Internet pozwala na natychmiastowe upokorzenie kogoś, kogo nie lubimy, nawet jeśli go nie znamy. Ale publiczne zawstydzanie ludzi ma znacznie dłuższą tradycję.
Jon Ronson, „Wstydź się!”, przeł. Katarzyna Dudzik, Insignis 201 / Dziennik Gazeta Prawna
Angielski filozof Jeremy Bentham pod koniec XVIII wieku w dziele o cudownie rozwlekłym tytule „Panoptikon albo Dom Nadzoru opisujący ideę nowych zasad budowy wszelkich zakładów, w których wszelkiego rodzaju osoby winny się znajdować pod nadzorem, w szczególności więzień, ale też aresztów, fabryk, warsztatów, przytułków, lazaretów, manufaktur, szpitali, domów wariatów i szkół” zaproponował projekt uniwersalnej instytucji totalnej. Miała charakteryzować się tym, że nadzorca może w jej obrębie prowadzić ciągłą inwigilację osadzonych (więźniów, uczniów, pacjentów), samemu nie będąc widzianym. Pomysł Benthama bazował na skądinąd słusznym przekonaniu, że człowiek, który nie jest w stanie ustalić, czy ktoś go aktualnie obserwuje, ale wie, że może być obserwowany, będzie ściślej przestrzegał reguł zachowania – czyli podda się niewidzialnej władzy w obliczu jej gigantycznej przewagi informacyjnej.
Reklama
Więzienia według ekscentrycznego projektu Benthama nigdy nie zbudowano. Okazało się zresztą, że znacznie skuteczniej jest po prostu umożliwić samym więźniom, by wzajemnie się pilnowali (to metoda wypróbowana przez wiele reżimów totalitarnych). W końcu nikt nie urządzi ci takiego piekła jak koledzy spod celi. Benthamowski panoptikon stał się jednak używaną w filozofii i socjologii metaforą permanentnej inwigilacji praktykowanej przez nowoczesne społeczeństwa ogarnięte obsesją kontroli i dyscyplinowania ludzi, którzy z różnych powodów nie mieszczą się w założonych ramach.

Reklama
Ta metafora budzi natychmiast – również dzięki dorobkowi dystopijnej popkultury – skojarzenia z Wielkim Bratem, opresyjnym, demonicznym państwem i maoistowskimi mundurkami. Tego rodzaju skojarzenia w XX wieku miały liczne uzasadnienia. Ale w wieku XXI mieć przestały, ponieważ wynaleźliśmy internet.
Etatystyczne skojarzenia przestały mieć sens nie dlatego, że internet jest zjawiskiem głęboko demokratycznym i wolnościowym (bo nie jest). Po prostu państwa nie są już głównym rozgrywającym w tej grze. Dalszy ciąg owej dość banalnej konstatacji brzmi tak: korporacje obsługujące rynek mediów społecznościowych doprowadziły do zmiany sposobu, w jaki funkcjonujemy w świecie. W jakiejś mierze staliśmy się dla wspomnianych firm pracownikami, którzy świadczą swoje usługi z własnej woli, za darmo i przez całą dobę. Ta praca, polegająca na nieustającym wysyłaniu w eter komunikatów o własnej obecności, przekształciła prywatne życia milionów ludzi w rodzaj okien wystawowych. Kto na nas patrzy? Oczywiście specjaliści od big data, szukający sposobów na to, jak spieniężyć nasze istnienie. A także bez wątpienia norwidowskie „policje tajne, widne i dwu-płciowe”. Ale przede wszystkim wślepia się w nas tłum gapiów, mniej lub bardziej anonimowych. Tłum, który zarazem obserwuje i jest obserwowany. I oto mamy prawdziwy panoptikon – globalne społeczeństwo pół więźniów, pół nadzorców.
Dopóki sprawy toczą się gładko, nic szczególnego się nie dzieje. Ale sprawy między ludźmi rzadko toczą się gładko. Nieoczekiwane reperkusje społecznościowej inwigilacji pojawiają się na przykład wtedy, gdy ktoś, niechcący lub umyślnie, przekroczy czysto arbitralną granicę normalności. Tak jak przydarzyło się to bohaterom książki „Wstydź się!” Jona Ronsona – osobom, przeciw którym internetowa wspólnota rozpętała spektakularne seanse nienawiści.
W sieci nic nie ginie
Walijskiego dziennikarza zawsze pociągały tematy nieco ekscentryczne, lub mówiąc innymi słowy: ryzykowne. Pisał o ekstremistach i radykalnych wyznawcach teorii spiskowych („Them: Adventures with Extremists”, 2001), o newage’owej metafizyce na usługach armii amerykańskiej („Człowiek, który gapił się na kozy”, 2004, wyd. pol. 2010), a także o zjawisku psychopatii („Czy jesteś psychopatą?”, 2011, wyd. pol. 2014). Z tego punktu widzenia wybór procederu piętnowana ludzi w mediach społecznościowych jako tematu książki wydaje się pospolity. Trzeba jednak nadmienić, że Ronson jest autorem równie specyficznym jak historie, które wybiera – do perfekcji opanował sztukę udawania naiwniaka zadającego pozornie oczywiste pytania. Owa taktyka zdezorientowanego kosmity nie zawsze jest klarowna dla odbiorców. Niewprawne czytelnicze oko może potraktować Walijczyka jak idiotę, gdy tymczasem bywa on raczej reporterskim odpowiednikiem Kurta Vonneguta. Dziennikarze lubią udawać besserwisserów, który pożarli wszystkie rozumy, Ronson udaje natomiast, że wie mniej, niż wie. Ta wypracowana naiwność ma swoje zalety: pozwala ujrzeć zwykłe rzeczy w aurze ich faktycznej dziwności, jak również pozbyć się niektórych wstępnych założeń dotyczących wydarzeń moralnie niejednoznacznych.
Każdy użytkownik mediów społecznościowych ma świadomość, że podczas ich używania zalecana jest stosowna ostrożność – noc spędzona z Twitterem i półlitrówką może się skończyć nieprzyjemnie, zwłaszcza że w internecie nic nie ginie. W tej dżungli obowiązują wyraźna hierarchia oraz solidarność grupowa. Jeśli jesteś aktualnym prezydentem USA, wolno ci napisać w zasadzie wszystko. Jeśli jesteś prominentnym publicystą politycznym, takim np. Rafałem Ziemkiewiczem, wolno ci jechać po bandzie i zachowywać się jak skończony cham – grupa stanie za tobą murem, a ty będziesz puchł z dumy. Jeśli wszakże jesteś nikim, przeciętnym obywatelem (albo, co gorsza, obywatelką), wolno ci bardzo niewiele, zaś każdy twój wyskok zostanie zapamiętany i wykorzystany przeciwko tobie.
Co zatem musisz uczynić, by tłumy ludzi, których nie znasz, zaczęły natrząsać się z twojego zdjęcia, życzyć ci śmierci, obiecywać, że wyrżną twoją rodzinę albo podpalą twój dom? Co musisz zrobić, by z dnia na dzień stracić reputację i perspektywy na przyszłość? Zajrzyjmy do książki Ronsona.
Parada frajerów
Możesz postąpić jak Justine Sacco, szefowa działu PR w pewnej firmie wydawniczej, która w grudniu 2013 r., wylatując z Londynu do RPA, wyszykowała na Twitterze swoim 170 followersom taki oto przyciężki dowcip: „Lecę do Afryki. Mam nadzieję, że nie złapię AIDS. Żartowałam. Przecież jestem biała!”. Kiedy po 11 godzinach wylądowała w Kapsztadzie, jej życie było już zrujnowane. W setkach tysięcy tweetów obwołano ją ignorantką, rasistką, potworem, ogłaszano bojkot hoteli, które wynajmą Sacco pokój, sfabrykowano jej historię rodzinną (miała być rzekomo córką białego południowoafrykańskiego miliardera). Straciła pracę. Okryła się hańbą. Nikt nawet nie próbował dociekać, o co w ogóle chodziło w jej wpisie.
Możesz również postąpić jak człowiek występujący w tekście Ronsona pod imieniem Hank: na nudnej konferencji dla programistów opowiedzieć koledze koszarowym szeptem świński wic o „dzyndzlu”. Dać się sfotografować kobiecie siedzącej w rzędzie przed tobą. W 10 (słownie: dziesięć) minut później zostać wyproszonym z konferencji za rzekome molestowanie publiczności komentarzami o podtekście seksualnym. A następnego dnia, w taksówce jadącej na lotnisko, zajrzeć na Twittera i znaleźć tam coś w rodzaju własnego nagrobka: błyskawicznie retweetowany wpis niejakiej Adrii Richards (plus własną podobiznę na zdjęciu) traktujący o facetach, którzy opowiadają sobie kawały o dużych dzyndzlach podczas prezentacji o szansach kobiet w branży informatycznej. Hank okrył się wstydem, wyleciał z pracy. Ale równie ciekawy jest dalszy ciąg: Adria Richards, uznana przez męską część internetu za zbrodniarkę, staje się w następstwie swojego czynu obiektem zmasowanego, brutalnego i szowinistycznego ataku w sieci („Wytnijmy jej macicę nożykiem do drewna”), a stronę jej pracodawcy paraliżuje hakerski atak DDoS. Richards naturalnie wylatuje z pracy, okrywa się niesławą etc.
Możesz wreszcie, jak Lindsey Stone, opiekunka osób niepełnosprawnych, strzelić sobie głupią fotkę na cmentarzu wojskowym pod tabliczką z napisem „Zachowaj ciszę i okaż szacunek” i wrzucić tę fotkę na Facebooka. „Zanim tamtej nocy Lindsey położyła się do łóżka – »około czwartej nad ranem« – na Facebooku zdążyła powstać strona pod nazwą »Zwolnić Lindsey Stone«. Polubiło ją 12 tysięcy osób” – pisze Ronson. Lincz trwał w najlepsze, kobiecie grożono gwałtem, bolesną śmiercią, męczarniami w piekle. Stone, rzecz jasna, wyleciała z pracy, okryła się hańbą etc.
Ronson podaje jeszcze inne przykłady, które niuansują tę historię – mowa tam o Jonahu Lehrerze, pozującym na drugiego Malcolma Gladwella wpływowym autorze książek biznesowych, który okazał się plagiatorem i zmyślił wiele cytatów z Boba Dylana. Mowa o grupie mężczyzn z niewielkiego miasteczka, zdemaskowanych jako klienci pewnej prostytutki. Mowa też o Maxie Mosleyu, szefie wyścigów Formuły 1, synu przywódcy brytyjskich faszystów Oswalda Mosleya – w 2008 r. brukowa prasa oskarżyła go o udział w nazistowskiej orgii BDSM. Co łączy te osoby? Nie tylko płeć, również to, że udało im się przetrwać nagonkę: Lehrer, z poparciem najbardziej wpływowego agenta literackiego w Stanach Andrew Wyliego, przekuł sieciowy lincz, któremu go poddano, w budujące doświadczenie i napisał o tym książkę. Klienci burdelu uznali swoją winę, a małomiasteczkowa społeczność po okresie pokuty przyjęła ich z powrotem. Mosley wytoczył proces dziennikowi „News of the World” o pogwałcenie prywatności i wygrał go – ani przez chwilę nie czuł się winien, nie widział też powodu, by przepraszać za coś, co robi poza godzinami pracy (z której go nie zwolniono).
Obywatelski nurt sprawiedliwości
O co zatem chodzi z tą internetową sprawiedliwością – z „nową kulturą wstydu”, jak nazywają ją niekiedy amerykańscy publicyści?
Zacznijmy od historii, a może nawet od historii naturalnej. Odczuwanie wstydu, czyli emocji związanej z nieumiejętnym kontrolowaniem ciała i/lub umysłu w obecności innych, jest cechą wspólną dla całej ludzkości – przypuszcza się, że gotowość do odczuwania wstydu to przystosowanie ewolucyjne zwiększające szanse przetrwania jednostki; wstyd byłby rodzajem systemu wczesnego ostrzegania przed łamaniem zasad zachowania w stadzie, grupie, społeczności.
To, krótko mówiąc, mechanizm utrwalający konformizm, przy czym – co istotne – termin „konformizm” nie ma tu pejoratywnego wydźwięku, który przypisuje mu nasza „nonkonformistyczna” cywilizacja. Jednostka postępująca konformistycznie, czyli zgodnie z normami, to po prostu jednostka zgłaszająca innym swoją akceptację reguły gry i gotowość do współpracy. Założenie jest takie, że jeśli się wstydzisz, to wiesz, dlaczego się wstydzisz, i następnym razem zrobisz wiele, by uniknąć tego dyskomfortu.
Ostatecznie trenujesz to niemal od narodzin – w dzieciństwie zbierasz publiczne klapsy od rodziców, wysłuchujesz umoralniających kazań, zawsze pojawi się w tych kazaniach jakaś nieskazitelna Ania z sąsiedztwa albo grzeczny Wojtuś z klasy, którymi nie jesteś, a powinieneś być. W istocie każda grupa, do której trafisz, ma swoje rytuały zawstydzania i poniżania, im zaś wyższy stopień konformizmu jest w niej wymagany, tym owe rytuały są brutalniejsze. Weźmy pod rozwagę choćby wspieraną nieoficjalnie przez dowódców wojskową falę, radykalną metodę budowania lojalności.
Jeśli jednak nadal uparcie łamiesz reguły, twoi ludzie dysponują środkami, by przywołać cię do porządku. Dziejom stanowienia i egzekwowania prawa towarzyszy równoległy nurt, nazwijmy go, obywatelski. Podczas gdy (bardzo upraszczając) w prawie chodzi o formalne ustalenie winy i wymierzenie kary zgodnie z kodeksami, obywatelski nurt sprawiedliwości skupia się na spontanicznym, publicznym napiętnowaniu delikwenta za to, że nie grał czysto: ukradł, oszukał, złożył fałszywą przysięgę, bezpodstawnie oskarżył, rozpuszczał plotki, pożyczył sobie cudzą żonę bądź męża. W niewielkich społecznościach starożytności i średniowiecza, w których praktycznie wszyscy się znali, kładziono silny moralny nacisk na przestrzeganie norm kooperacji – zaufanie było często głównym kapitałem, jaki posiadali ci ludzie. Stąd gwałtowność reakcji, gdy ktoś owo zaufanie zawiódł.
Wędzidło sekutnicy
Pamiętamy o smole i pierzu, ale w dziele spontanicznego piętnowania łotrów nasi przodkowie wykazywali się większą pomysłowością. W starożytnej Grecji cudzołożnikowi – ale tylko, gdy zadał się z wolną kobietą (seks z niewolnicą traktowano jako podebranie sobie cudzej własności) – w asyście tłumu aplikowano do odbytu przerośniętą rzodkiew lub kolczastą rybę z rodziny skorpenowatych; taką rybę łatwo było włożyć, a znacznie trudniej wyjąć. Rzymianie też stawiali w podobnej sytuacji na owoce morza, a konkretnie na cefala, którego płetwa grzbietowa ma cztery twarde kolce ułożone wzdłuż ciała.
W średniowieczu i wczesnej nowożytności podejrzanych najchętniej zakuwano w dyby bądź wiązano pod pręgierzem, z reguły w miejscu, gdzie prędzej czy później zjawi się całe miasteczko: kto chciał, mógł rzucić w uwięzionego zgniłym warzywem, kamieniem, a nawet – jak prezentuje to pewna XVIII-wieczna angielska rycina – żywym kotem. Nie zawsze wyglądało to tak drastycznie, bo tłum tłumowi nierówny: gdy w 1703 r. w Londynie w dyby zakuto Daniela Defoe za opublikowanie złośliwego pamfletu, przybyli obrzucili pisarza kwiatami.
Nadmiernie gadatliwe obywatelki mogły z kolei liczyć na wędzidło sekutnicy – metalową maskę z zaostrzonym kneblem przytrzymującym język. Względem kobiet stosowano także praktyki zapożyczone z kościelnych procesów o czary, na przykład podtapianie na specjalnym krześle zawieszonym na żurawiu.
Zdarzały się również piętna literowe, bądź to wypalane na skórze w widocznym miejscu (np. na czole lub policzkach), bądź to noszone pod przymusem na wierzchniej odzieży. Najsłynniejszą tego rodzaju historię zawarł w 1850 r. Nathaniel Hawthorne w „Szkarłatnej literze”, powieści o niewierności, potępieniu i odkupieniu rozgrywającej się wśród XVII-wiecznych nowoangielskich purytanów – główna bohaterka, poniżona i poddana społecznemu ostracyzmowi Hester Prynne, nosi wyszytą na ubraniu literę „A” (od ang. adultery – cudzołóstwo). Dalekim echem tych pomysłów były naturalnie opaski z gwiazdą Dawida, którymi naziści próbowali napiętnować Żydów.
Jakkolwiek praktyki te bywały drastyczne, infamia w czasach przednowoczesnych zakładała jednak jakąś drogę powrotu ukaranych do zbiorowości – nie chodziło o to, by ludzi eliminować, lecz by ich dyscyplinować. Innymi słowy, owe działania, chociaż często psychicznie druzgocące dla ofiar, miały pewien sens akceptowany przez wspólnotę.
Koniec epoki pręgierza nadszedł wraz z gwałtownym rozrostem miast, anonimizacją wielkich zbiorowości oraz początkami rewolucji przemysłowej. Uliczna sprawiedliwość, nieskuteczna w nowych warunkach, musiała w pełni ustąpić sprawiedliwości regulowanej ściśle przez uniwersalne normy prawne. Stąd zresztą wzięły się modernizacyjne fantazje Benthama o panoptikonie. Ciekawe, że kolejne kryzysy społeczne czasów nowoczesnych często przejawiają się także i w tym, że duch sprawiedliwego, ludowego upokarzania – z pominięciem dochodzenia, procesu i sali sądowej – wybija na powierzchnię. Przywołajmy tu przykład kobiet, które w czasie II wojny światowej z różnych powodów angażowały się w związki z niemieckimi żołnierzami. Karano je we Francji i w Polsce nie tylko publicznym potępieniem, lecz także hańbiącym goleniem głów (o tej nieprostej sprawie traktuje wydana u nas przed rokiem w Świecie Książki znakomita praca Maren Röger „Wojenne związki. Polki i Niemcy podczas okupacji”).
Krwawa wojna o światowy pokój
Internetowe lincze zdają się wyrazem tej samej niepewności pojawiającej się zawsze w momentach chaotycznych przełomów, gdy stare reguły przestały działać, a nowe jeszcze się nie ukonstytuowały. Jest to fragment większej całości, w skład której wchodzą między innymi tabloidyzacja mediów, emocjonalizacja prawa, dominacja polityki „wartości”, rozumianej jako gałąź marketingu, wreszcie dyktat elektronicznego voyeryzmu.
Gdy zapytać tych, którzy brali udział w sieciowej nagonce na jakiegoś nieszczęśnika, co nimi kierowało, powiedzą – zgodnie z przekonaniami – że chęć uczynienia czegoś dobrego. Była to – czego już nie powiedzą – chęć przytulenia się do moralnego kaloryfera, pragnienie udowodnienia, że się jest prawym, wrażliwym człowiekiem, z którym można kooperować bez ryzyka. To sytuacja jak z PRL-owskiego dowcipu o dwóch facetach, z których jeden kopie dołki, a drugi postępuje za nim krok w krok i wykopane dołki zasypuje. Panowie informują dociekliwego przechodnia, że miał być z nimi jeszcze trzeci facet, ten od sadzenia drzewek, ale poszedł na chorobowe. Rzeczywistość wokół nas straciła sens i spójność, ale my wciąż nie zdajemy sobie z tego sprawy, choć zaczynamy z wolna odczuwać niepokój. Skoro zaś wszyscy na nas patrzą, czujemy również wytrenowany moralny przymus ostrej reakcji na domniemane naruszenie reguł. Kiedy znajdzie się kozioł ofiarny, lawina rusza z miejsca.
Sieciowa sprawiedliwość ma swoich obrońców twierdzących, że oto wreszcie dostali prawo głosu ci, których tego głosu z uporem pozbawiano: zwykli ludzie, przedstawiciele mniejszości, ubodzy i wykluczeni. Problem w tym, że to nie działa: internetowa tłuszcza najsurowsze tortury szykuje zwykle najsłabszym. A może inaczej – w przeciwieństwie do uprzywilejowanych, nad głowami których naturalnie także rozpętują się od czasu do czasu gówniane burze, najsłabsi nie mają żadnych szans, by się obronić, gdy z godziny na godzinę stają się osobami publicznymi, a obcy ludzie z gębami pełnymi frazesów demolują im życie. Cały ocean decyzji dzieli w pełni zrozumiałą niechęć względem czynów lub poglądów nieznanej nam osoby od wypowiedzenia tej osobie brutalnej wojny – ale ten ocean w świecie mediów społecznościowych przepływa się w minutę. To jest logika pogromu.
Poza tym nic tak nie boli jak kara, której sensu i wymiaru ofiara nie pojmuje. Publiczne upokorzenie było, jest i będzie koszmarnie stygmatyzujące i frustrujące – to jedno z najmniej przyjemnych doświadczeń, jakie w ogóle mogą się stać udziałem istoty ludzkiej – ale osobliwa niewspółmierność winy i kary w świecie internetowej sprawiedliwości to rzecz zdumiewająca.
Szczególnie zaś zastanawiają mnie ci pracodawcy z książki Ronsona i polityka ich działów HR. Za co będą nas zwalniać w przyszłości? A może już żyjemy w przyszłości?