Pomimo zbliżającego się brexitu nad Tamizą w najlepsze trwa sezon partyjnych zjazdów.
Na razie temat wcześniejszego plebiscytu przycichł, co nie znaczy jednak, że stał się mało prawdopodobny. Wręcz przeciwnie, wielu komentatorów jest zdania, że wybory są nieuniknione – zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że rząd Borisa Johnsona nie ma większości w parlamencie. Co więcej, przez najbliższe dwa tygodnie w Wielkiej Brytanii będzie trwał sezon na partyjne zjazdy – doskonała okazja, aby dopracować przekaz polityczny do elektoratu.
Wczoraj zakończyła się dwudniowa konwencja Liberalnych Demokratów. To najbardziej proeuropejska partia na brytyjskiej scenie politycznej (b. premier David Cameron nie wierzył, że nad Tamizą dojdzie do referendum brexitowego, bo był przekonany, że taką inicjatywę zablokują właśnie liberalni demokraci), ale liderka ugrupowania postanowiła jeszcze wzmocnić ten przekaz. Jo Swinson stwierdziła więc, że gdyby jej partia doszła do władzy, to po prostu wycofałaby wniosek o rozwód z Unią Europejską – nawet bez ponownego zasięgania opinii Brytyjczyków w drugim referendum.
Reklama

Reklama
– Prawda jest taka, że nie możemy się przygotować na wyjście z Unii bez porozumienia. Takich przygotowań nie sposób bowiem porównać do niczego innego prócz przygotowań do spalenia swojego własnego domu. Jasne, ktoś może mieć na taki wypadek wykupione ubezpieczenie, ale przecież i tak traci się wszystkie swoje rzeczy – przekonywała.
Jak na brytyjskie warunki tak bezwarunkowe poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej to skrajne stanowisko. W Partii Konserwatywnej nawet zwolenników organizacji drugiego referendum uważa się za ekstremistów – a co dopiero polityków chcących pozostać w UE. Liberalni Demokraci liczą jednak, że w ten sposób uda im się przyciągnąć proeuropejskich wyborców – zwłaszcza biorąc pod uwagę niekonsekwentną w tym obszarze politykę Partii Pracy, największej partii opozycyjnej.
Partia Swinson liczy na to, że nawet niewielki przepływ wyborców pozwoli znacząco zwiększyć liczbę mandatów w Izbie Gmin. To jest możliwe dzięki brytyjskiej ordynacji wyborczej, według której mandat w okręgu zdobywa poseł, na którego zagłosowało najwięcej osób, a reszta głosów „się marnuje”. W 2017 r. „libdemi” zdobyli 7,4 proc. głosów i 12 miejsc w Izbie Gmin (z 650); podczas wyborów do europarlamentu kilka miesięcy temu zgarnęli 20 proc. głosów i na razie poparcie utrzymuje się na tym poziomie.
– Liczymy na to, że dałoby nam to ok. 40 mandatów w przyszłej Izbie Gmin. Ale z wewnętrznych badań wiemy, że wahnięcie elektoratu rzędu 1,5 do 2 proc. może w efekcie przynieść nam nawet 100 miejsc, a 5-procentowe – nawet 200 – mówił w poniedziałek poseł partii Chuka Ummuna – który zdezerterował z Partii Pracy właśnie z powodu brexitowej polityki lidera Jeremy’ego Corbyna.
Od pewnego czasu tę regułę można streścić słowami: dajmy ludziom wypowiedzieć się w tej kwestii jeszcze raz, a więc partia chciałaby organizacji drugiego referendum. Jest to związane z tym, że wśród laburzystów jest sporo zwolenników wyjścia z UE – w tym sam Corbyn. Lider z pewnością będzie mówił o tym podczas zjazdu ugrupowania w dniach 21–25 września. Kilka dni po Partii Pracy zbiorą się również konserwatyści (29 września – 2 października), a po nich – walijska Plaid Cymru oraz szkoccy nacjonaliści.
Co jednak wydarzy się na konwencjach tych partii, będzie zależało od najbliższych wydarzeń politycznych nad Tamizą. W czwartek Sąd Najwyższy ma ocenić, czy pięciotygodniowe zawieszenie prac parlamentu przez Borisa Johnsona jest zgodne z prawem. Jeśli nie, otworzy to prawdziwą polityczną puszkę Pandory – włącznie z tym, że szef rządu doradził królowej niezgodnie z prawem (formalnie to monarcha zawiesza prace parlamentu). Co więcej, takie orzeczenie – które nie jest zresztą pewne, wcześniej najwyższy sąd Anglii ocenił, że premier działał zgodnie z prawem – może przysłonić nawet ogłoszenie nowej polityki w sprawie brexitu, co miałoby nastąpić w przyszłym tygodniu.