- Tłumaczyłam sobie, że piję za swoje, więc co komu do tego. Do tego zasłużyłam, bo przecież ciężko pracuję, od rana do nocy, nie mam czasu na kino, teatr, bo zawsze coś wypada, a to koalicja się sypie, a to premier zwołuje konferencję. Chociaż mam tyle z tego życia, że się napiję czegoś dobrego - mówi w wywiadzie dla DGP Anna Godzwon dziennikarka, reporterka.
Prezydent Komorowski wiedział?
Nie, teraz się dowie. Sama mu nie powiedziałam, nie było okazji. Chociaż nie, może wiedział, ale nie dawał po sobie poznać. Myślę, że gdybym mu powiedziała, byłby ze mnie dumny. Pracowaliśmy razem prawie 10 lat. Byłam w jego biurze prasowym, najpierw kiedy był marszałkiem Sejmu, potem gdy został prezydentem. O alkoholizmie wiedział Jarek Szczepański, który zatrudniał mnie do biura prasowego Sejmu.
Reklama
A przewodniczący
PKW Wojciech Hermeliński?

Reklama
Wiedział. Powiedziałam.
Dużo się pije w polityce?
W każdej profesji dużo się pije. Tyle że w zawodach mocniej eksponowanych bardziej widać. Przez lata, kiedy piłam, mówiłam, że piję, bo wszyscy to robią. Tak mi się oczywiście wydawało, bo kiedy przestałam pić, to się okazało, że wielu wokół mnie nie pije.
Ile lat pani piła?
Czternaście. Licząc dorosłe życie, wciąż jestem na takim etapie, że krócej nie piję, niż piłam. Mam nadzieję, że to się za chwilę wyrówna, a potem się przechyli na to trzeźwe życie. Nie mam jednak nałogu wypisanego na twarzy, ale też nie robię tajemnicy z tego, że jestem alkoholiczką. Niepijącą, ale jednak. Nie piję 12 lat, trzy miesiące i kilkanaście dni.
Liczy pani?
Liczę. W AA doradzają, żeby liczyć każdą godzinę, każdy dzień. I mówić: „Nie piję już siedem dni”, a nie: „Nie piję dopiero od tygodnia”. Ja liczę każdą godzinę.
To oznaka słabości.
Nie, to oznaka dumy. W 10. rocznicę napisałam o tym publicznie na swoim Facebooku. Tak, mnie to wprawia w dumę. To, że nie piję, że się udaje. I są takie momenty w życiu, kiedy myślę: „Nie byłoby mnie tu, gdybym dalej piła”. Widziałam, jak prezydent Obama szturcha prezydenta Komorowskiego na placu Zamkowym w Warszawie, wskazuje na mnie i mówi: „She is great”. Co by było, gdybym dalej piła? Nie siedziałabym z moimi dwiema współpracowniczkami z Pałacu Prezydenckiego naprzeciwko trzech facetów z Białego Domu i nie ustalalibyśmy krok po kroku wizyty prezydenta Stanów Zjednoczonych w Polsce. Zresztą, pewnie by mnie nie było, pewnie bym się zapiła.
Pytałam o politykę, bo są rauty, spotkania, bankiety.
Wystarczy odmówić. Prezydent Komorowski kilka razy proponował mi kieliszek szampana. Dziękowałam, nie musiałam nic tłumaczyć. Bywam w miejscach, w których się pije alkohol, i najczęściej nie zwracam na to uwagi. Ale są chwile, kiedy zaczyna mi przeszkadzać, śmierdzi mi. Wtedy po prostu wychodzę. Wychodzę z troski o siebie.
Egoizm.
Egoizm. Bo myślę głównie o sobie. Boję się alkoholu. Kiedy jestem w cukierni, to sprawdzam ciasta, dopytuję, czy nie ma w nich alkoholu. Kiedy mnie ktoś częstuje cukierkiem, to muszę znać skład. Nie zjem golonki w piwie, choć wiem, że z tego piwa dawno wyparował alkohol. No, ale piwo to piwo. Jestem ortodoksyjna, bo od tego zależy moje życie.
Bo alkohol to zło?
Nie, alkohol jest dla ludzi, ale nie jest dla mnie.
Kiedy się pani o tym dowiedziała?
Na terapii.
Dopiero?
Tak. 2005 r., czyli ostatni rok mojego picia, to był ciąg. W zasadzie nie trzeźwiałam.
Pracowała pani przecież.
Tak, wtedy w Polskim Radiu, w Informacyjnej Agencji Radiowej. Byłam dziennikarką polityczną, głównie pracowałam w Sejmie. Wieczory, noce – picie, byle dotrwać do weekendu i pić na umór.
Sama?
Sama. W poniedziałek rano telefon do redakcji, do przełożonego, że jestem chora, że się zatrułam, że mam okres.
Wiedział?
Że piję? Wiedział. Pamiętam, jak któregoś razu mój szef zaprosił do radia Ewę Woydyłło i zostawił mnie z nią w swoim gabinecie. Tak żebyśmy sobie pogadały. Rozmawiałyśmy z półtorej godziny. A ja wszystko, co mówiła, negowałam, obracałam na swoje. Wszyscy byli winni, tylko nie ja. Potem moi koledzy z pracy próbowali zapisać mnie na terapię. Mówię „koledzy”, bo koleżanki czuły się bezsilne, najbliższa przyjaciółka też. Dla świętego spokoju powiedziałam, że pójdę, że się zapiszę.
Terapia to jest przyznanie się do alkoholizmu.
Albo oszukiwanie, że się przyznaje. Można chodzić dwa razy w tygodniu, a tak naprawdę tym gardzić. Co to są za ludzie? Ślusarz? Kolejarz? No, stewardessa, to może jeszcze. A ja, pani dziennikarka z samego Sejmu? Co ja mam z nimi wspólnego? Wytrzymałam półtora miesiąca, do Bożego Narodzenia 2005 r.
Nie piła pani przez ten czas?
Nie, nie piłam. Targało mną, telepało, ale nie piłam. Alkoholicy mówią, że to jest niepicie na dupościsku. Wymuszone, a nie przepracowane. Poza tym na tej terapii coś mówili o Bogu, o pokorze i o innych pierdołach. Ja tu z prezydentem, z premierem, z posłami mam do czynienia na co dzień, a to takie pitolenie. Ale chodziłam. Jedyny plus – powrót snu. Bo przecież, kiedy piłam, to nie spałam, a jeśli zasnęłam, to się wybudzałam. A jak się wybudzałam, to wstawałam, szłam do lodówki, wyjmowałam butelkę, nalewałam, dolewałam soku, piłam i znowu mogłam zasnąć.
Zgodziła się pani na terapię, bo postawiono przed panią ultimatum.
Wtedy jeszcze nie, choć wszyscy wiedzieli, że piję. Jeśli ktoś pije, to zawsze wszyscy wiedzą.
Tylko o tym nie mówią.
Nie, tylko pijak nie dopuszcza do siebie myśli, że za dużo pije, że jest alkoholikiem, a więc i nie bierze pod uwagę, że środowisko tak może uważać. Alkoholik jest mistrzem manipulacji, wyparcia, zaprzeczania, malowania rzeczywistości.
Czyli jak pani sobie tłumaczyła to, że pije?
Przecież weekend to wolność, wreszcie się można napić i nie trzeba rano wstawać.
A kac?
Pamiętam te straszne kace, ten ból, ten smród, te cuda dokonywane rano, żeby zamaskować opuchnięte oczy i twarz, potem tic taki zjadane jeden po drugim, żeby nie zionąć przetrawionym alkoholem. Pamiętam swoje najgorsze kace, które mi wyrywały wszystko ze środka. Te wymioty, kiedy nie ma czym wymiotować. Sama myśl o tym boli.
Kace spowodowały refleksję?
Żeby nie pić? Nie. Ale w 2005 r. coś się zaczęło dziać. Pamiętam, przeczytałam artykuł w „Twoim Stylu” o alkoholizmie kobiet i przez moment przeszło mi przez głowę, że to może też trochę o mnie, ale oczywiście odpędziłam tę myśl. Innym razem wracałam tramwajem z Sejmu, do domu na Mokotowie. Źle się czułam, bo byłam już uzależniona chemicznie od alkoholu. Ciało zaczyna być jak samochód: nie wlejesz, nie ruszysz. Jechałam i wiedziałam, że już za chwilkę, już za chwilkę wleję, napiję się. Ale wtedy też doszło do mnie, oczywiście też tylko na chwilkę, że ludzie umawiają się ze znajomymi, idą do kina, do parku, na kolację, a ja pędzę, bo muszę się napić. Myśl się sama przegoniła. Napiłam się.
Wino pani piła?
Wino? Wino to był kompot do obiadu.
Wódka?
Wszystko, co miało powyżej 40 proc.
Co najbardziej smakowało?
Gin z tonikiem lubiłam. Lubiłam też whisky. Wódkę czystą. Były momenty, kiedy przychodziło opamiętanie. Mówiłam do siebie: „Może rzeczywiście przesadzasz z tą wódą, może będzie lepiej pić wino albo piwo”. I próbowałam. To są zamienniki, że niby lżejsze, że niby piwo to nie alkohol. No, ale to nie było to samo. Nie dawało takiej ulgi.
Jakiej ulgi? Co to za uczucie?
Pamiętam doskonale, co mi robił pierwszy kieliszek wlewany do gardła, przelatujący w dół. Pamiętam, jak mi się ulga rozlewała po całym ciele, jak schodziło napięcie, schodziły nerwy, jak wszystko stawało się łatwiejsze.
To jest dobra reklama alkoholu.
Jest, jeśli się pije jeden kieliszek. Ja nigdy nie kończyłam na kieliszku. Nigdy. Przez wiele lat miałam komfort picia. To znaczy nikt mi w tym piciu nie przeszkadzał, nie mówił: „Za dużo pijesz, przesadzasz”.
Mieszkała pani sama?
Wiele lat byłam w związku, w którym wódka była trzecia. Piliśmy oboje, wyprawialiśmy imprezy, dom był otwarty, jedno drugiemu nie zwracało uwagi, nie mówiło, że za dużo pije. No, może czasami.
To znaczy pani jemu, czy on pani?
Nawzajem. Ale wystarczyło odpowiedzieć: „Ale przecież ty też pijesz”. I już, koniec tematu. W grudniu 2005 r. już mieszkałam sama. Na terapii wytrzymałam do Bożego Narodzenia, a potem popłynęłam.
To znaczy, że piła pani bez przerwy?
To znaczy, że kupiłam sobie zapas, żeby nie wychodzić z domu.
Jadła pani?
Niewiele. Jakieś bułki kupowałam.
Myła się pani?
Nie. Jak się zapas kończył, to szłam po następny.
Po wódkę?
Różnie. Kupowałam to, na co miałam ochotę.
W takim stanie jest jeszcze ochota?
Jest. Proszę pamiętać, że dość dobrze zarabiałam, nie miałam wielkich zobowiązań, więc mogłam kupować również droższe alkohole. Stać mnie było. Tłumaczyłam sobie, że piję za swoje, więc co komu do tego. Do tego zasłużyłam, bo przecież ciężko pracuję, od rana do nocy, nie mam czasu na kino, teatr, bo zawsze coś wypada, a to koalicja się sypie, a to premier zwołuje konferencję. Chociaż mam tyle z tego życia, że się napiję czegoś dobrego. I oczywiście kupowałam głównie wódkę. I tak przepiłam czas między świętami a Nowym Rokiem.
W sylwestra pani wyszła?
Skąd. Piłam w domu. Nie chciałam pić z kimś, bo już wtedy wszyscy pili dla mnie za wolno, za mało. Jestem typem alkoholiczki, która żeby się poczuć odpowiednio, musi wypić coraz więcej. Wraz z latami picia zwiększała mi się tolerancja na alkohol. Wiem, że wiele osób ma odwrotnie. Ja, żeby poczuć ulgę, żeby zasnąć, musiałam pić więcej i więcej.
Miała pani dobre myśli?
Żadnych myśli nie miałam. O niczym nie myślałam. Prawie o niczym. Zależało mi tylko na tym, żeby się napić. Wszystko się wokół tego kręciło. Piłam w święta i po świętach, i w sylwestra, i w Nowy Rok, i po Nowym Roku nie poszłam do pracy... Między 2 a 11 stycznia 2006 r. to są dni, których nie pamiętam do końca. Wiem, że dzwonili do mnie z pracy, mówiłam, żeby spier...li, że piję, że chcę się zapić, że jestem nieszczęśliwa, nikt mnie nie kocha. Nie wiem, którego dnia poszłam do redakcji i mój ówczesny szef, Ryszard Hińcza podsunął mi kartkę z wnioskiem urlopowym i powiedział: „Zrób coś ze swoim piciem, bo nie chcę tracić takiego pracownika jak ty”. Też mu powiedziałam, żeby spier...ł, że nie jego sprawa. A teraz jestem mu wdzięczna, bo uratował mi życie. Pamiętam, że nie byłam w stanie się podpisać na tym wniosku urlopowym, tak mi latała ręka.
Jeśli dobrze liczę, miała pani wtedy 32 lata.
Tak mniej więcej. Jakoś to podpisałam. Wyszłam z radia, poszłam naprzeciwko do sklepu, kupiłam dwie butelki ginu, tonic i poszłam do domu pić. Piłam. Przychodzi 12 stycznia. Coś zaczyna się dziać w Sejmie. Rządził wtedy PiS. Jest jakieś zamieszanie związane z budżetem. Mam włączony TVN24. Widzę znajomych, kolegów i przyjaciół biegających z mikrofonami. Otwiera mi się klapka, że mnie tam nie ma. Nie ma mnie, bo piję. Zaczęłam zwierzęco wyć, płakać. Wieczorem zadzwoniłam do Grześka Osieckiego, pani kolegi redakcyjnego. On był w gronie osób, które chciały mi pomóc, a których pomoc odrzucałam. Powiedziałam, że już nie mam siły, żeby wezwał mi karetkę. Cała się trzęsłam, nie mogłam siedzieć, leżeć. Nie wiem, czy miałam wrażenie, że umieram. Może umierałam. Przyjechała karetka. Przyszła pani doktor. Spojrzała na mnie z pogardą, na cały ten burdel, który miałam w domu. Powiedziała, że mnie zabierze do szpitala, że mnie odtrują. Ja na to, że nie chcę do szpitala, że wystarczy zastrzyk. A ona, że nie ma takich zastrzyków, to ja na to, żeby się wynosili, więc się wynieśli. I wtedy przyszła taka fala bólu, drgawek, trzęsienia, że myślałam, że po mnie. Zadzwoniłam na pogotowie, wytłumaczyłam, że była u mnie karetka, że wygoniłam lekarkę, ale proszę, żeby ona znowu do mnie wróciła, że dam się zabrać do szpitala. Przyjechała ta sama pani doktor. Już w karetce powiedziała, że gdyby miała takie dziecko jak ja, to by je biła. Zawieźli na Wołoską, nie było miejsca, przewieźli na Banacha i tam lekarz wielkimi literami na mojej karcie napisał „ALKOHOLIZM”. Przewieźli mnie do innego szpitala prowadzonego przez zakonnice. Lekarz nie był w stanie wkłuć igły do kroplówki, tak się trzęsłam.
Ma pani rodzinę?
Ojciec już wtedy nie żył. Mama mieszkała w innym mieście. Położyli mnie na metalowym łóżku. I wtedy dotarło do mnie, że za chwilę przejdę przez cienką czerwoną linię, za którą już nic nie będzie. Nie będzie roboty, którą kocham, nie będzie przyjaciół, mogę stracić mieszkanie.
Ta czerwona linia to też śmierć?
Nie, to nie jest czas, kiedy się myśli o śmierci.
O zdrowiu?
O tym też nie. Te myśli przyszły potem, już w trzeźwym życiu. Przyszły wraz z epizodami depresyjnymi. Wtedy myślałam raczej o tym, że wszystko stracę. I jeszcze bałam się tego, co by powiedzieli ci wszyscy ludzie, których numery mam w swojej komórce, ci ważni politycy, prezydenci, premierzy, gdyby zobaczyli mnie w takim stanie. Uczepiłam się tych myśli, ale jeszcze walczyłam.
Żeby się napić?
Oczywiście, żeby żyć tak, jak żyłam. Chciałam pić. Chciałam, żeby było tak, jak było. Myślałam: „Odtruję się, wrócę do domu, to się napiję”. Przychodziły do mnie tabuny ludzi z radia. Wszyscy mówili, że mi pomogą, że tyle zależy ode mnie. Wyganiałam ich. Przyszła koleżanka, która była po terapii w szpitalu na Sobieskiego.
Dziennikarka?
Tak, razem pracowałyśmy. Zaczęła opowiadać o swoim piciu i swojej terapii. Z jej opowieści zapamiętałam, że nie ma tam gazet, nie ma telewizora, więc co ja, wielka dziennikarka, będę tam robić. Pogoniłam ją. Wyciągnęli mnie kroplówkami z delirki i tyle. Gdyby ta karetka zawiozła mnie od razu na Sobieskiego, to może byłoby inaczej, bo tam wiedzą, jak sobie radzić z takimi przypadkami. Tam przychodzą na oddział niepijący alkoholicy, rozmawiają...
Co się dzieje z ciałem, kiedy brakuje alkoholu?
Wszystko się trzęsie. W środku też. Niczym tego nie można uśmierzyć. Każdy organ chodzi. I marzy się o jednym kieliszku, bo ten jeden kieliszek ratuje. Po dwóch dniach wypisałam się ze szpitala na własną prośbę. Po drodze, niedaleko domu, kupiłam litr Finlandii.
Smakowej?
Nie, czystej. Przyjaciele pojechali do szpitala, okazało się, że mnie tam nie ma. Przyjechali do mnie do domu, nie chciałam ich wpuścić. W końcu wpuściłam i wyjaśniłam, że muszę pić, że jestem uzależniona. Posiedzieli, posłuchali, poszli. Obudziłam się następnego dnia, 16 stycznia w poniedziałek. Przy łóżku stała resztka wódki, wypiłam i zadzwoniłam do koleżanki z pytaniem, jak się dostać na terapię na Sobieskiego. I dowiedziałam się, że w czwartki do Ośrodka Terapii Uzależnień jest tak zwany casting. Przyjmują przypadki, które rokują.
Wytrzymała pani do czwartku?
Wytrzymałam. Wiedziałam, że jeśli przyjdę po alkoholu, to mnie nie wpuszczą. A wtedy zaczęło mi już zależeć. Usiadłam przed doktorem Woronowiczem, powiedziałam, że chcę przestać pić, a pytana, dlaczego, odpowiedziałam, że swoje już wypiłam. Kazali mi wypełnić jakieś testy, potem zostać na spotkanie przygotowujące, a potem przyjść w następną środę. Do środy miałam chodzić na mityngi AA, opisywać je, data, miejsce, godzina, grupa. Poszłam na mityng już następnego dnia, na Rakowiecką, do kościoła św. Andrzeja Boboli.
Dlaczego do kościoła?
Często anonimowi alkoholicy spotykają się w przykościelnych salkach.
Czyli Kościół ratuje pijaków?
Nie, Kościół daje miejsce, żeby się mogli spotkać. Płaci się za wynajęcie tych salek. Poszłam i w przerwie uciekłam. Co to ma być? Jaki Bóg? O czym oni mówią? Potem się dowiedziałam, że na zły mityng trafiłam.
Bo religijny?
Nie, wszystkie mityngi są z grubsza takie same, podobne schematy, podobne zasady, tylko różni ludzie przychodzą. Mityng tworzą ludzie. I następnego dnia poszłam na mityng tuż przy swoim domu, też przy kościele. I tam, kiedy ludzie usłyszeli, że jestem drugi raz na mityngu i że szykuję się na terapię, to wszyscy byli dla mnie. Taka serdeczność, otwartość, wsparcie, a do tego ktoś nie pije pięć miesięcy, ktoś pięć lat... Kosmos. Pomyślałam, że skoro oni mogą, to może ja też mogę. Następnego dnia kolejny mityng i kolejny. W sumie pięć. Potem walizka i na trzy tygodnie zamknięcie w ośrodku. Nawet perfum nie można było wziąć, nawet dezodorantu. Trzy tygodnie pracy nad sobą.
Pranie mózgu?
Może trochę też. Dużo się mówi, dużo się pisze. Napisałam, że nie zgadzam się na to, że jestem alkoholiczką, że chcę to zmienić. Musiało minąć trochę czasu nim zrozumiałam, że ten alkoholizm jest moją immanentną cechą, że jestem Anią, kobietą, dziennikarką i jestem też alkoholiczką. I kiedy to zaakceptowałam, to poszło...
Co poszło?
Przyjmowanie tego, co mówili.
A co mówili?
Ta terapia odbywa się na dwóch poziomach. Z jednej strony jest duchowość szeroko pojęta.
Z Bogiem?
Z Bogiem. Dla mnie trudniej, bo ja jestem osobą niewierzącą. Zamiast Boga może być siła wyższa, a tą siłą wyższą może być też drugi człowiek, grupa ludzi. Drugi poziom to zajęcia praktyczne w rodzaju: nie chodź w miejsca, w których się pije, wyrzuć szkło z domu, jeśli miałaś ulubiony fotel, w którym siedziałaś i piłaś, to wyrzuć fotel, nie koleguj się z tymi, którzy piją, nie odbieraj telefonów od pijanych. A jak ci się chce pić, to zjedz słodkie i popij wodą. Półtora roku później, kiedy byłam w Brukseli i dowiedziałam się od radiowej sekretarki płaczącej do telefonu, że straciłam pracę, że czeka na mnie papier i nie mam dokąd wracać, ta rada uratowała mi życie. Radio było już wtedy we władaniu PiS.
Chciała się pani wtedy napić?
Nie, prewencyjnie kupiłam paczkę trufli belgijskich, dużą butelkę wody, żarłam te trufle w metrze, zapijałam wodą. Zostało mi w głowie to, co usłyszałam na terapii, jak powinnam się zachowywać, czego powinnam unikać. Do tej pory, przez te wszystkie lata, nie napiłam się toniku, bo mi się kojarzy z ginem. Nie piję soku winogronowego, bo mi smakuje jak białe wino. Wiele lat nie piłam coca-coli, bo wcześniej dolewałam ją do spirytusu. W aptece powiedziałam, że poproszę syrop na kaszel, ale żeby był bez alkoholu, bo jestem alkoholiczką. Farmaceutka zdziwiła się, że tak otwarcie o tym mówię. A ja się bałam o siebie. Boję się nadal. Nie wezmę butelki do ręki. Wyrzuciłam z domu całe szkło, wyrzuciłam łóżko, które było moim barłogiem. Mieszkam w swoim mieszkaniu, ale wśród nowych sprzętów. Na terapii mi powiedzieli, że nie ostatni kieliszek zabija, tylko pierwszy. Także mniej z terapii wyniosłam nauk o duchowości, o Bogu, a więcej o tym, co praktyczne. Choć pamiętam, że po kilku miesiącach zaczęłam mówić „Modlitwę o pogodę ducha”, bo zrozumiałam, że to cholernie mądry tekst: „...użycz mi pogody ducha, żebym godziła się z tym, czego nie mogę zmienić”. Przydało się, kiedy wróciłam do Sejmu i były głosowania o 22.00. Wszyscy się wściekali, a ja miałam pogodę ducha. Kiedy straciłam pracę, pogoda ducha zniknęła. Pomyślałam, że wrócę do Warszawy i będę walczyć o dobre imię, rozkręcę aferę, ale już w samolocie rozsypałam się na milion kawałków. Sparaliżowało mnie, płakałam, nie wiedziałam, co mam robić. Radio było całym moim światem. Pracowałam tam prawie 15 lat. Nie znałam innego zajęcia. Byłam świetną reporterką sejmową, zarządy się zmieniały, były czarne, czerwone, zielone, a ja pracowałam. Nastał kolejny, PiS-owski, z prezesem Czabańskim na czele – wywalili bardzo dużo osób, a na ich miejsce przyjęli swoich. Podobno ja zbyt gorliwie zajmowałam się SLD, z tym że to była moja działka. Już następnego dnia poszłam do psychiatry. Tak się zaczęły moje epizody depresyjne. Wylądowałam na zwolnieniu i nie byłam w stanie walczyć. Wtedy czułam się gorzej niż w momencie, kiedy przestawałam pić. Kilka miesięcy się zbierałam. Po wyborach w 2007 r., kiedy wygrała PO, zadzwonił ktoś z radia, że prezes postanowił dać mi szansę. Nie potrzebowałam żadnej szansy, bo nic nie zrobiłam, nie chciałam z nimi rozmawiać. Chodziłam na terapię dla zaawansowanych alkoholików, dla tych, którzy przynajmniej rok nie piją. A w styczniu 2008 r. zadzwonił Jarek Szczepański, że robią biuro prasowe w Sejmie i czy nie chciałabym z nim pracować. Pomyślałam, że przecież doszłam do ściany, że przecież w radiu zrobiłam już wszystkie wywiady, ileż można robić relacje. Przeszłam więc na ciemną stronę mocy. Marszałkiem był wtedy Bronisław Komorowski. Potem został prezydentem.
Mama wiedziała o pani alkoholizmie?
Ojciec był czynnym alkoholikiem do śmierci. Moje dzieciństwo rozgrywało się pomiędzy jego piciem, biciem i moim uciekaniem do lasu, bo Puszcza Kozienicka była za płotem, i tworzeniem sobie własnego świata, w którym żyłam i sobie radziłam. Nie mam rodzeństwa, nie mam też dzieci, więc nie miałam za bardzo kogo pokrzywdzić swoim piciem, choć wiem, że pokrzywdziłam moich przyjaciół, kolegów z pracy, którzy musieli za mnie pracować. Najlepszą kompanką mojego ojca zostałam wtedy, kiedy już piłam, kiedy przyjeżdżałam do rodzinnego domu i przywoziłam jakąś dobrą flaszkę.
I razem piliście?
Tak.
A mama?
A mama wypiła kieliszek i koniec. Byłam późnym dzieckiem późnych rodziców. Kiedy mama wychodziła za mojego ojca, to wiedziała, że on pije, ale opowiadała naokoło, że zrobi z niego człowieka. Nikt nie zrobi z alkoholika człowieka, jeśli on sam tego nie będzie chciał. Wszystko jest w głowie.
Ojciec pił codziennie?
Codziennie. Albo prawie codziennie.
Panią bił?
Mnie, matkę. Zawsze byłam nie taka. Mieliśmy dwupokojowe mieszkanie. W jednym pokoju mieszkała babcia, która nie rozmawiała z moim ojcem, ponieważ uważała małżeństwo swojej córki za błąd. W drugim my. Pokój babci był dla mnie azylem. Pamiętam, że okolice godziny 15 były dla mnie dygotem.
Bo ojciec wracał?
Wracał. A ja stałam na balkonie i patrzyłam, czy się zatacza, czy nie. Mój ojciec miał dużą tolerancję na alkohol, co być może po nim odziedziczyłam. Mógł wypić sporo i iść prosto. Nasze stosunki uległy znacznej poprawie, kiedy mógł podkręcić w pracy radio i powiedzieć: O, to moja Anka w tym radiu mówi.
Był dumny z pani.
Na pewno. W pamiętniku kiedyś zapisałam, że nigdy w życiu nie wezmę alkoholu do ust. Przez ojca. Wypiłam szampana na 18. urodziny. Potem zaczęły się osiemnastki koleżanek. Koniec komuny. W peweksie kupowany ciociosan. Drinki z wódki i soku nauczyłam się pić, kiedy byłam w kadrze na kolonii zuchowej... Dzieci szły spać, ktoś z dorosłych nie pił, a my zabawa. Potem Warszawa, studia, pierwsza praca w Rozgłośni Harcerskiej. Byłam najmłodsza, więc biegałam po flaszkę. Piło się w redakcji, a ja byłam dumna, że mnie starsi dopuszczają. Potem Polskie Radio, imprezy, domówki, często u mnie, bo mieszkałam przy radiu. Szło się do Godzwon. Dom otwarty był i dla moich znajomych, i dla znajomych mojego partnera.
On też pracował w radiu?
Nie, w BOR. Pytała pani o mamę. Umarła 12 miesięcy po tym, jak przestałam pić. Sąsiadki powiedziały mi, że przez te miesiące mama bała się najbardziej o to, że wrócę do picia. Umarła, kiedy nie miałam jeszcze roku trzeźwienia. A przecież na terapii mówili mi: „Nie wprowadzaj żadnych zmian w pierwszym roku nowego życia, bo już samo niepicie jest wielką zmianą”. A tu nagle umarła mi matka.
I świat się zawalił.
Tylko w tym sensie, że spadły na mnie obowiązki, bo ja nie kochałam swoich rodziców. Nie dostałam od nich miłości. Matka nie radziła sobie z pijącym ojcem, a ja sobie radziłam całe życie sama. Wyjechałam na studia z domu rodzinnego do Warszawy z mocnym postanowieniem, że nigdy tam nie wrócę. I każdy wyjazd do rodziców był dla mnie wyłącznie obowiązkiem. Po śmierci rodziców też obowiązki na mnie spadły, musiałam zlikwidować mieszkanie, załatwić jakieś papiery. Z drugiej strony, kiedy się dowiedziałam, że matka nie żyje, poszłam na mityng, musiałam to wygadać. Tam jest tak, że nikt mnie nie ocenia, nikt nie powie, że potępia Anię za to, że ona nie kocha swoich rodziców. Poszłam i dostałam mnóstwo wsparcia od ludzi.
Gdyby nie mityng, to by się pani napiła?
Trzymałam się tego, co mi mówili na terapii: „Czujesz się źle, idź na mityng”. A ja w tym pierwszym roku niepicia czułam się dumna, dobrze fizycznie, choć zaczęłam jeść słodycze.
I tyć.
Wtedy jeszcze nie. Wszyscy na terapii zaczynają jeść słodycze.
To jest cena za niepicie?
Nie, organizm potrzebuje cukrów i tyle. Zapłaciłam cenę za to, że władze radia w 2007 r. potraktowały mnie jak szmatę. Niepicie dało mi same dobre rzeczy, w tym spokojny sen, trzeźwe myślenie. Na terapii mówi się, żeby trzymać H.A.L.T., czyli nie być hungry (głodnym), angry (złym), lonely (samotnym) i tired (zmęczonym). Zmęczonym oczywiście trudno nie być.
Samotnym?
Latałam na mityngi. Miałam dużo znajomych w AA. Czułam, że jest mi to potrzebne. Nawet ten Bóg przestał mi przeszkadzać. Mówili, że tylko 30 proc. z grupy terapeutycznej zostaje w trzeźwości, reszta idzie pić. W tamtym czasie wielką tragedią była dla mnie każda osoba z mojej grupy, która wracała do picia.
Próbowała pani ratować?
Nie, bo mówili: „Nie ratuj”. Ratować można trzeźwych. Tych, którzy chcą. Zawsze kończę rozmowę przez telefon z kimś, po kim czuję, że jest wypity. Mówię tylko: „Zadzwoń do mnie, jak będziesz trzeźwy”. Robię to w trosce o własne bezpieczeństwo, bo przecież to wszystko działa jak bomba z opóźnionym zapłonem. Nigdy nie wiadomo, kiedy ten lont może się zapalić. Spotykałam ludzi, którzy nie pili kilkanaście lat, i nagle coś takiego się zadziało, że wracali.
okładka magazyn 4.05 / Dziennik Gazeta Prawna
Zawsze chodzi o tę ulgę?
Chyba tak, tylko każdy inaczej tę ulgę interpretuje. Wszyscy trzeźwi alkoholicy wiedzą, że ulga jest na chwilę, że potem jest kac, są wymioty, nie można na siebie patrzeć w lustrze, makijaż złazi, choćby nie wiem, ile tapety się na siebie nałożyło. Nie chcę do tego wracać. Są takie dni, że szykuję się do wyjścia, biorę prysznic albo siedzę w wannie i sobie myślę, jak to dobrze, że nie wymiotuję w tej wannie żółcią, krwią. Potrafię teraz tę ulgę sobie czym innym zastąpić.
Czym?
Podróżami. Zwiedzam świat. Muzea. Zaczęłam dostrzegać piękno. Nie w najbliższym barze, tylko w najbliższym muzeum. Jestem dumna, że nie piję od 12 lat. Jestem dumna z siebie.