Afera reprywatyzacyjna pokazała jak w soczewce, że wśród problemów utrudniających życie mieszkańcom stolicy i tysiącom przyjezdnych jest coś, co trzeba nazwać systemową lekkomyślnością urzędniczo-polityczną. To z jej powodu setki osób padły ofiarą nieetycznych, a czasem nawet przestępczych działań handlarzy roszczeń. Ludzi, którzy z pływania w mętnej wodzie niejasnych przepisów i ich interpretowania przez ratusz zrobili interes życia.
Musiało minąć kilkanaście lat, by ustał ten skrajnie szkodliwy proceder. To wszystko działo się w największym polskim mieście pod okiem prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz i rządzącej stolicą już ponad 1 0 l at Platformy Obywatelskiej.
Wydawałoby się, że afera reprywatyzacyjna powinna mieć walor edukacyjny. Urzędnicy i radni Warszawy powinni wreszcie zacząć działać w taki sposób, by unikać narażania miasta na straty poprzez nieświadome nawet sprzyjanie kontrowersyjnym biznesom. Nic bardziej mylnego. Reprywatyzacja to tylko jedna strona medalu. Druga, bardzo dokładnie z nią związana, to afera planistyczna. Od ponad siedmiu lat partia, która ma większość w radzie Warszawy, unika jak ognia przyjęcia kluczowego dokumentu – przejrzystego, wypracowanego w toku negocjacji i jawnych ustaleń oraz dostępnego do publicznego wglądu – którego celem jest precyzyjne określenie, co, gdzie i na jakich warunkach można budować w centrum Warszawy. Jak to się stało, że choć dokument taki jest gotowy od wielu miesięcy, to najważniejsze, warte setki milionów złotych inwestycje (opisujemy je w tekście powyżej) powstają w Warszawie w oparciu o prawne protezy, czyli warunki zabudowy? Nie podlegają one publicznej kontroli, wymyślono je jako narzędzie, które miało uzupełniać plany zagospodarowania przestrzennego.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.