Jeszcze jedna ważna informacja. Jutro kurtki zakładamy na drugą stronę – tak aby ukryć gwiazdę Dawida. Chłopcy, jeżeli macie jarmułki, proszę, schowajcie je pod czapkami. Idziemy zwartą grupą i trzymamy się ochrony. Pamiętajcie, zachowajcie czujność – zakładamy, że otoczenie może być jutro wrogie. Jutro bowiem będziemy szli przez Warszawę.
Te szokujące słowa przedstawiciela organizatorów zamknęły nasze spotkanie z uczestnikami Marszu żywych. My – wspólna grupa polskich Żydów i działaczy Klubu Inteligencji Katolickiej – kolejny raz spotkaliśmy się z młodymi Żydami z całego świata. Po to, żeby tłumaczyć, że Polska to nie jest jeden wielki cmentarz. Że Zagłada przyszła z zewnątrz i zakończyła 700 lat naszej wspólnej, często niełatwej historii. Żeby mówić im, że dopiero teraz zaczynamy rozumieć, jak bardzo brakuje nam naszych braci – Polaków narodowości żydowskiej.
To nie były łatwe rozmowy. My mieliśmy dwadzieścia parę lat. Oni siedemnaście, czasem osiemnaście. Przez tydzień jeździli po Polsce, widząc tylko miejsca zagłady. W czasie najgorszej pory roku, pełnej nagich drzew i wczesnowiosennej pluchy, dziurawych dróg i klimatu biednych lat 90. Okropny tydzień, po którym następowało 7 dni w Izraelu, w którym wczesna wiosna jest piękna, a otoczenie przyjazne. Dla nastolatków z całego świata trudno było o bardziej czytelny sygnał, że wato zdecydować się na aliyeh, czyli osiedlenie się w Izraelu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.