Pogardzamy sąsiadami, przeciwnikami w politycznym sporze. elity pogardzają masami. masy - elitami. wszystko po to, by poczuć się odrobinę lepiej.
Magazyn DGP / Agencja Gazeta
Wstyd! Żenada! Kompromitacja! Cieniasy!” – to okładka „Faktu” po przegranym 0:3 meczu Polska – Kolumbia. „Upadek. Żenujący. Tchórzliwi. Nieudolni” – to „Super Express”. „Adam Nawałka przedstawia Dziady” – to z kolei „Przegląd Sportowy”. Dziennikarze nie szczędzili mocnych słów po porażce naszej narodowej drużyny na mundialu. Pogardliwe tytuły to jednak i tak nic w porównaniu do komentarzy w internecie. „Ch..., że przegraliśmy, ważne, że nie mam łupieżu” i zdjęcie Roberta Lewandowskiego z reklamy szamponu do włosów. „Żel na łbie, sesje reklamowe, goryle, śmigłowce, show w Arłamowie, jest wszystko, tylko nie morderczy trening” – to podpis pod zdjęciem reprezentacji. „Piłkarze jak politycy zarabiają dużo, a ch..., dupa i kamieni kupa” – komentarz z Twittera.
Pogarda nie ominęła okładek, portali, mediów społecznościowych, a nawet profilu Anny Lewandowskiej, żony kapitana naszej drużyny („I jak, Lewa? Dalej jesteśmy jedną, wielką rodziną? Hajs się zgadza, ale nam nic się nie zgadza”, „Nadal nic się nie stało? Jakie bezglutenowe pierożki na przegraną polskiej reprezentacji? A może reklama szamponu na pocieszenie?”). Skala może przerażać. Ale nic dziwnego – na piłkarzach była skupiona uwaga całej Polski. Tymczasem na co dzień intensywność pogardliwych uwag wcale nie jest mniejsza. Tylko ofiary są bardziej rozproszone.
Reklama
Przykład z innego podwórka. „Każdy ma ją za du…kę dla sławy, bo taka jest. Mieć takie predyspozycje i tak się zeszmacić. Trzeba mieć mózg ameby i wyjątkowy talent”. „Napuchła – ciekawe od czego. Wygląda jak trup wyciągnięty z wody po kilku tygodniach”. „Nie rozumiem, jak człowiek na poziomie, PRAWNICZKA, może zamienić się w takie coś... Regres umysłowy, czy o co chodzi?”. Takie komentarze internautów w wiralowym filmiku czytają o sobie Weronika Rosati, Hanna Lis i Małgorzata Rozenek. To element kampanii jednej z internetowych platform filmowych, która promuje własny serial i upomina się o prawa kobiet. Film korzysta ze zgranego już nieco formatu, w którym znane osoby czytają na głos „wredne tweety” na swój temat. Tym samym przypomina jednak, że jednego nam nigdy nie zabraknie – pogardy dla drugiego człowieka.

Reklama

Na lepsze samopoczucie

Blisko nienawiści, ale z poczuciem wyższości. Zawiera domieszkę pychy, ale też kompleksów. Pozwala poczuć się lepiej, gdy przy kimś z różnych względów czujemy się gorzej – tak w skrócie można by streścić różne definicje pogardy. Jak u Zbigniewa Herberta, który w „Przesłaniu Pana Cogito” radził: „Niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda dla szpiclów katów tchórzy”. Tylko w ten sposób, pogardzając, można było zdobyć nad nimi przewagę. Siłą ducha.
„Do pogardy bardziej skłonni są ludzie o kruchym poczuciu własnej wartości. A poczucie wartości jest jedną z najważniejszych motywacji społecznych. Nasza samoocena bierze się m.in. z porównań społecznych. Na przykład taka osoba myśli: może nie osiągnąłem majątku, ale jestem dobry, chociaż biedny. Mój sąsiad jest bogaty, ale na pewno jest złodziejem. Może nie wszystko mi w życiu wyszło, ale jestem dumnym Polakiem i chrześcijaninem, a ci muzułmanie to terroryści. Osoby, które nie potrafią budować samooceny na podstawie osiągnięć, mogą podnosić ją sobie, gardząc innymi ludźmi” – mówił o pogardzie psycholog prof. Dariusz Doliński w rozmowie z Gazeta.pl. A, jak pokazują badania CBOS, Polacy nie należą do narodów z najwyższą samooceną. Tylko połowa ankietowanych sądzi, że przeciętny Polak jest pewny siebie. Co trzeci uważa, że jest raczej zagubiony. Dla porównania – 80 proc. z nas uważa, że pewny siebie jest typowy Europejczyk.
Samoocenę można budować moralną wyższością. Ta kategoria jest bliska naszemu myśleniu do dziś. Szczególnie w życiu publicznym, gdzie nie do zasypania wydają się już rowy między dwoma zwaśnionymi plemionami. Gdzie zawsze muszą być jacyś „my” i jacyś „oni”. Myli się jednak ten, kto sądzi, że pogarda pojawiła się nagle, niedawno, z powodu politycznych sporów PO z PiS. Jak przypominają Joanna Krakowska i Piotr Morawski w „Krótkiej historii pogardy w III RP”, opublikowanej w „Dialogu”, pogardzani i pogardzający to zjawisko tak stare, jak podziały społeczne.
Pogarda ruszyła ich zdaniem na dobre w nowej rzeczywistości, zaraz po transformacji. Już na samym początku gorsi mieli być homo sovieticus, czyli ludzie, którzy nie zrozumieli, jak wiele dobrego przyniosła im demokracja i wolny rynek oraz nie wybrali Tadeusza Mazowieckiego na prezydenta. Homo sovieticus, jak pisał Jerzy Turowicz z „Tygodnika Powszechnego”, to ci roszczeniowi, których komuna uzależniła od siebie, ci, którzy nie potrafią wziąć swojego losu we własne ręce. Później gorszy miał być ciemnogród. Środowiska liberalne używały tego określenia na katolików, eurosceptyków, zwolenników lustracji. Dalszą inwektywą, wymierzoną w podobne środowiska, były moherowe berety (od nakrycia głowy starszych pań). Skończyło się na „ludzie smoleńskim”. Obóz konserwatywny nie pozostawał dłużny, odpowiadając kolejno łże-elitami, wykształciuchami, lemingami, a w końcu – gorszym sortem. Wszystkiemu wtórowały media, które podzieliły się na przemysł pogardy (te, które miały niszczyć wizerunek Lecha Kaczyńskiego) i przemysł propagandy (te, które go broniły).
Jak zauważa Anna Cegieła z Obserwatorium Etyki Słowa afiliowanym przy Towarzystwie Kultury Języka: „Celem retoryki pogardy jest izolacja lub wykluczenie ludzi pogardzanych ze wspólnoty społecznej, do czego nie jesteśmy uprawnieni moralnie. To, co pod względem etycznym szczególnie niepokoi, to fakt, że retoryką pogardy posługują się intelektualiści – pisarze, profesorowie, biskupi, doświadczeni dziennikarze, którzy w innych wypowiedziach przeciwstawiają się dyskryminacji i potępiają innych za jej wyzyskiwanie w wystąpieniach publicznych. A to oznacza, że przestrzeń dyskusji publicznej traci wymiar aksjologiczny, staje się przestrzenią walki o prawo do włączania do wspólnoty i wyłączania z niej”.
W tej walce pogarda ma stały repertuar środków: zatajanie pozytywnej prawdy o pogardzanym, dyskredytacja (mohery, lemingi), stygmatyzacja (dziecioroby – o beneficjentach 500+), marginalizacja (in vitro to marginalny problem), odebranie głosu („dorżnąć watahę”, „Leppera... puścić do dołu z wapnem”). Wszystko ma służyć maksymalizacji korzyści obu stron politycznego konfliktu.

Wredne tweety

Rozwój mediów zresztą tylko pogłębił rozwój pogardy. Jeszcze kilkanaście lat temu politycy mogli liczyć co najwyżej na nagłówek w gazecie czy minutę materiału w wiadomościach. Dziś wymiana myśli osiągnęła niespotykaną dotąd skalę. Każdy ma więc nieograniczony dostęp do produkcji pogardliwych treści. Ot, na przykład takich: „Poseł M. Rosa z .N złożyła w Sejmie proj.ust o zw.partnerskich. Mówi: »mamy prawo kochać i tworzyć rodziny«. Ale, do odbytu, to nie kochanie, a choroba, pani poseł. Zaś »rodzina« ma rodzić dzieci, a »współżycia« w tych waszych »związkach« przecież nie ma...”. To posłanka Krystyna Pawłowicz po tym, jak Paweł Rabiej (zdeklarowany homoseksualista, kandydat na prezydenta Warszawy) i Monika Rosa (posłanka Nowoczesnej) złożyli projekt ustawy o związkach partnerskich. Po więcej przykładów wystarczy wejść na Twittera.
Twitterową pogardę próbują odczarowywać Amerykanie. Z poważnego problemu wulgarnych, chamskich i pogardliwych komentarzy stworzony został format rozrywkowy. Producenci popularnego show Jimmiego Kimmela namawiają celebrytów do tego, by czytali na głos „wredne tweety”. Nawet najgorsze obelgi rzucane pod adresem aktorów, piosenkarzy, polityków rozbraja podłożony śmiech publiczności. A także same reakcje celebrytów. „Ktoś mi powiedział, że uśmiecham się jak Michael Keaton. Nie wiem, czy mam zrobić sobie milion selfie, czy włożyć pistolet w usta” – pisze internauta. Keaton śmieje się, po czym poważnie odpowiada: ja bym włożył broń. Czar pryska. Zamiast odczarowania, mamy nakręcanie (na którym na koniec dnia zarabia oczywiście stacja telewizyjna).
Bo pogarda ogólnie przynosi krótkotrwałe korzyści, zarabia. Dlatego media skrzętnie z niej korzystają. Klasyczna scena z brytyjskiej edycji programu „Mam talent”. Na scenę wchodzi Susan Boyle. Fatalnie ubrana, siwiejąca, ze zrastającymi się brwiami. 47-letnia. Bezrobotna. Odpowiadając na pytania jury, zacina się, kiwa, czemu towarzyszy wywracanie oczami i śmiechy publiczności. Widzowie nie wytrzymują, kiedy mówi, że chciałaby być profesjonalną piosenkarką. Przy każdej kolejnej odpowiedzi jest coraz gorzej. Bo to przecież idealny obiekt do kpin – taką Susan każdy miał w podstawówce. Tłum potrafi szybko rozpoznać bezbronną, uległą osobowość, na tle której sam świetnie się prezentuje.
Talent show pełne są takich indywiduów. Format, który od ponad półtorej dekady podbija serca widzów, to idealna pożywka dla naszych słabości. Nic dziwnego, że Polsat wciąż serwuje widzom „Idola”, w którym jury obcesowo postępuje z uczestnikami, marzącymi o sławie. A lista podobnych programów była do niedawna znacznie dłuższa: „Mam talent” (wkrótce nowa edycja), „X Factor”, „The Voice of Poland” (kolejny sezon w przygotowaniu) czy kuchenne: „Hell’s Kitchen”, „Master Chef”, „Top Chef” – i tak dalej. W każdym zasada była podobna – im uczestnik bardziej podobny do nieszczęsnej Susan, tym jurorzy mają większe używanie, a widzowie lepszą zabawę.
Na podobnej zasadzie opiera się serwowany dwa razy dziennie widzom przez TVN program „Kuchenne rewolucje”, czyli show, w którym Magda Gessler zmienia zaściankowe restauracje w lokale na poziomie. Przy okazji upokarzając kucharzy, właścicieli, obsługę. „No cóż: lurowato-świniowato-niejadalne” – to o potrawach w restauracji Podzamcze. „Jesteś właścicielką tego brudu” – to do właścicielki Le Papilon Noir. I tak przez każdy kolejny odcinek.

Gorsi chcą mieć lepiej

Karmieni pogardą z każdej strony, będąc obiektem pogardy elit („Ciemny lud to kupi” Jacka Kurskiego), w końcu wierzymy, że my sami mamy prawo kpić z tych drugich, gorszych. Jak z warszawiaków i słoików. Jak z łysych kiboli, co chodzą na mecze, albo tych faszystów z ONR. Albo pedałów z parady równości. Albo rolasów (rolników). Jak z beneficjentów 500+, którzy wznoszą parawany i pokrywają fekaliami wydmy nad Bałtykiem. Jak z tych matek niepełnosprawnych protestujących w Sejmie, na które poseł Bernadeta Krynicka „znalazłaby paragraf”. Jak z matek z wózkami, które prof. Zbigniew Mikołejko nazwał „wózkowymi”, bo „gdy domagają się dla siebie szczególnej tolerancji – a domagają się jej zawsze! – to wypychają na pierwszy plan dzieci. Że to dla tych bachorków. A któż odmówi dziecku? Okaże się tak nieczuły i paskudny? Ale dzieci to zwykle alibi. Pretekst, by nic nie robić. Aby nie pracować i nie rozwijać się (czy widzieliście kiedyś wózkową czytającą książkę?)”.
Ale napędzana w ten sposób pogarda może zwrócić się przeciwko pogardzającym. Pogłębia podziały, czyniąc je tak głębokimi, że praktycznie nie do zasypania (kto dziś wyobraża sobie porozumienie ludu smoleńskiego i lemingów?). Razem z upowszechnieniem technologii pozwala na wzrost skali przemocy. Problemy dorosłych jak w soczewce widać wśród dzieci. Najwięcej przemocy fizycznej i werbalnej jest w podstawówkach. Cyberprzemocy – w gimnazjalnej grupie wiekowej. Efekty? Zbiorowa pogarda była przyczyną jednego z najgłośniejszych samobójstw w Polsce – 14-letniego Dominika z Bieżunia. Chłopiec powiesił się na sznurówkach, bo stał się w szkole i internecie obiektem kpin. W liście pożegnalnym napisał, że „jest zerem”. Od 2015 r., kiedy Dominik podjął tragiczną decyzję, liczba podobnie zdeterminowanych dzieci niemal się podwoiła. W 2017 r. 28 dzieci w wieku 7–12 lat i 702 między 13. a 18. rokiem życia próbowało popełnić samobójstwo. Skutecznie zrobiło to 116 z nich.
Pogarda sprawia, że sami możemy poczuć się jeszcze gorzej. Z Susan było można się natrząsać aż do momentu, kiedy zaczęła śpiewać – wtedy śmiechy milkły, widzowie wstawali oszołomieni, jury płakało ze wzruszenia. Okazało się, że ze śmiesznego ciała wydobywał się niesamowity głos (który pozwolił później Susan zrobić oszałamiającą karierę i zarobić miliony funtów). Film, na którym Susan śpiewa, ma ponad 200 mln odsłon na YouTubie. Zamiast poczuć się lepiej, automatycznie czuliśmy się gorzej – dobijani wyrzutami sumienia, że tak źle oceniliśmy na początku tę kobietę. A później moralniak jeszcze się pogłębiał wraz z tym, jak media donosiły o jej dalszych losach. Na przykład o tym, że po 50 latach życia zdiagnozowano u niej zespół Aspergera. A więc śmialiśmy się z osoby niepełnosprawnej. Dobrze, że na scenę wkrótce wkroczyli kolejni uczestnicy, którymi można było pogardzać. ©℗