Kandydat republikanów jest krytykowany za wykorzystywanie tragedii do celów politycznych. Ale o kontrowersyjnych wpisach wyborcy szybko zapomną, a o tym, że zamachu dokonał islamski radykał – nie.
Reklama
Na Donalda Trumpa spadają gromy za kompletny brak wyczucia, empatii, egocentryzm i cyniczne wykorzystywanie tragedii, ale tragedia w Orlando poprawi jego notowania w walce o prezydenturę. A wszystkie opinie przeciwne są tylko zaklinaniem rzeczywistości.
Ponieważ każda kolejna kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych jest ostrzejsza i bardziej bezwzględna od poprzedniej, nic dziwnego, że strzelanina w gejowskim klubie w Orlando na Florydzie, której w nocy z soboty na niedzielę dokonał urodzony w USA syn afgańskich imigrantów, zabijając 50 osób i raniąc 53 inne, natychmiast została wciągnięta do walki wyborczej. Szczególnie że ubiegający się o prezydenturę z ramienia Partii Republikańskiej – i słynący z kontrowersyjnych wypowiedzi – Donald Trump i tym razem nie bawił się w dyplomację.
Twitterowy wpis nowojorskiego miliardera jest niemal powszechnie krytykowany za brak wyczucia i nachalne podkreślanie, że to on miał rację, ale trzeba zauważyć, że w wielu mediach powtarzana jest tylko jego część – o spływających gratulacjach. A w całości brzmiał on tak: „Doceniam gratulacje z powodu tego, że miałem rację w kwestii radykalnego islamskiego terroryzmu, ale nie chcę gratulacji. Chcę twardości i czujności. Musimy być mądrzy”. A godzinę wcześniej napisał: „Straszny incydent na Florydzie. Modlę się za wszystkie ofiary i ich rodziny. Kiedy to się skończy? Kiedy będziemy twardzi, mądrzy i czujni”. Można zarzucać Trumpowi, że nie są to wypowiedzi na miarę męża stanu, ale – wskazują jego zwolennicy – wytykanie mu zapomnienia o ofiarach jest nieuczciwe.
Co więcej, żadna z kontrowersyjnych czy budzących niesmak wypowiedzi Trumpa jak dotychczas mu nie zaszkodziła. Było trochę oburzenia, medialnych rozważań, czy „ktoś taki” może być prezydentem kraju, ale spora część amerykańskich wyborców oczekuje właśnie prostego przekazu. A nawet ostre słowa po listopadowych zamachach w Paryżu, grudniowych w San Bernardino w Kalifornii i marcowych w Brukseli jeszcze podbiły jego notowania w sondażach. Nie ma żadnych przesłanek, które wskazywałyby, że tym razem miałoby być inaczej.
Tym bardziej że republikański kandydat na prezydenta skrytykował swoją konkurentkę Hillary Clinton, a przede wszystkim kończącego kadencję Baracka Obamę za celowe unikanie zwrotu „radykalny terroryzm islamski”. – Mówiłem, że to się stanie. I będzie tylko gorzej, bo nasi przywódcy są słabi. Nie możemy już więcej pozwalać sobie na polityczną poprawność – przekonuje Trump. I Obama, i Clinton mówili o akcie terroru, współczuciu dla rodzin ofiar i koncentrowali się przede wszystkim na konieczności ograniczenia dostępu do broni palnej.
Reakcja głowy państwa z zasady powinna być wyważona. Niemniej nie sposób nie zauważyć, że sprawcami zamachów w Orlando i San Bernardino (podobnie jak w Paryżu i Brukseli) były osoby związane z Państwem Islamskim lub inspirujące się jego działaniami, i unikanie w ramach politycznej poprawności jakiegokolwiek powiązania tych wydarzeń z islamem może tym bardziej skłonić wyborców do słuchania Trumpa. Jego przedstawiony po masakrze w San Bernardino plan, by do czasu zapewnienia bezpieczeństwa kraju zakazać wjazdu do USA wszystkim muzułmanom, jest kompletnie nierealny i sam Trump później zaczął się z tego wycofywać, ale wielu wyborców ma poczucie, że próbuje on coś zrobić.
Tymczasem Clinton – czego teraz Trump nie omieszkał wytknąć – proponowała ściągnięcie do USA kilkudziesięciu tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu. Trzeba też pamiętać, że mówienie o łatwości w dostępie do broni palnej tuż po najkrwawszym od 11 września 2001 r. ataku terrorystycznym w USA nie jest tym, czego amerykański wyborca najbardziej oczekuje. Dyskusja o prawie do posiadania broni toczy się w USA od lat, jego ograniczenie było jednym z priorytetów Baracka Obamy, ale skoro przez prawie osiem lat nic się nie udało zrobić w tym kierunku, a kolejne strzelaniny w szkołach czy centrach handlowych nie zmieniają w zasadniczy sposób stosunku Amerykanów do tego problemu, to akcentowanie tego aspektu po zamachu jest przyznaniem się przez prezydenta do własnej bezradności.
Sondażowa przewaga Hillary Clinton nad Donaldem Trumpem, która wczesną wiosną przekraczała 10 pkt proc., czyli była największa od lata zeszłego roku, znów zaczęła się zmniejszać. Według portalu RealClearPolitics.com, który wylicza średnią ze wszystkich sondaży, w pierwszych dniach czerwca ta przewaga spadła w pewnym momencie do jednego punktu, a przed zamachem w Orlando wynosiła 3,8 punktu, czyli wciąż blisko błędu statystycznego. Clinton jest lepiej oceniana od swojego rywala w takich dziedzinach jak doświadczenie czy zdolność do rozwiązywania konfliktów międzynarodowych. Ale jak pokazuje badanie Uniwersytetu Quinnipiac z końca maja, Amerykanie uważają, że Trump lepiej niż ona poradzi sobie z Państwem Islamskim.
Na kandydata republikanów wskazało 49 proc. pytanych, na demokratkę – 41 proc. A jeśli ktoś uważa, że atak w Orlando nie poprawi notowań Trumpa, lecz je osłabi z racji małej empatii dla ofiar i prób wykorzystywania tragedii do własnych celów, poważnie się myli. – Można zakładać, że w przypadku pojawienia się od teraz do listopada jakiegokolwiek poważnego zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego notowania Trumpa poszybują w górę, tak jak Busha w 2001 r. A jeśli nie daj Boże to się stanie, gotów jestem obstawiać, że może on być następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych – napisał w maju Nick Bilton, dziennikarz polityczny magazynu „Vanity Fair”.
Tego samego zdania jest były ambasador Izraela w USA Michael Oren, którego zdaniem atak w Orlando może zmienić losy kampanii. On uważa, że Trump wcale nie wykorzystał maksymalnie tej sytuacji. – Gdybym był Donaldem Trumpem, zacząłbym działać w tej samej minucie, gdy FBI zaczęła wskazywać na to, że ten człowiek mógł działać z pobudek związanych z islamem. Syn afgańskich imigrantów, który prawdopodobnie utrzymywał jakieś kontakty z islamskimi organizacjami – już samo to może w ogromnym stopniu wpłynąć na wybory prezydenckie – powiedział dziennikowi „Haaretz”.
Amerykanie sądzą, że Trump lepiej niż Hillary Clinton poradzi sobie z ISIS.