Świadkowie, na informacjach których opiera się agencja Reutera twierdzą, że dwóch manifestantów zginęło od strzałów w głowę, a trzy osoby zostały ranne.

Co najmniej dziewięć związków zawodowych zrzeszających pracowników sektora budowlanego, produkcyjnego i rolniczego wezwało "wszystkich ludzi w Birmie" do zaprzestania pracy w poniedziałek i całkowitego zatrzymania gospodarki. W największych miastach kraju, w tym w Rangunie i Mandalaj, odbywają się marsze strajkujących robotników, nie działają fabryki, sklepy i banki - relacjonuje agencja Kyodo.

To drugi strajk generalny zorganizowany w ramach protestów przeciwko wojskowemu zamachowi stanu. Armia przejęła władzę i aresztowała przywódców rządzącej Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), w tym laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla i faktyczną przywódczynię kraju Aung San Suu Kyi.

Reklama

Od puczu w całym kraju trwają masowe protesty z żądaniem uwolnienia zatrzymanych i przywrócenia władzy cywilnej. Demonstracje są brutalnie rozpędzane przez siły bezpieczeństwa używające armatek wodnych, gumowych kul i ostrej amunicji. Według szacunków mediów zginęło w nich co najmniej 50 osób.

Podczas niedzielnych manifestacji zatrzymano kilkaset osób, z czego ponad 100 w Rangunie - pisze Kyodo. Dodaje, że w nocy z niedzieli na poniedziałek siły bezpieczeństwa przejęły kontrolę nad szpitalami i uniwersytetami w tym mieście. Według państwowych mediów była to reakcja na wysuwane przez ludność żądania przywrócenia porządku w państwie. Zdaniem niektórych komentatorów bezpośrednia kontrola nad szpitalami może ułatwić zatrzymywanie rannych demonstrantów - zauważa Kyodo.

NLD odniosła wysokie zwycięstwo w listopadowych wyborach parlamentarnych, ale armia twierdzi, że były one sfałszowane. Wojsko ogłosiło trwający rok stan wyjątkowy i zapowiedziało organizację nowych wyborów oraz przekazanie władzy ich zwycięzcom. Wielu Birmańczyków obawia się jednak, że zamach stanu będzie początkiem długotrwałej, represyjnej dyktatury, która panowała po puczach z 1962 i 1988 roku. (PAP)

adj/ ap/