Grażyna Majkowska, językoznawca: Czy przestaniemy się rozumieć

Grażyna Majkowska
Grażyna MajkowskaDziennik Gazeta Prawna / Darek Golik
15 grudnia 2017

Nie potrafię powiedzieć, czy się kimś teraz mówi. Czy są jeszcze na tyle nośne teksty kultury, które łączą pokolenia albo przynajmniej nadają ton? - mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem dr Grażyna Majkowska.

3196119-robert-mazurek.jpg
Robert Mazurek

Ale studenci tego nie wiedzieli i nie zrozumieli? Nie dziwi mnie to, w końcu odwołanie się do biblizmów, których jest w polszczyźnie nie tak znowu wiele, jest lekko passe.

Pamiętam tekst prof. Jadwigi Staniszkis w „Gazecie Wyborczej” pt. „Miedziane czoła polityków”. I co musiała zrobić profesor, być może pod wpływem redakcji? Wyjaśnić w tekście, o co jej chodziło. Co więcej, pamiętam, że w mojej grupie studenckiej był ksiądz, który nie znał tego biblizmu.

To było choćby w „Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach” Ignacego Krasickiego.

Bo oczywiście jest frazeologia bierna i czynna, ale zakres znajomości zwrotów rodem z Biblii jakoś nas w kulturze osadza, czy tego chcemy, czy nie.

Tak, to jeden z powodów. Nawet jeśli kiedyś też Biblii nie czytano, to osłuchano się z nią w kościele. Teraz to zanika, bo nawet jeśli chodzimy, to nie skupiamy się na tym, co się dzieje. No i do nas ta treść nie dociera. Choć oczywiście są zwroty, jak „listek figowy”, jeszcze używane, tylko niewielu kojarzy je z Biblią.

A pamięta pan, od czego to się zaczęło?

Widzi pan, kiedyś to jeszcze jakieś błędy popełniano, a teraz ani Inflant, ani Niderlandów, nic, już niczego nie ofiarowują. I sprawdzam to u studentów, ale oni ani tak nie mówią, ani tego zwrotu nie znają, słyszą to po raz pierwszy. Tak samo jak „szpakami karmiony”.

Oczywiście, a wie pan, jak tłumaczą ten zwrot? Że był kimś, komu nawet ptasiego mleka nie brakło...

Jeśli pańskie dowcipy są oparte na jakimś poziomie wyrafinowania językowego, to proszę się nie dziwić. Najwięcej językowej zabawy i gier słownych znajdzie pan w poezji. Mój ulubiony Jerzy Ficowski...

Ale to prozaik, a Ficowski jest ulubionym poetą. I on napisał mniej więcej coś takiego: jestem poetą, mam fach w ręku, cerowanie dziurawych parasoli deszczem.

Czasem wystarczy drobiazg.

Wie pan, gdzie jeszcze czasem, choćby w minimalnym stopniu, można znaleźć gry słowne, żart? W języku reklamy.

Dziś taka reklama byłaby niemożliwa, bo nikt nie wiedziałby, o co w niej chodzi. Widziałby na ekranie grupkę przebierańców mówiących cudacznym językiem.

Zabawne. A wie pan, w czym upatruję nadziei na powrót, przynajmniej w ograniczonym zakresie, do gry słów? W memach.

(śmiech) To jest właśnie humor z memów. Czasem zupełnie niewyrafinowany, a czasem zabawny. „Na bezrybiu Irak ryba” – to też gra słów z memu, więc może to tak zupełnie nie zginie.

Myśli pan, że mnie nie? U mnie wszystko zaczęło się od Trylogii.

Tak, wszyscyśmy z Sienkiewicza, choć przecież „My z niego wszyscy” Krasiński pisał akurat o Mickiewiczu, ale ma pan rację. Jeszcze mówimy Sienkiewiczem.

To gdzie jest ta przepaść, kiedy to się stało, że przestaliśmy się rozumieć?

No właśnie, takie parafrazowanie Herberta już skazywałoby pana na niezrozumienie. Ale może mieć pan rację, bo sama się zastanawiam, kiedy została przerwana ta ciągłość językowa.

Właśnie, to jest proces. Zresztą to się dzieje cały czas, moi studenci piszący prace magisterskie twierdzą, że z tymi z pierwszego roku nie bardzo potrafią się porozumieć.

Ale nawet jeśli, to jest w tym coś. Nie dość, że rzeczywistość językowa zmienia się bardzo szybko, to jeszcze punktów stałych jest bardzo mało.

Coraz trudniej, niestety, o wspólne uniwersum kulturowe. Lektury, filmy czy żarty zaczynają być tak zróżnicowane pokoleniowo, że coraz trudniejsze jest porozumienie w pół słowa, sytuacja, w której zawieszamy głos, a nasz rozmówca wie, co będzie dalej.

Nie mam pojęcia, jak i na co młodzi ludzie teraz podrywają, ale może tak jest, że między sobą oni mają jeszcze swój język? Pewne schematy są podobne.

Różnica polega na tym, że chyba już nie nawiązuje się do tekstów literackich, filmów czy piosenek.

Do okazjonalizmów.

Z drugiej strony, jeśli jest tak, że rządzą okazjonalizmy, to może rośnie tęsknota za punktami stałymi, za uratowaniem uniwersum kulturowego? Ostatnio studenci opowiadali mi z absolutnym zachwytem, jak zupełnie nieprzygotowany prof. Bralczyk potrafił na zajęciach wyrecytować z pamięci spore fragmenty „Pielgrzyma” Norwida. Oni tego jednak oczekują, nawet jeśli sami nie potrafią, to widzą tego wagę. Jeśli mówimy o tym, co stałe w polszczyźnie, o tym, co jest przekazywane z pokolenia na pokolenie, to mówimy o frazeologii trwałej, mówimy o schematach myślowych, które kształtują nasz świat wartości, nawet jeśli tego nie wyczuwamy. Mówimy, a może mówiliśmy, że wedle stawu grobla albo że pańskie oko konia tuczy.

To są akurat przysłowia.

Nie.

Proszę jednak nie mordować, to wytłumaczę, że te podziały interesują tylko językoznawców. To, co jest stałą konstrukcją, zdaniem albo równoważnikiem zdania, jest pewną całostką myślową.

A nie podoba się panu takie słowo?

Pewnie każdy frazeolog mówi po swojemu, ja mówię tak. Kiedy narzekamy, że nie ma odwołań do literatury, daję zawsze studentom cytat z „Pulp fiction”: „Zrobię ci z dupy jesień średniowiecza”. I pytam, cóż to jest ta jesień średniowiecza?

Są bardzo zdziwieni, że to coś znaczy, że coś się za tym kryje. Nie wierzę, by kiedykolwiek sięgnęli po książkę Johana Huizingi, ale jednak to ma sens. Jakkolwiek zauważam, że niknie pojęcie tekstu klasycznego.

Właśnie, kiedyś odwoływaliśmy się do kanonu nie dlatego, że to byli pisarze modni, bo jako żywo osobiście Sienkiewicza nie znałem, ale właśnie dlatego, że to kanon.

Wie pan, do czego najłatwiej się odwołać? Do wulgaryzmów, niestety, one będą wspólne. Tak jak wspólne będzie narzekanie. A frazeologizmy? Pojawiają się nowe.

I to już znika, ale młodzi mają swoje zwroty. Można „przeżywać coś, jak mrówka okres”...

„Dać komuś biru”, to poczęstować piwem. Jak się przesadzi, to mamy „epicki melanż” i wcale nie muszą temu towarzyszyć „chamskie wstrząsy”, czyli dyskoteka. Na koniec tego melanżu można, ale to stare, „zaliczyć glebę”. A wie pan, co to znaczy „skończ śmierdzieć”?

Przestań kłamać. Nie wiem, czy jeszcze się mówi „turlaj dropsa”, czyli zmykaj stąd, odczep się ode mnie. Z drugiej strony cała słabość wszelkich słowników gwary młodzieżowej polega na tym, że zanim wyjdą drukiem, to już są stare.

Posługują się swoim językiem młodzieżowym, którego na szczęście nie używają w kontakcie ze mną. I ja czasem to podpatruję, podsłuchuję. Nie wiem, czy mogę cytować takie określenia, jak „czochrać bobra” czy „zdjąć simloka”.

Choć z drugiej strony „zdjęcie simloka” pojawiło się w tłumaczeniu którejś z książek Houellebecqa. Oczywiście w rozmowach ze mną oni tak nie mówią. Mam wrażenie, że posługują się językiem nieutrwalonym, czasem to rodzaj intelektualnego popisu, czasem coś innego.

O ile rozmawiają, a nie zaglądają w smartfony.

Tu jakieś kanały komunikacji mają, bez obaw.

Każe mi pan być kimś, kto podsłuchuje? Czasem mi się to zdarza, kiedy jadę kolejką i czuję się jak u Białoszewskiego w „Szumach, zlepach, ciągach”.

To jest język – proszę wybaczyć mocne słowo – niesłychanie sprymityzowany, ograniczony leksykalnie.

Czyli do pięćdziesięciu przysłów – tyle to jednak znają. Problem polega na tym, że nie ma klimatu do używania przysłów, bo do tego muszą być czas, chwila, puenta.

Niekoniecznie, zwłaszcza jeśli włączymy do nich utrwalone frazy, coś, co się nazywa skrzydlatymi słowami. Większość ma charakter gnomiczny, czyli zawierają jakąś utrwaloną wiedzę o świecie, że np. „ryba psuje się od głowy”, są liczne przysłowia pogodowe.

Na ulicy oczywiście nie ma miejsca na językowe popisy, niemniej Polacy wciąż używają związków frazeologicznych, nawet nie zastanawiając się nad tym. To są te wszystkie „rozważania o chlebie i wodzie” czy „o wyższości świąt Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem”.

„I to by było na tyle” też już się nie mówi?

To może ja żyję w jakimś niszowym świecie.

Nie potrafiłabym panu powiedzieć, czy się kimś mówi. Czy są jeszcze na tyle nośne teksty kultury, które łączą pokolenia albo przynajmniej nadają ton? Bo tej roli nie będą mogły pełnić memy, które jednak bardzo szybko znikają i na ich miejsce pojawiają się nowe. Szansę na to, by pozostać na dłużej, ma pewnie tylko postać Janusza.

Tak, wąsaty Janusz może się przyjąć, bo „przyjść na Janusza” czy „nie bądź taki Janusz” są wciąż nośne. Ale oczywiście mówię o szansie, mówię, że być może zostanie to w polszczyźnie na dłużej, bo językowi nie da się niczego narzucić. Na szczęście żadna poprawność ani polityczna, ani środowiskowa, ani feministyczna nie są w stanie czegoś zadekretować.

A wie pan, że niektóre zwroty czy słówka wracają? Pamięta pan, co to znaczy „malować trawę na zielono”, prawda? To były te wszystkie starania ponad miarę przed gospodarskimi wizytami sekretarzy partii.

No, a teraz mamy powrót w języku korporacji. Przed jakimś ważnym audytem czy inną formą kontroli...

Ten kontrol na fabryce imienia Orzeszkowy. Więc przed tymi ważnymi kontrolami pracownicy korporacji potrafią motywować się, mówiąc, że trawa ma być pomalowana na zielono.

Tak jak go pan nauczy. Być może pański wnuk będzie posługiwał się dwoma językami – środowiska rówieśniczego i tego on będzie pana uczył, oraz językiem, którego pan nauczy wnuka.

Może przetrwają tylko króciutkie fragmenty tekstów, jakieś migawki? Może zamiast bajek w internecie będzie fragment tekstu plus filmik czy gra. Pewnie dzieci nie będą już znały całego Brzechwy czy Tuwima. Wiem to z własnego doświadczenia, bo w domu kultury czytam dzieciom bajki i utrzymanie uwagi tych dzieci przez 15 minut graniczy z cudem, proszę mi wierzyć.

Nie chce pan pogodzić się z tym, że literatura już przestanie dostarczać nam związków frazeologicznych, że przestaniemy mówić autorami książek?

Ma pan rację, nawet w językach plemion prymitywnych są dwa style: artystyczny i potoczny, sacrum i profanum. To rozróżnienie jest więc u ludzi naturalne, potrzeba języka odświętnego w nas istnieje.

By mówić inaczej, musi być potrzeba pięknej frazy, posmakowania języka. Młodzi ludzie dziś tego nie mają, ale może się jeszcze rozsmakują, proszę dać im szansę.

To już niestety niemożliwe, proszę się z tym pogodzić.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.