Tu nikt nie podstawi talerza z kanapkami pod nos. Trzeba je zrobić samemu. Podobnie jak pranie czy sprzątanie. Czasem trzeba też porozmawiać o trudnych sprawach, jak relacje damsko-męskie albo śmierć. Mieszkania treningowe i chronione to szansa dla osób niepełnosprawnych na samodzielne życie.
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Kiedy pierwszy raz odwiedziłam to miejsce, pomyślałam sobie, że nas tu wykończą po kilku dniach. Nasi sąsiedzi nie stronią od narkotyków i alkoholu. Bałam się, że nie zaakceptują pewnego rodzaju odmienności – mówi Danuta Kaczmarek, trener wspierający.
Był rok 2010. Lokal przy ulicy Oszmiańskiej na warszawskiej Pradze za chwilę miał się stać pierwszym w stolicy treningowym mieszkaniem dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Przez dwa lata stał pusty. – Nikt na niego nie miał pomysłu. Dopiero koordynator projektu pani Zofia Pągowska pomyślała, że można wykorzystać ten lokal w projekcie treningowym, w którym osoby niepełnosprawne uczą się samodzielności, na jakiś czas wyprowadzają się z domu i żyją swoim życiem – wyjaśnia Kaczmarek.
Reklama

Baliśmy się grup mieszanych

Mieszkanie było w stanie surowym. Warszawskie Koło Polskiego Stowarzyszenia na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną otrzymało od miasta pieniądze na jego wykończenie. – Od czasu do czasu musimy coś wyremontować i staramy się o fundusze, gdzie tylko się da. Rodzice też bardzo aktywnie włączyli się w ten projekt. W tym roku zakwalifikowano nas do „Szlachetnej Paczki”. Dostaliśmy nowe naczynia, kołdry, laptop, a nawet ekspres do kawy – mówi Kaczmarek.

Reklama
Obawy o reakcje sąsiadów okazały się zbędne. – Działamy tu już osiem lat i wszyscy są dla nas bardzo życzliwi. Nawet najgorszy lokalny awanturnik niczego złego nam nie powiedział. Sąsiedzi pytają, co słychać albo czy pomóc wnieść siatki z zakupami – mówi Kaczmarek.
Rocznie przez mieszkanie treningowe przewijają się 24 osoby. W każdym dwumiesięcznym turnusie biorą udział cztery osoby – dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Kaczmarek przyznaje, że szczegóły programu dopracowywali w praktyce, metodą prób i błędów. Początkowo w jednym turnusie uczestniczyły osoby z tej samej placówki, teraz bardzo często każda jest z innej.
– Baliśmy się grup mieszanych, wydawało się nam, że z samymi kobietami lub mężczyznami będzie łatwiej. Potem doszliśmy do wniosku, że w grupie męsko-damskiej wszyscy bardziej się starają. Można też w oczywisty sposób nawiązać do spraw związanych z seksualnością, bo ta sfera w życiu osób niepełnosprawnych jest ważna i nie możemy bać się o niej rozmawiać – wyjaśnia Kaczmarek.
Jak wygląda życie na Oszmiańskiej? – Jak w normalnej rodzinie. Trzeba wstać, umyć się, przygotować śniadanie i kanapki, które zabiorę do ośrodka – mówi Joanna z zespołem Downa. Jej rodzice zmarli, teraz mieszka z siostrą. Na co dzień czas spędza w warsztatach terapii zajęciowej lub ośrodkach dziennego pobytu dla osób niepełnosprawnych. – Umiem prać, tylko trzeba mi pokazać, jak obsługiwać pralkę, bo każdy model jest inny – odpowiada Joanna, gdy pytam ją o to, czego nauczyła się podczas turnusu. To jedna z domowych czynności, których uczą się wszyscy uczestnicy. Poza tym sprzątają, chodzą na zakupy, gotują obiady. W soboty i niedziele, gdy nie trzeba biec na zajęcia do placówek, mogą pospać dłużej. Chodzą też na wycieczki, do kina, do teatru, a gdy jest ciepło, także na imprezy plenerowe czy dłuższe wypady za miasto. – Wczoraj byliśmy w Ikei. Wyszliśmy o godz. 11, a wróciliśmy o 21 – mówi Monika, która cierpi na porażenie mózgowe. Razem z nimi w turnusie bierze udział dwóch mężczyzn – Bartek i Łukasz.
Cisza nocna teoretycznie obowiązuje od godz. 22. – Różnie to jednak bywa. Jedni szykują się do spania wolniej, inni szybciej. Zazwyczaj wieczorami wszyscy mają tysiące problemów do omówienia – śmieje się Kaczmarek. Oprócz niej niepełnosprawnymi w mieszkaniu opiekują się dwie inne osoby. Pracują na zmiany raz lub dwa w tygodniu oraz w sobotę albo niedzielę. Na pytanie, dlaczego się tym zajęła, odpowiada, że po prostu lubi tę pracę. Sama ma niepełnosprawną córkę. – Moja Sylwia nigdy nie będzie uczestniczką tego projektu, bo potrzebuje stałej opieki. Ale w ten sposób pomagam innym, lepiej funkcjonującym niepełnosprawnym, żeby stawali się samodzielni – tłumaczy.

Nikt mnie nie zabił, nie zgubiłam się

Z czym jest największy problem? Mieszkańcy zgodnie odpowiadają, że z rodzicami. Kaczmarek zwraca uwagę, że przecięcie pępowiny bywa bardzo trudne. – Mamy zasadę, że rodzice podczas tych dwóch miesięcy nas nie odwiedzają. Z wizytami mogą wpadać tylko przyjaciele czy znajomi z ośrodka. Rodzicom pozwalamy dzwonić, co czasami wykorzystują nadmiarowo – żartuje Kaczmarek. Zasypują wtedy dzieci nie tylko pytaniami, co robią i jak się czują, ale zdarza im się dopytywać, czy na pewno się ciepło ubierają i czy nie chodzą głodne. – Zapominają, że my nad wszystkim czuwamy, a mieszkanie treningowe to nie jest obóz przetrwania – mówi. Przyznaje, że czasem niektóre osoby nie wytrzymują tak długiej rozłąki z rodzicami i skracają swój pobyt na Oszmiańskiej. Są to jednak sporadyczne przypadki. – Początkowo turnusy trwały miesiąc, ale uczestnicy chcieli, żeby trwały dłużej. Narzekali, że dopiero zdążyli się zaaklimatyzować i już muszą odchodzić. Mieliśmy to samo odczucie i teraz są z nami przez dwa miesiące – mówi Kaczmarek.
Od kilku miesięcy podejmowane są starania, aby w mieszkaniu pojawiały się głównie osoby nowe, które jeszcze nie przechodziły treningu. Przede wszystkim chodzi o tych, którzy mają szansę, by się usamodzielnić. Chętnych nie brakuje. Co sprawia największą trudność po zakończeniu turnusu? – Zapewne powrót do domu, do naturalnego środowiska – odpowiada. Rodzice są zaskoczeni samodzielnością swoich dorosłych często dzieci, ale nadal próbują je wyręczać w różnych domowych czynnościach. – Tłumaczą, że zrobią to szybciej i lepiej. Trudno im przezwyciężyć dawne nawyki – dodaje.

Niedługo będziesz jadła za mnie z talerza

Wie o tym dobrze pani Hania, mama Łukasza. – Mój syn nie mógł się doczekać tego turnusu. Ciągle dopytywał, kiedy wreszcie się zacznie, kiedy pojedzie – mówi. Wyznaje, że było jej trochę przykro, że jej syn tak bardzo chce „uciec” z domu. Zwłaszcza że na Oszmiańskiej ma o wiele więcej obowiązków. – Wyręczam go, bo tak jest mi wygodniej, nie dlatego, że Łukasz czegoś nie potrafi zrobić. Ostatnio mój syn częściej stawia na swoim. Ostatnio powiedział mi: „Niedługo będziesz jadła za mnie z talerza”. Te słowa bardzo mnie poruszyły – mówi pani Hania.
Łapie się na tym, że gdy Łukasza nie ma w domu, siedzi i czeka telefon od niego. – Mój partner Mirek mówi mi wtedy, że skoro tak przeżywam, to może powinnam do niego pojechać. Wiem jednak, że nie mogę. Łukasz tam jest dla swojego dobra, gdybym go wcześniej zabrała, to by pomyślał, że to kara za coś. Muszę mu pomóc w wypracowaniu samodzielności. Kiedy mnie zabraknie, nie może przecież chodzić brudny i głodny. Musi nauczyć się o siebie dbać – wyjaśnia.
Kaczmarek śmieje się, że jej podopieczni często nie mają czasu na długie rozmowy z rodzicami. – Są tak zajęci życiem w mieszkaniu treningowym, że kompletnie zapominają o tym, że powinni zadzwonić do domu. Zdarza się często, że sami ustalają sobie terminy turnusów, zapisują się, a rodzice dowiadują się o tym na końcu. To też oznaka samodzielności – tłumaczy.
O skuteczności mieszkań treningowych jest przekonany dr Paweł Kubicki, socjolog z SGH, który specjalizuje się w badaniach dotyczących osób niepełnosprawnych. – Nie tylko mieszkania treningowe, lecz także chronione, czyli takie, gdzie osoby ze znacznym lub umiarkowanym stopniem niepełnosprawności mogą zostać na czas nieokreślony, mają ogromny sens: zarówno społeczny, jak i kosztowy. Dzięki nim niepełnosprawni mogą prowadzić godne i niezależne życie – tłumaczy. Jak mówi, życie osoby niepełnosprawnej toczy się zazwyczaj według dwóch scenariuszy. – Na ogół rodzice sprawują opiekę nad niepełnosprawnym dorosłym dzieckiem tak długo, jak się da, ponieważ by otrzymać dla niego miejsce w DPS, muszą wykazać w ośrodku pomocy społecznej, że już sobie nie radzą. Do DPS trafiają też osoby niepełnosprawne, które nie mają już rodziców. Obecnie nie ma praktycznie żadnej alternatywy w publicznym systemie opieki, a prywatny – także ze względu na rosnącą długość życia osób niepełnosprawnych – jest zbyt kosztowny. Chodzi przecież o osoby na rentach socjalnych. Bardzo wysokie są też koszty publicznych DPS-ów. Tymczasem z badań wynika, że pobyt takiej osoby w mieszkaniu chronionym jest niższy niż w takim miejscu. Wynika to z tego, że zwykłe domowe czynności wykonywane są przez mieszkańców, a nie kucharzy, sprzątaczki czy innego typu personel – wyjaśnia dr Agnieszka Dudzińska, socjolożka, była przewodnicząca warszawskiej Komisji Dialogu Społecznego ds. Mieszkań Chronionych i Komisji Dialogu Społecznego ds. Niepełnosprawności.
Tych, którzy przeszli trening i zaczynają samodzielnie funkcjonować, jest coraz więcej. – Był u nas chłopak, którego mama chciała po swojej śmierci umieścić w domu pomocy społecznej. Panie, które się nim opiekowały, postanowiły jednak, że zostanie u siebie. Był dwukrotnie na treningu i dziś mieszka sam, a opiekunowie pomagają mu w robieniu zakupów, płaceniu rachunków czy w drobnych pracach domowych – mówi Kaczmarek.

Sprzątanie w parach

Cztery osoby, które przeszły trening na ul. Oszmiańskiej, trafiły na ulicę Hożą, gdzie mieści się jedyne działające w Warszawie mieszkanie wspomagane stałego pobytu. Lokatorów jest siedmioro, dwoje z nich to sieroty; Bartek przeniósł się na Hożą tuż po śmierci rodziców, a Maryna – z domu opieki społecznej. – To nie było miejsce dla niej. Maryna świetnie funkcjonuje na bardziej zaawansowanym poziomie samodzielności – mówi Paweł Kosim, trener wspomagający mieszkańców z Hożej. Wspomina, że w domu opieki Maryna i jej współlokatorka non stop siedziały w pokoju i słuchały radia. Posiłki dostawały prosto do łóżka na plastikowym talerzyku. Gdy Maryna do nas przyjechała, była otyła, poruszała się z trudnością. Wymagała rehabilitacji. Zaczynaliśmy spacery od kilku okrążeń wokół domu, bo na więcej nie miała siły. Dziś chętnie chodzi piechotą na Starówkę – opowiada Kosim.
Mieszkanie na Hożej działa od maja 2013 r. Jego obecni lokatorzy – Maryna, Ania, Bartek, Marek, Piotr oraz dwóch Andrzejów – sami przygotowują sobie jedzenie i dzielą się obowiązkami domowymi. – Ustalamy jadłospis na cały tydzień, a ja uwielbiam prasować – mówi Marek. Sprzątanie zazwyczaj wypada w czwartki. Każdy dba o swój pokój. Wspólnie zajmują się tzw. różowym pokojem – miejscem spotkań z rehabilitantami, trenerami, psychologami i gośćmi – oraz łazienką i kuchnią. – Sprzątamy w parach. Czasem pomaga nam pan Paweł, pani Kasia albo Klaudia, czyli nasi opiekunowie – wyjaśnia Andrzej.
Podobnie jak w mieszkaniu treningowym, tak i tu plan dnia dostosowany jest do zajęć, w których codziennie uczestniczą domownicy. Wszyscy uczęszczają do czterech różnych środowiskowych domów samopomocy; Piotr i Maryna – na ul. Wilczej, Bartek z Andrzejem – na Grochowskiej, drugi Andrzej z Markiem – na Górskiej, a Ania jako jedyna sama jeździ codziennie na Rydygiera. – Pobudka jest o godzinie 6, w sobotę i w niedzielę śpimy do 9. Wstajemy, myjemy się, ubieramy i robimy śniadanie i kanapki, które zabieramy ze sobą. Po zajęciach zjeżdżamy do domu z powrotem. Pijemy kawę, herbatę, trochę odpoczywamy i albo zakupy robimy, albo omawiamy ważne sprawy, albo gdzieś wychodzimy – wymienia kolejne punkty planu dnia Bartek. Te „ważne sprawy” czasem związane są ze sprzeczkami między domownikami. – Tak to bywa nawet w najlepszej rodzinie – tłumaczy Kosim. Dodaje, że wszystkie codzienne czynności mieszkańców to trening. Poza dbaniem o higienę osobistą czy dom, wszyscy trenują poruszanie się po mieście, korzystanie z bankomatu, a nawet oszczędzanie. – Środki finansowe na jedzenie czy utrzymanie mamy zapewnione, ale każdy z mieszkańców ma też swoje pieniądze, które pochodzą m.in. z renty. Nimi także trzeba nauczyć się gospodarować, żeby starczyły na kino, fryzjera i drobne sprawunki – wyjaśnia Kosim.

Szczyt NATO i rozładowany telefon

Każdy mieszkaniec z domu do ośrodka i z powrotem dojeżdża sam. Początki nie należały do najłatwiejszych i zdarzały się chwile mrożące krew w żyłach. – Jeden z Andrzejów jest poszukiwaczem wrażeń i lubi od czasu do czasu pójść nową drogą. Niby się gubi, ale zawsze wraca do domu. Kiedy w Warszawie odbywał się szczyt NATO, trasy autobusów zostały zmienione, wszędzie było pełno ograniczeń, barierek, zgubił nam się Bartek. Jak na złość, rozładował mu się telefon. Na szczęście szybko go namierzyliśmy. Wpadł na pomysł, żeby zostać na przystanku i się z niego nie ruszać – wspomina Kosim.
Bartek przyznaje, że na próżno zwracał się o pomoc do kilkunastu osób. – Podchodził do ludzi, mówił, że jest osobą niepełnosprawną intelektualnie i prosił, żeby ktoś porozmawiał przez telefon z jego opiekunką. Niestety nikt nie chciał. To było bardzo przykre – opowiada Kosim. Dodaje, że gdy ktoś poznaje jego podopiecznych bliżej, jest im przychylny. – Tak reagują nasi sąsiedzi i pracownicy pobliskiego sklepu. Kiedy ktoś szedł na zakupy, od progu wszyscy się z nim serdecznie witali i mu pomagali. Zdarzało się, że dostawaliśmy ser spod lady, bo lepszy, świeższy. Byliśmy pewni, że nikt naszych podopiecznych nie oszuka – wyjaśnia Kosim.
Kilka lat pod jednym dachem sprawia, że wszyscy czują się jak rodzina. Gdy odwiedzają ich rodzice, częstują ich herbatą i nie czekają na pomoc. Organizują też świąteczne spotkania. – Staramy się trochę utrudniać im codzienne życie. Zamieniliśmy kuchenkę gazową na indukcyjną, czajnik elektryczny na zwykły, którego trzeba przypilnować, żeby się nie spalił. Powoli przechodzą kolejne stopnie wtajemniczenia – tłumaczy Kosim. Jak reagują rodzice na samodzielność swoich dzieci? – Na początku byli bardzo przejęci, dzwonili kilka razy dziennie. Bali się m.in., że ich pociechy pogubią się w mieście. Okazało się jednak, że strach był niepotrzebny. Ich mamy, bo to one najwięcej spędzały czasu z dziećmi, zaczynają doceniać wolny czas, mogą iść do kina, na kawę ze znajomymi – uważa Kosim.
Podkreśla, że wspólne mieszkanie nie zawsze jest sielanką. Zdarzają się konflikty i trudne sprawy do rozwiązania, ale nie ma tragedii. – Grupa jest kameralna, zaledwie siedem osób, a nie 20, jak to bywa w ośrodkach. Każdego dobrze znamy, z miny potrafimy wyczytać, że coś się z nim dzieje, jest zdenerwowany lub ma gorszy dzień. Zawsze jest czas na rozmowę – wyjaśnia Kosim.

Nieustające szkolenie

Zgodnie ze sprawozdaniami MRPiPS w 2016 r. były 2774 osoby korzystające z mieszkań chronionych, jednak liczba zawiera w sobie m.in. osoby opuszczające pieczę zastępczą oraz seniorów, a zatem faktycznie liczba osób z niepełnosprawnościami korzystających z mieszkań chronionych jest znacznie niższa, najpewniej bliższa tysiąca, wliczając w to też osoby z zaburzeniami psychicznymi. – Niestety Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nie zbiera danych o tym, ile osób z niepełnosprawnościami korzysta z mieszkań chronionych. Moglibyśmy wziąć przykład np. z Irlandii, która na bieżąco zbiera szczegółowe dane o osobach korzystających z mieszkań wspomaganych (odpowiednik naszych mieszkań chronionych) w poszczególnych hrabstwach i publikuje je co miesiąc – mówi Adam Zawisny, wiceprezes Stowarzyszenia Instytut Niezależnego Życia. Tłumaczy, że rocznie mamy ponad 87 tys. osób korzystających z DPS-ów, a zatem ponad trzydziestokrotnie więcej niż osób korzystających z mieszkań chronionych. Łączne wydatki budżetu państwa oraz budżetów samorządów na domy pomocy społecznej wynoszą rocznie ponad 4 mld zł, a do tego dochodzą jeszcze pieniądze za pobyt od mieszkańców i rodzin. Dzieląc to na liczbę miejsc w DPS-ach, wychodzi miesięcznie ponad 4,4 tys. zł na osobę. W mieszkaniach chronionych koszty pobytu są zazwyczaj znacząco niższe. Dla przykładu miesięczny koszt pobytu osoby z zaburzeniami psychicznymi w mieszkaniu chronionym w Łodzi wynosi poniżej 1,5 tys. zł.
Mieszkań chronionych dla wszystkich grup w 2016 r. było 703, liczbę mieszkań chronionych dla osób z niepełnosprawnościami (włączając w to osoby z zaburzeniami psychicznymi) można więc potencjalnie szacować między 150 a 250.
Trenerzy zgodnie twierdzą, że to wciąż za mało. Mieszkań wspomaganych nie ma zaś praktycznie wcale. W kilku miejscach są prowadzone w ramach projektów finansowanych doraźnie ze środków konkursowych, zarówno samorządowych, jak i PFRON. – Projekty mają krótki cykl i finanse się kończą. Często dostaje się środki w kolejnym konkursie, ale zawsze jest niepewność i lęk. Trudno więc traktować takie mieszkania jako realne usamodzielnienie – mówi dr Dudzińska. Mieszkańcy zawsze muszą się liczyć z powrotem do domu lub umieszczeniem w DPS. Dlatego wszystkie mieszkania mają charakter tymczasowy.
– Zajęcia, które tu prowadzimy, traktowane są jak nieustające szkolenie. To problem niedopasowania systemu do aktualnych potrzeb. Trochę wyprzedzamy system, ale jak na razie zarówno pod względem formalnym, jak i finansowym nie ma innej opcji – mówi Kosim.
Jak stwierdza dr Dudzińska, ustawa o pomocy społecznej gwarantuje co prawda osobie niesamodzielnej, pozbawionej opieki rodzinnej, dach nad głową w postaci domu pomocy społecznej, ale rozwiązanie to ma dość archaiczny charakter. – Cały czas mamy do czynienia z dużymi, średnio 100-osobowymi instytucjami o charakterze totalnym – osoba jest „zaopiekowana” pod każdym względem, nawet jeśli stać ją na znacznie większą autonomię.
Co prawda przewidziano też w ustawie możliwość tworzenia mieszkań chronionych obu typów (treningowych i stałych), a także rodzinnych domów pomocy, ale mieszkanie w takich małych formach nie ma charakteru podmiotowego uprawnienia. Osoby niepełnosprawne nie mogą też sobie wybrać mieszkania czy domu o charakterze rodzinnym zamiast DPS-u, gdyż tylko opieka instytucjonalna ma stabilne, gwarantowane finansowanie – wyjaśnia.
Dodaje, że mieszkania są finansowane z projektów, niektóre przez wiele lat, nie zawsze jako projekty mieszkaniowe, ale też pod płaszczykiem realizacji innych zadań. – Większość samorządów w ogóle nie organizuje konkursów na mieszkania stałego pobytu. Dotyczy to np. Warszawy, która, w dodatku borykając się od lat z brakiem miejsc w samorządowych DPS-ach, kieruje potrzebujących opieki mieszkańców Warszawy do domów pomocy w innych powiatach w całej Polsce, zamiast zainwestować w domy czy mieszkania w środowisku lokalnym. Ostatnio w związku z wyborami otwartość jest większa. Realizowane są pierwsze postulaty organizacji pozarządowych dotyczące utworzenia małych domów w dzielnicach. Bez nich środki zainwestowane w trening kilkuset osób w ośmiu mieszkaniach dla osób niepełnosprawnych w Warszawie są zmarnowane. Dopóki to się nie zmieni, nie będziemy mogli mówić o możliwości decydowania przez osoby niepełnosprawne o miejscu zamieszkania czy o wyborze, z kim i jak chce mieszkać – wyjaśnia.
Dlaczego mieszkań jest wciąż tak mało, skoro gołym okiem widać, że płyną z nich same korzyści – dla niepełnosprawnych, ich rodzin i całego społeczeństwa. – Polityka mieszkaniowa w naszym kraju skrzeczy, więc dlaczego w tym aspekcie miałoby być dobrze? – pyta dr Paweł Kubicki. Podkreśla, że drugie dno problemu to renta socjalna. Nie ma takiej możliwości, by niepełnosprawny mógł się za te pieniądze samodzielnie utrzymać. – Wiele osób mogłoby mieszkać niemal zupełnie samodzielnie, w formie indywidualnej, a nie w gospodarstwie grupowym. Mogliby też wtedy łatwiej znaleźć pracę – uważa.
Zwracali na to uwagę protestujący niedawno w Sejmie. Doktor Kubicki dodaje, że gdyby pojawiły się odpowiednie rozwiązania systemowe i świadczenia, okazałoby się, że to skuteczna i wbrew pozorom mało kosztowna forma pomocy.
– Przyzwyczailiśmy się też do obecnego systemu opieki, który opiera się na dwóch filarach. Jeden to rodzina, drugi – placówki segregacyjne, czyli domy opieki, potoczne zwane „przytułkami”. Mieszkania wspomagane z tej tradycji się wyłamują. Niedawno byłem na konferencji o rynku pracy. Jeden z prelegentów mówił o niedużej miejscowości, w której powstał żłobek. Okazało się, że rodzice nie chcieli tam umieszczać dzieci, nawet wtedy gdy mąż pracował za granicą, a żona zostawała sama. Trzeba było zmienić utarte przyzwyczajenia. W przypadku rodziców osób niepełnosprawnych jest podobnie. Boją się m.in. opinii sąsiadów, dalszej rodziny. Myślą: „Nie poświęcam się dziecku, nie chcę się nim opiekować, gdzieś je oddaję, czyli jestem zły” – mówi dr Kubicki. Podkreśla, że trudno walczyć z przekonaniami, ale im więcej będzie mieszkań treningowych, tym będzie łatwiej. Zwraca uwagę, że do tej sprawy należy podejść kompleksowo – od strony wizerunkowej, prawnej i finansowej. – Niestety, kolejne rządy potrafią tylko gasić pożary, nie patrzą na to perspektywicznie – stwierdza.
Dlatego stowarzyszenia i fundacje same szukają rozwiązań. Powstaje np. sieć wolontariuszy pomagających niepełnosprawnym po treningu, którzy nie mają szansy na pokój w mieszkaniu chronionym. – Po śmierci rodziców niepełnosprawni nie są zdani tylko na siebie. Mają do kogo zadzwonić i porosić o pomoc, gdy np. cieknie kran, trzeba iść do banku albo zamówić wizytę u lekarza – wyjaśnia Kaczmarek.
Przyznaje, że podczas treningów nie ucieka się od trudnych tematów, takich jak śmierć. – Rodzice nie przygotowują dzieci na to, że kiedyś odejdą. Odkładają smutną rozmowę na później. Aż kończy się im czas. Ich dziecko zostaje samo, zdezorientowane i bezradne. Wyjaśniamy więc naszym podopiecznym, jakie są etapy życia – dodaje Kaczmarek.
Z kolei Kosim dodaje, że rodzice lokatorów mieszkań chronionych mają kojącą pewność, że ich dziecko będzie wiedziało, jak radzić sobie w codzienności. – Nie przewidzą trzęsienia ziemi ani tego, czy mieszkanie przy Hożej wciąż będzie funkcjonowało. Widzą jednak, że ich dziecko zawalczy o swój los – mówi.
Plan na najbliższy czas na Hożej jest taki, by zameldować tam siedmioro lokatorów. Teraz jest to niemożliwe, ponieważ mieszkanie ma status lokalu użytkowego. – Będą mieć swoje miejsce na ziemi, stały adres. Będą u siebie – podkreśla Kosim.
Przyzwyczailiśmy się do obecnego systemu opieki, który opiera się na dwóch filarach. Jeden to rodzina, drugi – placówki segregacyjne, czyli domy opieki, potocznie zwane przytułkami. Mieszkania wspomagane z tej tradycji się wyłamują