Dla skrajnej prawicy personifikacją zła jest George Soros, który rzekomo sprowadził na Europę falę uchodźców i terroryzm. Dla lewicy jest nią zmarły właśnie David Koch, który wraz z bratem ma odpowiadać za porażki polityki klimatycznej, pożary w Amazonii, a w perspektywie kilku pokoleń – za koniec świata.
Dziennik Gazeta Prawna
Zmarł na raka prostaty i dlatego będę chyba musiał zmienić swoją niepochlebną dotąd opinię na temat raka prostaty. (...) Cieszę się, że nie żyje”. Skąd ten cytat? Z anonimowego komentarza wystawionego przez hejtera pod nekrologiem? Nie. To opinia Billa Mahera, amerykańskiego komika i komentatora politycznego, wygłoszona na antenie HBO. Maher w ciągu 30-letniej kariery telewizyjnej zjednał sobie setki tysięcy zwolenników na lewicy. Demokraci kochają go m.in. za to, że mówi na głos to, przed wypowiedzeniem czego ich samych powstrzymują resztki przyzwoitości. Maher nie znosi tabu i obca jest mu kurtuazja. A zatem radość z czyjejś śmierci? Czemu nie? Zwłaszcza że tym razem chodzi o śmierć osoby, którą amerykańska lewica uznała za wcielonego diabła – Davida Kocha, współwłaściciela imperium Koch Industries i jednego z najbogatszych ludzi świata. Zmarł 23 sierpnia w wieku 79 lat.

Biznesowa dynastia

Reklama
Jeśli istnieją ludzie stworzeni po to, by budzić zawiść, David Koch był jednym z nich. Po pierwsze – dobrze urodzony. Nie w sensie arystokratycznych korzeni – o bogactwie jego domu rodzinnego zadecydowała ropa. Ojciec Davida Fred C. Koch w połowie lat 20. XX w. opracował nową, bardziej wydajną metodę wytwarzania paliwa, która pozwoliła jego rafinerii konkurować z największymi graczami na rynku. To on stworzył imperium, które potem przejęli jego synowie (David ma jeszcze trzech braci: Charlesa, Williama i Fredericka).
Po drugie – hojnie potraktowany przez matkę naturę. Przystojny, sprawny fizyczne i wysoki (1,96 m) oraz niezwykle inteligentny. Studiował inżynierię chemiczną na prestiżowym Massachusetts Institute of Technology, a jednocześnie – poza nauką – notował sukcesy sportowe. Grał w koszykówkę w drużynie uniwersyteckiej, zdobywając średnio 21 punkty na mecz. Jego rekord, 41 punktów, został pobity dopiero w… 2009 r.

Reklama
Po trzecie, niezwykle ambitny. Teoretycznie mógł odsprzedać braciom swoje udziały w Koch Industries za kilka miliardów dolarów i delektować się życiem w luksusie, w otoczeniu pięknych kobiet (miał opinię playboya), ale nawet tego nie rozważał. To znów kwestia wychowania. Koch senior nieustannie stymulował wzajemną rywalizację między synami. Nie mogli osiąść na laurach, żeby nie stracić twarzy. Ta rywalizacja odbiła się im czkawką w latach 90., gdy Koch Industries stało się już jednym z największych przedsiębiorstw USA. William i Frederick zaczęli podważać metody, jakimi Charles i David zarządzali firmą. Chcieli przejąć ster. Rodzina się podzieliła i weszła na drogę sądową. Buntownicy zostali wyrzuceni za burtę w 1998 r. i choć na pocieszenie dostali 1,1 mld dol., to jeszcze trzy lata zajęło im pogodzenie się ze zwycięzcami. Gdy dziś w amerykańskiej debacie publicznej ktoś odnosi się do „braci Koch”, ma więc na myśli tylko dwóch z nich – Charlesa i Davida – oraz kierowany przez nich Koch Industries, petrochemiczny konglomerat notujący 110 mld dol. przychodów rocznie i zatrudniający 120 tys. ludzi w 60 krajach świata.
Chociaż już samo posiadanie olbrzymiego bogactwa w oczach lewicy jest grzechem kwalifikującym do dziewiątego kręgu piekła, to bracia Koch musieli zawinić szczególnie, skoro śmierć jednego z nich stała się powodem do publicznego świętowania. Jaki grzech popełnili?
Linia oskarżenia brzmi tak: bracia Koch używali swoich wpływów i pieniędzy, by kupować amerykańskich polityków i forsować rozwiązania korzystne dla ich firmy, a szkodliwe dla zwykłych Amerykanów, no i oczywiście dla przyrody. – David Koch może żył „tylko” 79 lat, ale dożył przynajmniej pożarów w Amazonii. On i jego brat finansowali kampanie i naukowców udowadniających, że nie ma globalnego ocieplenia. Pie...ć go! – oburzał się Maher.
Czy Kochowie naprawdę mieli aż tyle do powiedzenia w polityce, jak twierdzą krytycy? Możliwe. Daniel Schulman, biograf naftowej rodziny, nazywa ją „najbardziej wpływową i najpotężniejszą dynastią”, która „przeobraziła cały amerykański krajobraz polityczny”.
Ale to, czy jej rola była jednoznacznie negatywna, nie jest wcale takie oczywiste.

Idee mają konsekwencje

Wróćmy do Kocha seniora. W latach 30. XX w. firma Freda postanowiła zrobić interes z Rosją Sowiecką. Zaczęła szkolić tamtejszych inżynierów i pomagać im w budowie nowoczesnych rafinerii. Koch początkowo nie miał oporów przed współpracą z Rosjanami. W tamtym czasie USA były pełne podziwu dla osiągnięć gospodarczych ZSRR. Wielu intelektualistów sądziło, że Sowiety to żywy dowód na to, że socjalizm działa. Koch był więc tylko dzieckiem swojej epoki. O tym, że wszystko, co mówi się o wspaniałym Stalinie, to bzdury, przekonał się, gdy jego rosyjscy współpracownicy padli ofiarami wielkiego terroru. Od tamtej pory Fred stał się zaciekłym wrogiem centralnie sterowanej gospodarki i komunizmu. Nie tylko napisał antykomunistyczny pamflet – aktywnie zwalczał też lewicowe poglądy w swoim otoczeniu, lecz w 1958 r. stał się współtwórcą John Birch Society, organizacji tropiącej komunistycznych agentów wpływu w USA. Niektórzy członkowie stowarzyszenia podejrzewali nawet, że sowieckim agentem był sam prezydent Dwight D. Eisenhower. Fred Koch przekonywał, że „komuniści będą infiltrować najwyższe urzędy Ameryki, dopóki nie obsadzą swojego człowieka na najwyższym urzędzie, tj. prezydenckim”.
Antykomunistyczne lęki, skądinąd zrozumiałe w realiach zimnej wojny, zaszczepił też swoim synom. Jednocześnie pielęgnował u nich podziw dla wolnego rynku. „Ojciec nieustannie opowiadał nam, co jest nie tak z rządem i jego polityką. Wpoił nam pogląd, że duży rząd to zły rząd, że rządowa kontrola naszego życia i majątku nie jest dobra” – wspominał David w jednym z wywiadów.
To głęboko ideologiczne i (przynajmniej z początku) szczere przekonanie legło u podstaw tego, co później ochrzczono mianem „Kochtopusa”, ośmiornicy oplatającej amerykańskie życie publiczne mackami pieniędzy pompowanymi w Partię Republikańską (mniej więcej 12 mln dol. na cykl wyborczy) oraz mackami idei, które wśród elit, ale i zwykłych obywateli promują fundowane przez braci think tanki, ze słynnym Cato Institute na czele (powstał on w latach 70. jako Charles Koch Foundation). Inne instytucje związane finansowo z Kochami to m.in. Americans for Prosperity, George Mason University, American Enterprise Institute, Heritage Foundation (to ona opracowuje słynny Indeks Wolności Gospodarczej) czy Citizens for a Sound Economy. Szacuje się, że Kochowie wsparli finansowo łącznie 200 think tanków i ufundowali ok. 300 programów uniwersyteckich. Pośrednio stoją też za powstaniem Partii Herbacianej (Tea Party), konserwatywnego ruchu społecznego domagającego się ograniczenia władzy rządu federalnego. Na tym właśnie polega geniusz braci Koch. Zrozumieli, że aby wywierać istotny wpływ na politykę, nie wystarczą hojne przelewy na konta kongresmenów. Ktoś bogatszy mógłby ich przelicytować. Trzeba jeszcze w ludziach zakorzenić właściwe, tj. zgodne z „naszymi”, przekonania. W tym przypadku – ogólną nieufność do instytucji państwa opiekuńczego, rynkowych regulacji i zbyt wysokich podatków. W skrócie: chodzi o libertarianizm.
Jakie realne skutki przyniosła strategia realizowana przez Kochów? Najskuteczniejsze okazały się jego ataki na obóz Baracka Obamy, którego uznawali za „twardego socjalistę, który tylko udaje, że nim nie jest”. „Gdy w 2008 r. Obama został prezydentem, David i Charles rzucili się do działania. (...) Fundując i popularyzując badania uniwersyteckie zgodne z ich światopoglądem, zbudowali ruch oddolnych aktywistów, by go powstrzymać. Zadziałało. Demokraci stracili 63 miejsca w Izbie Reprezentantów” – pisze Philip Elliott na łamach magazynu „Time”. To po części dzięki wysiłkom Kochów demokraci przegrali trzy lata temu wybory prezydenckie, a do władzy doszedł Donald Trump (chociaż to drugie akurat ku niezadowoleniu braci). Lewicowi krytycy zwracają też uwagę na wpływ, jaki bracia wywierają na legislację. Jak podaje Robert Greenwald w filmie „Koch Brothers Exposed” z 2012 r., wydali oni 28 mln dol. na same tylko raporty, które miały przekonać Amerykanów, że ich system zabezpieczeń społecznych jest na skraju bankructwa, i zbudować poparcie dla jego całkowitej prywatyzacji. Ten ruch jednak się nie powiódł, a Obama rozszerzył jeszcze zakres ubezpieczeń – w sferze opieki zdrowotnej. Nie udało się też zapobiec uchwaleniu ustawy Dodda-Franka regulującej rynek finansowy.
Libertariańskie ideały, którym hołdują Kochowie, nie zostały zrealizowane nawet za czasów Trumpa. Poza obniżką podatków w polityce obecnego prezydenta nic im się nie podoba. Wydatki rządowe wciąż są na wysokim poziomie, programy socjalne działają, płaca minimalna funkcjonuje, regulacje się mnożą, a w polityce międzynarodowej nastąpił powrót protekcjonizmu. To właśnie nakładanie ceł na Chiny i subsydiowanie krajowych rolników było bezpośrednią przyczyną zerwania stosunków między braćmi Koch a Trumpem. – Taka polityka oraz nieustanne wprowadzanie podziałów między ludźmi szkodzą w długim terminie – mówili w mediach rzecznicy prasowi braci. „Nigdy nie szukałem wsparcia u tych globalistów Kochów, nie potrzebuję ich pieniędzy i szkodliwych idei” – odpowiedział im Trump na – a jakże! – Twitterze.

Łyżka dziegciu

Dzięki Kochom amerykańskie środowiska wolnorynkowe wytworzyły całe zastępy wpływowych intelektualistów, których prace oddziałują na decyzje polityczne. Na przykład George W. Bush, projektując ustawy deregulacyjne, bezpośrednio posiłkował się pracami ekonomistów z ufundowanego przez Kochów Mercatus Center. Analizy te były utrzymane w duchu klasycznego liberalizmu, a ich autorzy często identyfikowali się z austriacką szkołą ekonomii, która powstała w… XIX w. Ale jak mawiał John Maynard Keynes, nawet najbardziej pragmatyczny polityk jest niewolnikiem idei dawno zmarłego ekonomisty. Gdy lewicowi ekonomiści w rodzaju Paula Krugmana odkopywali z grobu Keynesa i Michała Kaleckiego, eksperci Kochów wyciągali Smitha i Hayeka. Jeśli zachowali uczciwość intelektualną – trudno mieć im to za złe, a do Kochów nie można mieć pretensji, że im w tym pomagali. Nie ma niczego złego w promowaniu idei, które uważa się za słuszne. Co więcej, jeśli Kochowie byliby szczerymi wyznawcami prawdziwego libertarianizmu, oznaczałoby to, że propagują idee mające osłabić, a nie wzmocnić wpływ grup interesu na stanowienie prawa (libertarianizm zakłada bowiem, że rząd powinien mieć jak najmniejsze kompetencje w dziedzinie gospodarki). Byłby to bezinteresowny lobbing na rzecz wolnego rynku, a także na rzecz ogólnej prosperity, zupełnie różny od lobbingu tradycyjnego, którego celem jest po prostu uzyskanie kolejnych, niesprawiedliwych przywilejów. W takim wypadku należałoby Kochom przyklasnąć. – To prawda, że i my jesteśmy specjalną grupą interesu, ale taką, która lobbuje za tym, by grup interesu nie było wcale, która nie chce centralizacji, ale rozproszonej i ograniczonej władzy – przekonywał przed czterema laty w rozmowie z telewizją CBS Charles Koch.
Słowa to jednak nie to samo co czyny. Rozbieżność między deklaracjami Kochów a ich działaniami zauważał już papież libertarian Murray Rothbard, gdy w 1980 r. David Koch kandydował na stanowisko wiceprezydenta USA u boku Eda Clarka, kandydata Partii Libertariańskiej na szefa państwa. Rothbarda przeraziło odejście tej pary od postulatów radykalnych na rzecz gradualizmu, czyli poglądu, że wolny rynek należy wprowadzać stopniowo. „Ta kampania to poczwórna katastrofa: zdrada ideałów, klęska w budowie kadr, finansowa nieodpowiedzialność, brak głosów” – pisał Rothbard, gdy już wiadomo było, że Koch i Clark zdobyli poparcie wyborców na poziomie zaledwie 1 proc.
Jednym z punktów zapalnych w konflikcie między Rothbardem a Kochem było podejście do energii nuklearnej. Ludzie biznesmena naftowego chcieli likwidacji przemysłu nuklearnego, a guru libertarianizmu domagał się jego prywatyzacji. Łatwo wyjaśnić te poglądy: zamknięcie elektrowni jądrowych oznaczałoby większe zyski dla przemysłu wydobywczo-paliwowego, czyli… Kochów. Prywatyzacja – niekoniecznie. I jeśli przyjrzeć się bliżej działalności braci, to okaże się, że właśnie kwestie regulacji energetycznych i środowiskowych – dziwnym trafem tych, które bezpośrednio dotykają Koch Industries – były przedmiotem ich największego zainteresowania. Przepisy po prostu przeszkadzały w prowadzeniu aktywności gospodarczej na ogromną skalę. Choć niespecjalnie się też nimi przejmowano, co skutkowało ogromnymi karami nakładanymi na koncern Kochów przez rozmaite urzędy. Tylko pomiędzy 1999 a 2003 r. osiągnęły one łączną wartość 400 mln dol. Ale najwyraźniej „zyski” z nierespektowania prawa były większe.
W ciągu ostatnich dwóch dekad pojawiło się kolejne zagrożenie dla imperium Kochów: walka ze zmianami klimatu oznaczająca kolejne nowe regulacje i podatki. Ich firma jest uznawana za jednego z największych emitentów CO2 w USA. Tylko w 2011 r. uwolniła ona 24 mln ton CO2, czyli ekwiwalent tego, ile rocznie emituje 5 mln aut. Kochowie nie zasypiali gruszek w popiele. W 2010 r. udało im się przekonać 156 członków Kongresu, aby zobowiązali się, że będą głosować za ustawami dotyczącymi walki ze zmianami klimatu tylko wtedy, gdy będą im towarzyszyć proporcjonalne cięcia podatkowe. Jest to warunek nie do spełnienia, zarazem skuteczny hamulec polityki klimatycznej. W USA do dzisiaj nie udało się wprowadzić podatku od emisji CO2. Na straży interesu Kochów stoi dzisiaj sam Mike Pence, wiceprezydent USA, dla którego globalne ocieplenie jest mitem. Bracia wspierali go finansowo już przed siedmioma laty, gdy kandydował na gubernatora Indiany. Na jego kampanię David przeznaczył wówczas 200 tys. dol.

Koch Sorosem lewicy

W optyce lewicowej bracia Koch jawią się jako cynicy szermujący wzniosłymi ideami, by osiągać swoje egoistyczne cele. Jak to ujął Branko Marcetic na łamach socjalistycznego portalu Jacobinmag.com, „David Koch był złym człowiekiem, który poświęcił życie na czynienie zła”. Tak jednoznaczna ocena nie zdaje testu z logiki. Gdyby braciom chodziło tylko o zabezpieczenie interesów rodzinnego imperium, nie szliby na noże z Trumpem, lecz uznali go za swojego najlepszego przyjaciela. W końcu obniża podatki i nie chce wprowadzać radykalnej polityki klimatycznej. Rozdaje też protekcjonistyczne subsydia, o które i oni mogliby się postarać. Jednak tego nie robią. Gdyby Kochom zależało wyłącznie na egoistycznym interesie, nie angażowaliby się w kwestie odległe od ich biznesowej działalności. Na przykład nie przeznaczaliby 21 mln dol. na program redukcji biedy w Dallas, 100 mln dol. na działalność szpitala New York-Presbyterian czy 25 mln dol. na United Negro College Fund, instytucję oferującą stypendia edukacyjne dla Afromerykanów. „Bracia Koch wydali co najmniej 1,5 mld dol. na cele, które zazwyczaj są kojarzone z lewicą” – zauważa Julian Adorney na wolnorynkowym portalu Fee.org. Co więcej, Kochowie występowali publicznie w obronie mniejszości seksualnych i opowiadali się za liberalnym prawem aborcyjnym, zaangażowali się w program #cut50 mający na celu zmniejszenie o połowę liczby osób osadzonych w amerykańskich więzieniach do 2027 r., a także otwarcie krytykowali interwencje wojskowe USA, w tym wojnę w Iraku. Do tego wspierali sztukę: 11 lat temu David podarował 100 mln dol. organizacjom artystycznym działających w Lincoln Center (kompleks budynków, w którym mieści się m.in. siedziba New York City Ballet i Metropolitan Opera). Mało to wszystko republikańskie. Właściwie można by Kochów uznać za modelowych demokratów, gdyby nie ta Amazonia...
Przed uznaniem ich za ludzi bez serca krytyków powinny powstrzymać kwoty, jakie przeznaczyli na badania medyczne w dziedzinie zwalczania nowotworów. David zainteresował się tym tematem, kiedy w 1992 r. po raz pierwszy zdiagnozowano u niego raka. Wówczas udało mu się wyleczyć. W ogóle był dzieckiem szczęścia – rok przed tym, jak usłyszał diagnozę lekarzy, przeżył też katastrofę lotniczą – na pasie lotniska w Los Angeles jego samolot zderzył się z innym. Zginęły 33 osoby. Trudno zakładać, że człowiek po takich przejściach nie ma głębszej refleksji nad światem i kieruje się tylko egoistycznymi pobudkami. O ile nie jest psychopatą.
Mimo że w wielu przypadkach Davidowi Kochowi można przypisać szlachetne pobudki, nie usprawiedliwia to łamania prawa przez Koch Industries oraz działań lobbingowych, za którymi stał przede wszystkim prywatny interes braci, a nie dobro ludzkości (jak w przypadku regulacji klimatycznych). Uczciwa ocena Davida nie może być jednak tak radykalnie negatywna, jak chciałby tego tańczący na jego grobie Bill Maher. Zaangażowanie społeczne Kocha bazowało na przekonaniu, że pieniądze to nie wszystko i że prawdziwa długofalowa zmiana musi wynikać ze zwycięstwa w debacie publicznej. Stąd wzięły się te wszystkie think tanki. Rozmowa na argumenty to dość, przyznajmy, cywilizowany sposób osiągania swoich celów w demokracji – bardziej cywilizowany niż po prostu kupowanie polityków (tu sami demokraci mogliby uderzyć się w piersi, gdyż też chętnie przyjmują pieniądze od przedsiębiorców).
Dlaczego akurat Davida tak chętnie wysyła się do piekła? Moja teza brzmi następująco: każdy polityczny ekstremizm potrzebuje własnej personifikacji zła. Dla skrajnej prawicy jest nią George Soros, który rzekomo sprowadził na Europę falę uchodźców i terroryzm, a tak w ogóle to planuje wprowadzenie rządu światowego. Dla lewicy jest nią David Koch, który wraz z bratem ma odpowiadać za porażki polityki klimatycznej, pożary w Amazonii, a w perspektywie kilku pokoleń – za koniec świata. I Soros, i Koch mają tego pecha, że są zbyt bogaci i zbyt wystawieni na widok publiczny. A do tego czują potrzebę wypowiadania się na tematy polityczne. Wszystkie ich słabości stały się przez to wyraźniejsze; zaczęły rzutować nawet na to, co robili dobrze. Obaj biznesmeni okazali się idealnymi kandydatami na wrogów i bohaterów seansów nienawiści.
Co po śmierci Davida? Połowa tandemu, Charles, wciąż żyje. Mimo że jest starszy o cztery lata, to trzyma się całkiem nieźle. Nie pozwoli umrzeć spuściźnie brata. Amerykańskiej polityki nie musi jednak zmieniać w pojedynkę – sekundować mu będą tabuny ideowców. Najbliższa okazja, by pokazać, kto tam rządzi, nadarzy się już w przyszłym roku. Będą to wybory prezydenckie.