Korea Północna to karzeł dyplomatyczny, ale gigant militarny. Pjongjang trzyma pod bronią 1,2 mln żołnierzy. To nie jest Syria, Afganistan czy Irak, tylko realna siła.
Najpierw udane próby Korei Północnej z rakietami międzykontynentalnymi. Potem odpowiedź prezydenta USA Donalda Trumpa, że Północ czekają „ogień i furia”. W odwecie groźba zaatakowania amerykańskiej bazy na wyspie Guam. Niepierwsza to słowna potyczka obu państw. Czym różni się obecny kryzys od poprzednich?
Wywiady japoński i amerykański, o czym informowała prasa za oceanem, uważają, że Północ jest już w stanie zminiaturyzować ładunek jądrowy. Zatem jeśli to prawda, to jest to przełom, bo Pjongjang ma już nie tylko rakiety balistyczne dalekiego zasięgu, lecz także może umieścić w nich głowice jądrowe.
Czy prawdą jest, że Północ pracuje nad programem atomowym od lat 50.?
Zaczęli jeszcze wcześniej. Pierwsi koreańscy technicy wyjechali do Związku Sowieckiego już w 1946 r., dwa lata przed powstaniem państwa północnokoreańskiego. Teraz Pjongjang ma rakiety średniego i dalekiego zasięgu oraz możliwość wystrzelenia ich nie tylko z lądu, lecz także z łodzi podwodnych oraz miejsc na lądzie niezlokalizowanych dotąd przez analityków z Tokio, Seulu i Waszyngtonu. Ameryka uświadomiła sobie w końcu, że to nie są przelewki. Jeszcze parę lat temu koreańskie rakiety zagrażały sojusznikom USA w Azji oraz bazom amerykańskim na Pacyfiku. Dziś program atomowy Północy zagraża kontynentalnym Stanom Zjednoczonym. Kropkę nad „i” Koreańczycy postawili w lipcu tego roku, kiedy przeprowadzili dwie udane próby rakiet dalekiego zasięgu. Granica została przekroczona.