Mit Europy Środkowej, drużyny o wspólnej, tragicznej historii, która powinna razem grać w UE, by maksymalizować zyski dla regionu, jest sztandarowym postulatem opozycji i przyczynkiem do krytyki Donalda Tuska, który o jedność rzekomo nie dba.
Nawoływania do walki o Wyszehrad Bałtów, Rumunów i Bułgarów słychać zresztą również ze strony sprzyjających rządowi publicystów. Jest tylko jeden problem: sojusz międzymorza od bałtyckiego Tallina i Gdańska po czarnomorskie Konstancę i Burgas w praktyce jest tylko miłą dla ucha koncepcją politologiczną. Gdy przychodzi do uprawiania realnej polityki, mityczna Europa Środkowa jest mistrzowsko rozgrywana.
Negocjacje nad budżetem 2013 i nad nową, 7-letnią perspektywą budżetową UE po 2014 r. pokazują, jak można dzielić region. W rozmowach o niej Warszawa występuje jako rozpychający się bufon, który zgarnia najwięcej pieniędzy i jeszcze ma pretensje, że to mało. Płatnicy netto, np. Holandia czy Wielka Brytania, przekonują Bałtów, że gdyby nie ta Polska, mogliby otrzymywać więcej. Podobne argumenty przedstawia się Węgrom. Na Rumunów i Bułgarów jest bat w postaci blokowania rozszerzenia Schengen. W ten sposób rozmontowuje się jeden z najważniejszych argumentów Warszawy na rozmowy o unijnym budżecie – koalicję nowej Europy.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.