Prezydent USA – nie oglądając się na Kongres – podjął decyzję w sprawie finansowego wsparcia ludzi dotkniętych załamaniem gospodarczym.
Reklama
W weekend Donald Trump podpisał cztery rozporządzenia wykonawcze, by rozwiązać patową sytuację, jaka zapanowała między mającymi przewagę w Izbie Reprezentantów demokratami a zdominowanym przez republikanów Senatem w sprawie kolejnego etapu walki z wywołanym pandemią koronawirusa kryzysem gospodarczym. Od razu pojawiły się wątpliwości co do tego, czy prezydent miał w ogóle prawo je wydać. Jednak wobec tego, że w grę wchodzi jego reelekcja, Trump nie ogląda się na procedury.
Pierwsze rozporządzenie wykonawcze przedłuża zasiłki dla bezrobotnych, którzy utracili pracę z powodu COVID-19, ale nowe czeki będą opiewały na 400 dol., podczas gdy wcześniej było to 600 dol. Drugie odracza konieczność zapłacenia podatku dla osób zarabiających poniżej 100 tys. dol. rocznie. Kolejne wprowadza moratorium na eksmisję lokatorów niepłacących czynszu, ale jednocześnie uruchamia pomoc finansową dla właścicieli budynków mieszkalnych. Ostatnie wprowadza ulgi dla osób spłacających kredyty studenckie.
Konstytucjonaliści są zgodni, że kompetencje w zakresie wydawania takich decyzji ma wyłącznie Kongres. Dlatego demokraci mogą z tym pójść do sądu. Ale niekoniecznie opłaca się im to politycznie, bo wszystkie cztery decyzje są popularne wśród Amerykanów. Jeżeli jednak nie wejdą na drogę prawną, to może się utrwalić precedens, że prezydent nie musi się oglądać na władzę ustawodawczą w zasadzie w żadnej sprawie.
Ale całe polityczne zamieszanie sprowadza się do tego, że władze stanowe, niezależnie od barw partyjnych, oraz demokraci z Kongresu chcą jak największej pomocy państwa w walce z koronawirusem, a Biały Dom dąży przede wszystkim do tego, by gospodarka jak najszybciej wróciła do normy, a o pomocy Amerykanom myśli selektywnie i doraźnie, głównie w kontekście nadchodzących wyborów.
Ważnym problemem, z jakim mierzą się Amerykanie i który generuje polityczny spór, są rachunki za leczenie COVID-19. W marcu, kiedy zaczynała się społeczna izolacja, Kongres uchwalił dwie ustawy. Jedna nakazywała ubezpieczycielom pokrywanie kosztów leczenia i diagnozowania koronawirusa, nawet jeżeli w ich polisach wcześniej nie było takiego punktu. Druga zobowiązywała rząd federalny do zapłacenia za szpitalne rachunki tych, którzy pozostawali nieubezpieczeni. Biały Dom zadbał, żeby w kongresowej ustawie znalazł się przepis, że placówki medyczne, które skorzystały ze wsparcia finansowego rządu w trakcie kryzysu, nie mają prawa obciążać pacjentów.
Jednak szpitale i tak wysyłają rachunki pacjentom i zapewne wiele z tych spraw skończy się w sądzie. Według przeprowadzonych na przełomie maja i czerwca badań Instytutu Gallupa 9 proc. tych, którzy podejrzewali, że mogą być zarażeni koronawirusem, w ogóle nie zgłosiło się do lekarza w obawie przed ewentualnymi wysokimi kosztami leczenia. Otwarte pozostaje pytanie, czy doświadczenie pandemii popchnie Amerykę na tory powszechnej opieki zdrowotnej. Sprawa ubezpieczeń zdrowotnych jest przedmiotem sporu między Donaldem Trumpem, który chce utrzymania komercyjnego systemu, a demokratami.
Otwarta też pozostaje kwestia lockdownu, który teraz, przy wzroście zachorowań, powrócił w kilku stanach. Odkąd nastała pandemia COVID-19, w sądach różnego szczebla w Ameryce złożono kilkadziesiąt pozwów o zniesienie izolacji i odblokowanie działalności gospodarczej. Oprócz czynnych polityków składali je przedsiębiorcy oraz organizacje branżowe. Zdarzały się też skargi na działanie władz od obywateli, którzy utracili pracę. Na początku kwietnia media obiegła relacja ze sprawy, jaką chciał wytoczyć władzom miasta Denver i stanu Kolorado pozbawiony zatrudnienia kucharz Michael Lawrence. Jego przedstawiciel powoływał się na to, że burmistrz i gubernator, wprowadzając ograniczenia w liczbie ludzi mogących wziąć udział w nabożeństwie, naruszyli I poprawkę do konstytucji gwarantującą wolność wypowiedzi, współcześnie interpretowaną też jako nieskrępowane prawo do prowadzenia biznesu oraz wolność wyznawania religii. Sąd nie zgodził się wysłuchać Lawrence’a i orzekł, że władze postępują zgodnie z prawem, w stanie wyższej konieczności, jaką spowodowała pandemia.
Według badań cenionej sondażowni Monmouth University Polling Institute 63 proc. respondentów uznało, że restrykcje znoszone są za szybko, tylko 29 proc. – że za wolno. Ludzie zdają się być już przyzwyczajeni do trudu kwarantanny i wkalkulowali w życie zagrożenie COVID-19. Większość Amerykanów chce, aby następne wybory odbyły się korespondencyjnie. Niewykluczone, że jeżeli – przynajmniej w kilkunastu stanach – uda się je sprawnie przeprowadzić, to Ameryka pozostanie przy tej formie elekcji na zawsze. Według zamówionego ostatnio przez Associated Press sondażu aż 40 proc. obywateli chce w ogóle zniesienia obowiązku głosowania osobiście w lokalu wyborczym. Na poziomie formalnoprawnym może się to odbywać krok po kroku, np. poprzez stopniowe zwiększanie uprawnień ludzi do absentee ballots, czyli głosów oddanych listownie, jeżeli ma się zasadny powód, by nie pójść do komisji obwodowej. Decyzję o tym, jak organizować w przyszłości wybory federalne, podejmie nowo wybrany w listopadzie Kongres. Jeżeli demokraci utrzymają przewagę w Izbie Reprezentantów i odbiją republikanom Senat (na to ostatnie ich szanse wynoszą pół na pół), to głosowanie osobiste w USA zacznie przechodzić do historii.