Ja także chętnie przyłączę się do protestów. Chciałem zaprotestować przeciwko wyborczemu rokowi, bo myślę, że to on stoi za protestami. To nie znaczy, że mam coś do protestujących. Każda z grup ma do załatwienia jakiś własny interes, górnicy boją się zmniejszenia wynagrodzeń, rolnicy dzików, embarga i sytuacji na rynkach. Kolejarze boją się zmian, dlatego na razie ogłosili pogotowie strajkowe. Ale wszyscy razem poczuli tę rzadko zdarzającą się atmosferę wyborczego roku: naciśnij rząd, a coś uzyskasz. To nastrój niewidziany od dawna. Poprzednie wybory w 2011 r. przebiegały w cieniu światowego kryzysu i groźby rozpadu strefy euro, z kolei te w 2007 r. odbyły się z marszu z powodu samorozwiązania Sejmu. Zainteresowane grupy nie zdążyły się wówczas zorganizować. Natomiast poprzednie przykłady nie wróżą najlepiej. W 2005 r. wystraszony górniczą demonstracją Sejm uchwalił emerytury górnicze, a jeszcze cztery lata w tył posłowie na wyścigi uchwalali ustawy, których nie mógł unieść budżet. Mam jednak nadzieję, że rząd złapie się za kieszeń i nie pójdzie na spełnianie żądań kolejnych grup. Bo choć może nawet niektóre z nich mogą mieć uzasadnienie, to wszystkie naraz na pewno nie. Tym bardziej przy naszym kształcie dochodów budżetowych, które są głównie na barkach nisko i średnio zarabiających. W efekcie do nieźle zarabiających górników czy rolników mogących liczyć na spore pieniądze z Unii dopłacaliby podatnicy, których zarobki są na tym samym poziomie lub niższe. To budzi szczerą chęć protestu.