Wycofanie francuskiego ambasadora z Włoch zaostrzy spór między krajami. Obie strony liczą, że to pomoże im w wyborach do europarlamentu.
Reklama
– Kiedy Barack Obama wzywa do głosowania na Emmanuela Macrona, każdy uważa, że to świetnie. Ale kiedy Luigi Di Maio [wicepremier Włoch – red.] spotyka się we Francji z aktywistami, dla rządu staje się to problemem – skarżyła się Marine Le Pen na falach radia France Inter. Liderka Zjednoczenia Narodowego komentowała w ten sposób decyzję francuskiego MSZ o tymczasowym powrocie do kraju Christiana Masseta, ambasadora w Rzymie.
Cofnięcie dyplomaty z placówki zawsze jest następstwem kryzysu w relacjach bilateralnych. Wyjazd Masseta z Rzymu jest tym bardziej symboliczny, że po raz ostatni Paryż zdecydował się na taki krok w czerwcu 1940 r. Wtedy była to reakcja na wypowiedzenie Francji wojny przez Benita Mussoliniego. Teraz pretekstem był przyjazd wicepremiera Włoch nad Loarę.
Di Maio, szef Ruchu 5 Gwiazd, jeździ po Europie w poszukiwaniu ewentualnych koalicjantów w Parlamencie Europejskim. W styczniu rozmawiał w tej sprawie m.in. z Pawłem Kukizem. Przed tygodniem Di Maio usiadł do stołu z przedstawicielami „Żółtych kamizelek”, którzy zdecydowali się startować w wyborach do europarlamentu. Nieformalny ruch od czterech miesięcy protestuje na ulicach francuskich miast przeciwko polityce prezydenta Macrona, więc wymowa spotkania była jednoznaczna.
Ale kryzys dyplomatyczny to nie wynik pojedynczego incydentu. Zarówno Di Maio, jak i drugi włoski wicepremier Matteo Salvini od dłuższego czasu regularnie wbijają szpile Macronowi. W oczach włoskiego duetu jest on współodpowiedzialny za kryzys migracyjny i nie panuje nad sytuacją w kraju. – Mam nadzieję, że Francuzi będą w stanie uwolnić się od tego okropnego prezydenta – mówił Salvini w jednym ze swoich nagrań wideo.
Regularna krytyka serwowana przez czołowych polityków udziela się też włoskiemu społeczeństwu. Ze styczniowego sondażu przeprowadzonego przez dziennik „La Repubblica” wynika, że sympatią darzy Francuzów 24 proc. Włochów – o 17 pkt proc. mniej niż przed pięcioma laty. Lepiej wypadli Rosjanie, którzy dostali od ankietowanych 27 proc. głosów. Pomógł w tym pewnie fakt, że włoscy rządzący wypowiadają się w samych superlatywach o Kremlu.
Macron kontruje, ale w mniej dosłowny sposób. Kampanię do europarlamentu opiera na klarownej opozycji wobec populistów i eurosceptyków. Do tej grupy zalicza nie tylko swoją największą krajową rywalkę Le Pen, ale także duet Salvini – Di Maio.
Obie strony sporu łączy jedno. Chodzi o jak najlepszy wynik w maju. We Włoszech wszystko wskazuje na wygraną Ligi. Partia Salviniego w niedzielę wygrała wybory lokalne w Abruzji, zdobywając 27 proc. głosów. Jednak żeby mieć coś do powiedzenia w Parlamencie Europejskim, Liga potrzebuje partnerów.
Do tych najbliższych Salvini zalicza Marine Le Pen, której Zjednoczenie Narodowe w sondażach idzie łeb w łeb z ugrupowaniem Macrona Naprzód, Republiko. Z kolei im gorszy wynik populistów, tym więcej szans będzie miał Macron na budowę nowego prounijnego skrzydła. Po wycofaniu przez Francję ambasadora Salvini wyraził chęć spotkania z Macronem w celu wyjaśnienia narastających problemów. Trudno jednak uwierzyć, że to coś więcej niż tylko kolejny ruch taktyczny we francusko-włoskim starciu o wpływ na przyszłość Unii Europejskiej.