Ostatnie ataki Władimira Putina na Polskę nie są ani przypadkowe, ani emocjonalne. To część skrupulatnie zaplanowanej strategii, w dodatku dość przewidywalnej. „Moskwa na 80. rocznicę wybuchu wojny szykuje ofensywę propagandową wybielającą ZSRR z zarzutu współudziału w jej rozpętaniu” – pisaliśmy 21 sierpnia na łamach DGP. Kulminacja tej ofensywy jeszcze przed nami.
Putin na kolegium ministerstwa obrony znów zarzucił Warszawie paktowanie z III Rzeszą. – Właśnie takiego sortu ludzie, którzy wtedy prowadzili rozmowy z Hitlerem, dzisiaj burzą pomniki żołnierzom wyzwolicielom z Armii Czerwonej, którzy wyzwolili państwa i narody Europy od nazizmu. W tym sensie, niestety, niewiele się zmieniło. Musimy brać to pod uwagę również przy budowie naszych sił zbrojnych – mówił prezydent.
Takie pogróżki będą się w rosyjskiej propagandzie pojawiać, bo sprzyja temu kalendarz. 17 stycznia 2020 r. przypada 75. rocznica wkroczenia wojsk sowieckich do ruin Warszawy. Tegoroczne rocznice wyparcia Niemców ze stolic państw bałtyckich czy Kijowa były wykorzystywane przez kremlowską propagandę do narzucenia własnej, gloryfikującej stalinizm wizji historii. Nie ma powodów, by przypuszczać, że z Warszawą będzie inaczej.
10 dni później wyzwolono obóz w Auschwitz. Na jerozolimskich obchodach tej rocznicy – konkurencyjnych do organizowanych w Oświęcimiu uroczystości z udziałem Ocalonych – Putin pojawi się obok Binjamina Netanjahu, szykującego się do trzecich w ciągu roku wyborów parlamentarnych. Antypolska retoryka bywa atrakcyjnym narzędziem w wewnętrznej walce politycznej w Izraelu, więc i tym razem rosyjski przywódca może skorzystać z okazji do ataku, bo wie, że znajdą się chętni, by to podchwycić.
Ostatnim akordem będą obchody 9 maja w Moskwie. Po agresji Rosji na Ukrainę w 2014 r. rosyjski dzień zwycięstwa był bojkotowany przez zachodnich przywódców. Tym razem tak się nie stanie, o czym świadczy planowana wizyta prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Do tego czasu możemy regularnie słyszeć z Moskwy wezwania takie jak to, które 24 grudnia popłynęło z ust szefa Dumy Wiaczesława Wołodina, że „przywódcy Polski powinni przeprosić za to, co zaszło w przeszłości”, a „jeśli chodzi o kłamliwą retorykę Polski, właściwe byłoby tę sytuację maksymalnie nagłośnić”.
Wbrew pozorom Polska nie stoi na straconej pozycji. Mamy jak się bronić i co Rosjanom przypominać. Nie chodzi tylko o oczywistą różnicę między paktem Ribbentrop-Mołotow, który przewidywał rozbiór Europy Środkowej między dwa państwa totalitarne, a porozumieniami podpisywanymi z Berlinem przed wojną przez inne państwa Europy. Chodzi też o wpływ, jaki polityka Stalina sprzed 1941 r. miała na zagładę Żydów i na systemowy antysemityzm sowieckiego państwa, który trwał przez kolejne dekady.
„Zagłada 3 mln polskich Żydów była możliwa w efekcie sowiecko-hitlerowskiej współpracy w latach 1939–1941” – pisze rosyjskojęzyczny izraelski „Kursor” w kontekście słów Putina i przypomina słowa Wiaczesława Mołotowa, że bycie lub nie faszystą „to kwestia gustu”. A Eldad Beck na łamach wczorajszego „Jisra’el ha-Jom”, najpoczytniejszej gazety w kraju, opisuje rolę posła RP w Szwajcarii Aleksandra Ładosia w próbach ratowania Żydów z Szoa.
Dla części rosyjskojęzycznych Izraelczyków – a stanowią oni 17 proc. ludności – obraz Putina jako silnego lidera bywa atrakcyjny. Nie znaczy to jednak, że gremialnie podzielają oni jego zrozumienie dla stalinizmu. ZSRR to nie tylko wyzwolenie niemieckich obozów zagłady. To także wydawanie Gestapo uciekinierów z Generalnego Gubernatorstwa i antysemickie fale represji. Ostatnią, potencjalnie najbardziej krwawą, powstrzymała dopiero śmierć Stalina.
W radzieckich dowodach osobistych pod numerem piątym była rubryka „narodowość”. Zapis „jewriej” (Żyd) skazywał na dyskryminację. – On ma piąty punkt – kiwano głową i od razu było wiadomo, o jaką konkretnie narodowość chodzi. Żydzi sami siebie określali przez to smutnym mianem inwalidów piątej grupy. Nawet w Żydowskim Okręgu Autonomicznym, stworzonym przez Stalina pod chińską granicą jako namiastka żydowskiej ojczyzny, obywatele woleli wysyłać dzieci do rosyjskich, a nie żydowskich szkół. Znajomość jidysz raczej ukrywano, niż się nią chwalono.
Dobrym przykładem są losy Natana Szaranskiego, najbardziej znanego przedstawiciela rosyjskojęzycznych Żydów w Izraelu. Na przełomie lat 70. i 80. znany dysydent, po repatriacji do Izraela w 1986 r. przebojem wszedł do polityki, przez dekadę był członkiem rządu. Choć rodzina Szczaranskich (Natan uprościł sobie nazwisko po emigracji) pochodziła z Odessy, Natan urodził się w Doniecku. Jego ojciec Borys wyjechał na Donbas, bo jako Żyd nie mógł znaleźć pracy. A przecież teoretycznie Kraj Rad gwarantował powszechne zatrudnienie. Warto o tym światu przypominać.