- Rosjanie zrobili przynajmniej dwie rzeczy, by ułatwić Donaldowi Trumpowi zwycięstwo. Stworzyli farmę profesjonalnych trolli i włamali się do skrzynek e-mailowych kierownictwa sztabu Hillary Clinton - mówi Dante J. Scala dla DGP.
Reklama
fot. mat. prasoweDante J. Scala, profesor nauk politycznych z Uniwersytetu New Hampshire / DGP
Poznaliśmy streszczenie raportu ze śledztwa specjalnego prokuratora Roberta Muellera, który miał zbadać, czy sztab Donalda Trumpa współpracował przed wyborami z Kremlem i czy wobec tego nie doszło do zdrady stanu oraz czy nie nadużył władzy, zwalniając szefa FBI Jamesa Comeya. Media powtarzają, że z ujawnionego szkicu wynika, iż prezydent jest niewinny. Co to znaczy?
To jest trochę bardziej skomplikowane. Mueller działał w pewnym wertykalnym porządku służbowym, w jakim nadzorował go zastępca prokuratora generalnego Rod Rosenstein oraz, chociaż dopiero od nieco ponad miesiąca, nowo zaprzysiężony prokurator generalny William Barr. Ten ostatni uznał, że kampania Trumpa nie współpracowała z ludźmi Putina. I że po zaprzysiężeniu 45. prezydenta nie doszło do nadużycia władzy i obstrukcji sprawiedliwości przy zwalnianiu szefa FBI. Tymczasem raport jest ostrożniejszy, bo nie wyklucza, że do tego ostatniego doszło, tylko Mueller nie zebrał dostatecznej liczby dowodów. Odzywa się tu stara zasada: komu się winy nie udowodni, ten jest niewinny.
Czy to w takim razie koniec kłopotów Trumpa?
Nie. Jest jeszcze wiele spraw, które mogą prezydentowi sprawić kłopot.
Jakich spraw?
Jeśli się potwierdzi, że Stormy Daniels (red. – aktorka filmów porno, z którą Trump miał mieć romans) dostała za milczenie pieniądze z konta kampanii wyborczej, to doszło do złamania ustawy o finansowaniu kandydatów. To może być pretekst i do procesu karnego, i impeachmentu. Druga sprawa to śledztwo w sprawie tego, skąd pochodziły środki Komitetu Inauguracyjnego, czyli funduszu na przygotowanie ceremonii zaprzysiężenia oraz przeprowadzenie operacji przejęcia władzy przez nową administrację. Finansowanie go z zagranicy jest nielegalne, a parę tropów wskazuje na bliskich Kremlowi oligarchów. Trump ma też problem w rodzinnym Nowym Jorku, bo prokuratura bada, czy nie doszło do nieprawidłowości w prowadzeniu jego fundacji. Chodzi o odpowiedź na pytanie, czy z pomocą Deutsche Banku nie prano pieniędzy.
Swoje trzy grosze chce też dorzucić zdominowana przez demokratów Izba Reprezentantów.
Tak. Sześć komisji powolutku przygotowuje się do śledztw dotyczących różnych obszarów działalności prezydenta i jego świty. A Kongres ma prawo prowadzić własne śledztwa i wzywać świadków na przesłuchanie. Demokratów interesuje parę kwestii, które na różnych odcinkach wiążą się z poprzednimi sprawami, ale także z dochodzeniem Muellera. Kongresmeni bardzo by chcieli zobaczyć zeznania podatkowe prezydenta, których ten nikomu nie chce pokazać. A mają ustawowe prawo do tego, by ich zażądać. Kolejny temat to przyznanie Jaredowi Kushnerowi (red. – zięciowi prezydenta, który jest na etacie doradcy w Białym Domu) certyfikatu bezpieczeństwa pomimo obiekcji służb w tej sprawie. Chodzi m.in. o jego podejrzane kontakty i interesy z saudyjską rodziną królewską. Na celowniku jest też wspomniana sprawa Deutsche Banku. Kongresmeni mogą też wezwać samego Roberta Muellera i jego najbliższych współpracowników, żeby zadać im pytanie typu: „Czy znalazł pan dowody na to, że prezydent nadużył władzy?”. Chodzić im będzie o bardziej konkluzywne wnioski niż te, jakie znalazły się w raporcie. I to jest tak naprawdę początek drugiego aktu spektaklu pt. „Raport komisji Muellera”.
Czy w takim razie temat impeachmentu jest zamknięty?
Nie. A przynajmniej na razie nie. Przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi powiedziała, że procedura zostanie uruchomiona dopiero wówczas, kiedy będzie ona miała wyraźne poparcie obydwu partii. Trzeba przypomnieć, że Izba działa tu jako kolektywny prokurator, który stawia prezydenta w stan oskarżenia, a proces odbywa się przed Senatem. W nim większość mają republikanie. Kalkulacja Pelosi, że to się politycznie nie opłaca, jest słuszna. Po raporcie Muellera nie znajdzie się wielu członków Kongresu z partii prezydenta, którzy poparliby impeachment.
Wróćmy do sprawy Russiagate i mieszania się Władimira Putina w wewnętrzne sprawy Ameryki. Raport Muellera jednoznacznie stwierdza, że Kreml mieszał przy wyborach.
Tak, to prawda. Rosjanie zrobili przynajmniej dwie rzeczy, żeby ułatwić Donaldowi Trumpowi zwycięstwo. Po pierwsze, stworzyli farmę profesjonalnych trolli, którą nazwali Internet Research Agency (red. – Agencja Badania Internetu) i która zajmowała się masowym wrzucaniem protrumpowskich komentarzy w mediach społecznościowych. Po drugie, dokonali ataku hakerskiego na skrzynki e-mailowe kierownictwa sztabu Hillary Clinton i potem ujawnili poufną korespondencję, żeby zaszkodzić kandydatce demokratów. Obie rzeczy są w Stanach Zjednoczonych przestępstwem i części sprawców postawiono już zarzuty. Mówimy jednak o obywatelach rosyjskich, zatem szansa na to, że staną przed sądem, jest w zasadzie zerowa.
Stara zasada mówi: komu się winy nie udowodni, ten jest niewinny