Nawet jeśli prawicowi populiści wygrają, ich lider Geert Wilders nie zostanie premierem. Ale to szef Partii na rzecz Wolności nadaje dziś ton debacie publicznej.
Trudny wyborczy rok w Unii Europejskiej, w którym będą głosować mieszkańcy co najmniej sześciu państw członkowskich, oficjalnie się zaczął. Wczoraj ruszyła kampania przed zaplanowanymi na 15 marca wyborami parlamentarnymi w Holandii. Na dziś wiadomo tylko jedno: holenderski parlament będzie bardziej podzielony niż zwykle, a stworzenie rządu może potrwać dłużej niż kiedykolwiek.
Według niemal wszystkich sondaży na przestrzeni ostatniego półtora roku największą frakcją w parlamencie będzie kierowana przez Geerta Wildersa prawicowo-populistyczna Partia na rzecz Wolności (PVV), która może liczyć na 26–27 mandatów (w holenderskich sondażach podawany jest rozdział miejsc, a nie procentowe poparcie). Ale prawdopodobieństwo, że jej szef zostanie nowym premierem, jest znikome. Jeszcze miesiąc, dwa miesiące temu PVV miała w symulacjach nawet 35–36 miejsc, a jak pokazują wyniki z ostatnich lat, ta partia zwykle dostaje mniejsze poparcie, niż wynika z sondaży. A nawet gdyby uzyskała wynik na poziomie trzydziestu kilku miejsc, to i tak sporo brakuje do bezwzględnej większości (76), a chętnych do wchodzenia z nią w koalicję nie ma. Wszystkie tradycyjne holenderskie partie wykluczyły możliwość współpracy z populistami.
Coraz bardziej rozdrobniony holenderski parlament / Dziennik Gazeta Prawna
Ale stworzenie stabilnego i spójnego programowo rządu będzie karkołomnym zadaniem. O ile po ostatnich wyborach, we wrześniu 2012 r., do bezwzględnej większości wystarczyły głosy dwóch największych partii w parlamencie – konserwatywno-liberalnej Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji (VVD) i centrolewicowej Partii Pracy (PvdA), o tyle teraz będzie do tego potrzebne aż pięć ugrupowań. Obie partie rządzącej koalicji, którą kieruje szef VVD Mark Rutte, straciły na poparciu, ale VVD przynajmniej utrzymuje niewielką stratę do PVV, natomiast laburzystom grozi kompletna katastrofa. W efekcie parlament będzie rozdrobniony jak nigdy wcześniej. Według symulacji wejdzie do niego co najmniej 12 ugrupowań (w obecnym jest 11), a osiem z nich będzie miało dwucyfrową liczbę miejsc (teraz jest takich sześć).
Postępującą od lat fragmentaryzację holenderskiej polityki można pokazać na przykładzie. Po wyborach w 1986 r. trzy największe partie miały łącznie 89 proc. miejsc w parlamencie. Po wyborach z 2012 r. było to nieco ponad 60 proc. miejsc. Teraz będzie zaledwie 42 proc. Na dodatek odmowa współpracy z PVV nie jest jedynym zastrzeżeniem, bo np. socjaliści z SP wykluczają możliwość koalicji z VVD, a znalezienie przez pięć czy sześć partii jakiegoś innego wspólnego punktu poza niechęcią do Wildersa będzie trudne. Po wyborach z 1977 r. stworzenie koalicji rządowej trwało 208 dni, co przez następne 30 lat było europejskim rekordem, ale teraz Holandia może go znów pobić. – To może zająć nawet cztery lata – ostrzegł we wtorek minister finansów Jeroen Dijsselbloem.
Jakaś koalicja wykluczająca PVV prędzej czy później powstanie, ale Geert Wilders raczej nie będzie z tego powodu zmartwiony, bo pozostawanie w opozycji do dotychczasowego układu politycznego i czekanie na swój moment odpowiada mu bardziej niż wchodzenie w układy z establishmentem. Według opublikowanego we wtorek sondażu 61 proc. Holendrów uważa, że rodzimi politycy są oderwani od ludzi, nieuczciwi i nie można im ufać. Im bardziej takie nastroje będą narastać, tym większe szanse, że kiedyś Wilders powalczy o przejęcie władzy. A na razie zadowala się tym, że nadaje ton debacie publicznej, a jego hasła – w złagodzonej wersji – podejmują inni. Na przykład w styczniu premier Mark Rutte opublikował list otwarty, w którym wezwał wszystkich naruszających holenderskie wartości, aby zachowywali się normalnie albo wyjechali z kraju.