Alaksandr Łukaszenka starał się o spotkanie z Władimirem Putinem od wybuchu protestów. Moskwa nie zamierza jednak wspierać go za darmo.
Szef białoruskiej administracji chciał przekonać się o nieprzerwanym poparciu Moskwy, z kolei Kreml skonkretyzował cenę za takie wsparcie.
W przeciwieństwie do niedawnej wizyty rosyjskiego premiera Michaiła Miszustina, który przywiózł do Mińska dwóch wicepremierów i kilku ministrów, Łukaszenka przybył na rozmowy sam. W rezydencji Boczarow Ruczej prezydentom towarzyszyli jedynie ambasadorowie obu państw Dmitrij Mieziencew i Uładzimir Siamaszka, którzy w razie potrzeby mieli służyć szczegółami. Mieziencew podczas poprzedniego spotkania z Łukaszenką podarował mu reprint XIX-wiecznego atlasu, zaznaczając, że wówczas białoruskie gubernie należały do Rosji. Siamaszka również ma opinię twardego negocjatora, a obok funkcji ambasadora – co rzadkie w światowej dyplomacji – powierzono mu też pełnomocnictwa wicepremiera ds. relacji z Rosją.