Sprzedają je w sieci na potęgę jako „tańszy Ozempic”. Lekarka wyjawia, co się pod tym kryje

Szara strefa produktów na redukcję masy ciała staje się realnym problemem. Ich sprzedaż w sieci jest niczym nieograniczona. Zdrowotne konsekwencje mogą grozić tym, których skusiła cena „naturalnego Ozepmicu”. – Pacjenci niestety nie pytają i nie chcą się przyznać do stosowania takich środków – mówi w rozmowie z gazetąprawną.pl dr n. med. Anna Ścibisz. I jak dodaje, że badania przeprowadzone w Niemczech wskazały, że w części takich produktów znajdował się nawet fentanyl.

„Działa jak Ozempic, a kosztuje ułamek ceny”, „Preparat GLP-1 bez recepty. Zamów już dziś” – takich reklam pojawia się sieci, a zwłaszcza w mediach społecznościowych multum. Firmy kuszą atrakcyjnymi cenami i zapewniają, że preparaty zawierają niezwykle skuteczny w walce z otyłością semaglutyd. Producenci oferują nawet dostawę do paczkomatu w ciągu 48 h. godzin o złożenia zamówienia.

Problem polega jednak na tym, że produkty te nie są lekami. Większość z nich ma na opakowaniach informację, że są to preparaty przeznaczone do badań, co oznacza, że kupujący nie ma gwarancji bezpieczeństwa, jakości, ani nie zna składu.

O problemie wie Główny Inspektor Farmaceutyczny, ale póki co brak odpowiednich narzędzi prawnych, by skutecznie walczyć z tego rodzaju sprzedażą.

Czytaj także: „Lek na odchudzanie” bez recepty z paczkomatu. W sieci działa niebezpieczna furtka

Pacjenci ryzykują własnym zdrowiem i życiem

Jak mówi w rozmowie z gazetąprawną.pl obesitolog i kardiolog dr n. med. Anna Ścibisz, lekarze są świadomi istnienia szarej strefy. Niestety, jak podkreśla, zwykle pacjenci nie zgłaszają, że stosują lub chcą stosować sprzedawane w sieci środki reklamowane jako tańsze zamienniki leków na redukcję masy ciała.

Co znajduje się w reklamowanych produktach? Tego dokładnie nie wiadomo.

– Dostępne w sieci peptydy mają teoretycznie zawierać takie same substancje, które są dostępne w lekach na redukcję masy ciała. Nikt do końca nie wie, co znajduje się w środku. Mogą to być substancje, które są w trakcie badań klinicznych, a są też takie, które wcale nie są zbadane. Na większości z tych środków widnieje ostrzeżenie „Not for human use”, czyli „Nie do użytku przez człowieka”. Dzięki temu producent może czuć się bezpiecznie, bo nie ponosi żadnej odpowiedzialności – podkreśla dr Ścibisz.

Lekarka zwraca też uwagę na kolejny ważny problem. Nie wiadomo, jakich jeszcze substancji używają producenci. - W Niemczech przeprowadzono badania takich środków. Okazało się, że w niektórych były domieszki nawet fentanylu - mówi.

Dodaje jednocześnie, że niestety pacjenci albo nie pytają, albo boją się przyznać, że korzystają z takich środków.

- W mojej pracy spotkałam tylko jednego pacjenta, który pytał, czy warto kupić takie produkty. Oczywiście odradziłam. Natomiast jeśli już ktoś zdecyduje się na stosowanie takich środków i coś mu się stanie, źle się poczuje i trafi do szpitala, lekarze nie będą wiedzieli, jak mu pomóc. Nawet jeśli przyzna się do stosowania takich substancji, nadal nie wiemy, co dokładnie w nich jest, w jakich warunkach było to wytwarzane, przechowywane, czy nie zawierają jakichś domieszek zagrażających życiu - podkreśla lekarka.

Jedna grupa peptydów stanowi największe zagrożenie

Dr n. med. Anna Ścibisz przyznaje, że o działaniach peptydów w ostatnim czasie mówi się sporo. Wyniki części badań są bardzo obiecujące. Jednak do ich zatwierdzenia droga jeszcze daleka.

- Niektóre peptydy można kupić nawet na siłowniach. Tam również skład nie jest do końca wiadomy. Część zawiera na przykład magicznie brzmiący BPC-157, który jest po prostu syntetycznym peptydem składającym się z 15 aminokwasów, wzorowanym na białku występującym naturalnie w ludzkim soku żołądkowym. Nie ma jednak jednoznacznych badań klinicznych, które potwierdzają jego działanie - zaznacza ekspertka.

W ocenie lekarki najbardziej groźne dla zdrowia i życia ludzkiego są jednak te substancje sprzedawane w sieci. Ryzyko jest spore, bo w tej samej fiolce może znajdować się groźna domieszka. Niektóre substancje mogą być badane na modelach zwierzęcych i świetnie się sprawdzać, a na ludziach nie działać wcale.

Lekarka ma świadomość, że leki na redukcję masy ciała nie są refundowane i nie należą do tanich. Doradza jednak, by szczerze porozmawiać ze swoim lekarzem i wypracować razem z nim optymalną ścieżkę terapii.

- Trudno jest zaakceptować fakt, że ktoś woli ryzykować swoje zdrowie i życie dla w sumie nie aż tak wielkiej różnicy w cenie. Natomiast jeśli pacjent już jest pod opieką lekarza, waga spada, ale wolno i to jest coś, na co się trzeba nastawić, i taki pacjent chce jeszcze dodatkowo kombinować z produktami z internetu, to już robi się bardzo niebezpiecznie - kwituje dr n. med. Anna Ścibisz.

Źródło: gazetaprawna.pl
Autopromocja
381536mega.png
381439mega.png
381542mega.png

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.