Po wyborach samorządowych prezydent Recep Erdoğan musi przełknąć porażkę własnego ugrupowania w najważniejszych ośrodkach.

Z przeliczonych 99,82 proc. głosów wynika, że nowym burmistrzem Stambułu zostanie Ekrem İmamoğlu z opozycyjnej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP). Choć komisja wyborcza do zamknięcia tego wydania DGP nie podała ostatecznych wyników niedzielnych wyborów samorządowych, to opozycja już świętuje sukces. W wyniku głosowania również Ankara i Izmir, największe miasta w Turcji po Stambule, trafią w ręce opozycyjnych burmistrzów.

W całym kraju prezydencka Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) pozostaje najsilniejszą partią na poziomie samorządowym. Ugrupowanie Recepa Erdoğana według informacji państwowej agencji informacyjnej AA zdobyło 44 proc. głosów. Sprzymierzona z nim Partia Ruchu Nacjonalistycznego kolejne 7 proc. Ugrupowania opozycyjne również zjednoczyły się przed wyborami. Lewicowa CHP uzyskała 30 proc., a konserwatywna Dobra Partia (İYİ) 7,5 proc.

Reklama

AKP utraciła kontrolę nad wielkimi metropoliami, bo miejski elektorat obarcza Erdoğana winą za pogłębiający się kryzys ekonomiczny. Lira w zeszłym roku straciła w stosunku do dolara 27 proc., a od stycznia kolejne 7 proc. Bezrobocie wzrosło w grudniu ubiegłego roku do 13,5 proc., a inflacja sięga 20 proc. Drastycznie rosną ceny jedzenia. Przewidując wyborcze kłopoty, Erdoğan mocno zaangażował się w kampanię własnego ugrupowania. Wybory nazwał „referendum” wobec sprawowanych przez niego rządów oraz „walką o przetrwanie” narodu tureckiego.

Dla prezydenta najważniejszy był wynik wyborów w Stambule. W metropolii zamieszkanej obecnie przez ponad 15 mln osób obecny prezydent sprawował funkcję burmistrza w latach 1994–1998. W trakcie kampanii wyborczej wyznał, że „kto wygrywa w Stambule, ten wygrywa w Turcji”. Do wyścigu o fotel burmistrza AKP wytypowało jednego z kluczowych polityków: byłego premiera Binaliego Yıldırıma. Zgodnie z bieżącymi informacjami komisji wyborczej kandydat związany z prezydentem przegrał z Ekremem İmamoğlu różnicą zaledwie 24 tys. głosów. Na kandydata opozycji oddano 4,16 mln głosów. To czy wygrana İmamoğlu stanie się faktem, zależy teraz od tego, czy AKP zaakceptuje ten wynik, czy zdecyduje się go zaskarżyć.

Reklama

Równie symbolicznie opozycja traktuje wygraną Mansura Yavaşa z CHP w wyścigu o fotel burmistrza w Ankarze. Stolica Turcji była rządzona przez osoby związane z obozem prezydenta od 25 lat. Kandydaci AKP bez przeszkód przedłużyli natomiast kadencje w środkowej części kraju, w której mieszka stały elektorat partii – niewykształceni mieszkańcy miasteczek i wsi.

Na południowym wschodzie Turcji zamieszkanym przez Kurdów wygrała reprezentująca ich interesy Ludowa Partia Demokratyczna (HDP). Po nieudanym puczu wojskowym w 2016 r. wielu lokalnych polityków HDP zostało usuniętych ze sprawowanych przez nich funkcji za rzekome kontakty z separatystyczną Partią Pracujących Kurdystanu, która w Turcji uważana jest za organizację terrorystyczną. W wyniku niedzielnych wyborów część z nich odzyskała mandat do sprawowania władzy, choć Erdoğan w trakcie kampanii ostrzegał, że w razie takiej sytuacji mogą zostać ponownie odsunięci.

Wyborom towarzyszyła bardzo wysoka frekwencja. Swoich kandydatów wskazało 84 proc. z 57 mln Turków upoważnionych do głosowania. Bezpieczeństwa i porządku chroniło ponad pół miliona funkcjonariuszy policji. Nie zapobiegło to strzelaninie w jednym z lokali wyborczych w mieście Malatya w południowo-wschodniej Turcji. Zginęły dwie osoby, a do nieszczęścia doszło w wyniku sprzeczki pomiędzy zwolennikami dwóch konkurujących ze sobą kandydatów.

Wybory samorządowe kończą intensywny okres głosowań. Turcy w 2017 r. w drodze referendum znacznie zwiększyli kompetencje urzędu prezydenta, a w 2018 r. mieli wybory parlamentarne i prezydenckie. Przed Turcją jest czteroletni okres pozbawiony wyborów, w który Erdoğan wchodzi zraniony niedzielnymi wynikami, ale wciąż z wysokim poparciem. Będzie ono zależało przede wszystkim od tego, czy prezydent i jego ugrupowanie poradzą sobie z kryzysem ekonomicznym, który bez względu na wyniki wyborów będzie dalej trawić kraj.