Demokratyczni wyborcy się mobilizują, a sondaże wskazują remis w jesiennych wyborach prezydenckich.
Stan Samotnej Gwiazdy, największy i najbardziej niezależny, ostoja tradycyjnych wartości i bastion amerykańskiego konserwatyzmu, rządzony jeszcze niedawno przez gubernatorów w kowbojskich butach George’a W. Busha i Ricka Perry’ego, po raz ostatni głosował na demokratę w wyborach prezydenckich w 1976 r. Wtedy głosowanie wygrał Jimmy Carter. Teksas ze swoimi 38 głosami elektorskimi (więcej ma tylko Kalifornia) uchodzi za perłę w koronie wyborczej mapy Partii Republikańskiej. Jej kandydaci wygrywali tam przewagą zwykle 20 pkt proc.
W ostatnim cyklu w 2016 r. spadła ona do 10, ale to dalej komfortowa górka. Tymczasem trzy z czterech ostatnich sondaży dają w tym roku zwycięstwo Joemu Bidenowi. Badania zamówione przez CBS oraz Fox News dają mu jednopunktową przewagę, a opublikowane w poniedziałek i przeprowadzone na zlecenie Dallas Morning News – pięciopunktową. Donald Trump wygrywa za to jednym punktem w ankiecie Quinnipac. Jednym słowem wszystko wskazuje na to, że po raz pierwszy od 44 lat Teksas idzie na remis i obydwa sztaby będą się z nerwowością przyglądać spływającym w wyborczą noc wynikom.
Reklama
W miniony weekend New York Times napisał, że ekipa Bidena przygląda się sytuacji z coraz większym optymizmem i rozważa zaangażowanie w kampanię w Teksasie zasobów finansowych i kadrowych, czego na poważnie nie robił żaden demokratyczny kandydat od wielu lat. Naturalnie na to odezwał się też sztab Trumpa. – Kiedy Joe Biden ukrywa się w swojej piwnicy zamiast konstruktywnie włączyć się w narodową debatę, prezydent Trump angażuje się w walkę z pandemią i odbudowanie ładu społecznego po serii zamieszek. Teksańczycy nie chcą suflowania od demokratów, czemu dadzą wyraz, wybierając obecnego prezydenta na drugą kadencję – powiedziała rzeczniczka komitetu reelekcji republikanina Samantha Cotten w wywiadzie udzielonym Texas Tribune.
Z czego ta zmiana w sondażach dająca nadzieję demokratom wynika? Przede wszystkim z najszybciej rozwijającej się w całych Stanach populacji. Na początku XXI w. republikanie patrzyli na ten trend z radością, licząc, że stale rosnąca w związku z nim liczba głosów elektorskich przypadających Teksasowi wzmacniała ich wyborczą bazę. Ale w drugiej dekadzie obecnego stulecia okazało się, że nowi wyborcy preferują raczej demokratów. Najwięcej ludzi przybywa bowiem w dużych miastach, głównie Houston i Dallas, o wiele bardziej przychylnych lewicy niż ranczerska prowincja Dzikiego Zachodu. Takiego obrotu sprawy spodziewali się już w 2002 r. politolodzy John B. Judis i Ruy Teixeira w eseju zatytułowanym „Emerging Democratic Majority” („Rosnąca demokratyczna większość”). Pisali wówczas, że dzielnice miejskie zdominowane przez Latynosów i Afroamerykanów rozwijają się szybciej niż tradycyjnie głosujące na republikanów białe przedmieścia. Trzeba tutaj powiedzieć, że mniejszości etniczne stanowią w sumie 59 proc. liczącej prawie 30 mln populacji, wobec czego Teksas jest minority-majority state – stanem, gdzie niebiali są większością. Sondaże wskazują też statystyczny remis, bo do demokratycznej koalicji dołączyły tradycyjnie popierające republikanów kobiety z przedmieść: pracujące i niepracujące żony i matki, którym nie odpowiada zachowanie prezydenta w sprawach obyczajowych.
W ciągu ostatnich czterech lat do spisu wyborców dopisało się rekordowe 2,1 mln Teksańczyków. To wzrost elektoratu o 15 proc. Większe zainteresowanie mieszkańców stanu wyborami to także żniwo kampanii Beto O’Rourke, demokratycznego kandydata na senatora dwa lata temu, który zmobilizował przede wszystkim młodych i latynoskich wyborców. Chociaż ostatecznie przegrał, to ledwie niecałymi trzema punktami. Żywioł, jaki wyzwolił, pomógł za to w pokonaniu dwóch urzędujących republikańskich kongresmenów.
Dodatkowym, niewynikającym z trendów demograficznych problemem Trumpa, jest pandemia koronawirusa. Teksas odnotował w ostatnich tygodniach jeden z największych w całych Stanach wzrostów zachorowań, a republikański gubernator Greg Abbot nakazał obowiązkowe noszenie maseczek. I oświadczył przy okazji, że jeżeli ludzie się nie zastosują, to ponownie zamknie otwarte w maju restauracje, kościoły, urzędy i obiekty sportowe. Metody walki z COVID-19, jakich używa Abbot, popiera ponad 70 proc. mieszkańców stanu. Tymczasem zachowanie prezydenta w sprawie pandemii jedynie 40 proc.
W Teksasie przybywa ludzi, ale nowi wyborcy preferują raczej demokratów