyznał, że Bidenowie nie byli objęci śledztwami i nie ma żadnych dowodów, by robili coś złego. Ale też zaoferował przekazanie Amerykanom danych dotyczących zarobków Huntera Bidena, by można było je porównać z jego deklaracją podatkową, i przesłał notatkę na temat Burismy i wizyt Bidena w Kijowie.
Łucenko nie uratował stanowiska. Wyrzucenie go 29 sierpnia było jedną z pierwszych decyzji Rady Najwyższej nowej kadencji. Ekonomista Anders Åslund, znawca Ukrainy, napisał, że wcześniejsze rewelacje Łucenki, które nazwał „dziwnymi kłamstwami o Bidenie i Yovanovitch”, „zostały zasiane przez Giulianiego”. Rudy Giuliani to były burmistrz Nowego Jorku, prawnik Trumpa, który wielokrotnie spotykał się z Łucenką i ludźmi z otoczenia Zełenskiego.
Do takich spotkań dochodziło w Kijowie, Madrycie, Nowym Jorku, Warszawie i Waszyngtonie. Giuliani miał być przekaźnikiem oczekiwań Białego Domu w sprawie wznowienia śledztw i znalezienia haków na Bidena. Jak pisał „NYT”, poza tym w rozmowach miały się też pojawić spiskowe wątki, jakoby część kompromitujących e-maili Hillary Clinton miała się znajdować na którymś z ukraińskich serwerów. Biały Dom w pośrednictwie wykorzystał też Lva Parnasa i Igora Frumana, biznesmenów o rosyjsko-ukraińskich korzeniach, zwolenników Trumpa.
Jak mówił „Ukrajinśkiej Prawdzie” Ihor Kołomojski, Parnas i Fruman za jego pośrednictwem próbowali dotrzeć do Zełenskiego. Prezydent to wieloletni wspólnik Kołomojskiego, a sam oligarcha ma znaczny wpływ na decyzje podejmowane w Kijowie. Kołomojski mówił, że „jakoby dogadywali się oni z Łucenką, co będzie ze sprawą karną, Burismą, Bidenem, ingerencją w amerykańskie wybory itd.”. Oligarcha dodawał, że odmówił pomocy, i nazwał swoich gości „klaunami” i „aferzystami”. W odpowiedzi prawniczka Parnasa i Frumana oskarżyła Kołomojskiego, że ten miał grozić jej klientom śmiercią.